czwartek, 28 grudnia 2017

57. Popielnica

Wyrwałam Mateuszowi talerz i kanapkę z dłoni, w zasadzie nie wiedząc czemu. Mężczyzna skulił się, zasmucony utratą pożywienia. Kopnęłam go w kostkę, żeby się wyprostował. Dziki impuls, jaki kazał mi to wszystko teraz zrobić, uzasadnił się szybkimi krokami, które niebezpiecznie zbliżały się w kierunku tego pomieszczenia.
-Jakbyś mógł chociaż ruszyć ręką, byłoby mi o wiele łatwiej.- wepchnęłam mu w usta resztę kanapki w momencie, gdy na to wszystko wparował do pokoju najbardziej oczywisty osobnik, jaki w pierwszym momencie przyszedł mi na myśl.
-Co ty tu jeszcze robisz?!- Nathan ściągał brwi, obserwując przedstawienie, które ustawiłam w ostatnim momencie. Mateusz patrzył na mnie, zszokowany. Po chwili dopiero zareagował, zaciskając mocno powieki. Miał ochotę się roześmiać. Szczęśliwie też, Nathan nie widział jego twarzy.
-Dokarmiam, nie widać?- uniosłam brew, próbując zignorować zduszone śmieszki, nadal siedzącego sztywno Mateusza.
-Zabieraj się stąd, Aga. On może się normalnie ruszać.- Nathanowi w tym momencie jednak nie było do śmiechu. Poważnym tonem potwierdził już to, co ja wiedziałam. Spojrzałam na niego, a potem na Mateusza z niedowierzaniem. Jakim sposobem się tego domyślił?
-No, masz...-zachichotał mężczyzna z warkoczykiem. Gdy zaczął się podnosić z fotela, jakaś dziwna siła zrzuciła mnie z taboretu. Tego się już przestraszyłam. Wycofałam się gwałtownie, pełznąc po podłodze w stronę ściany.- Brawo, Nathan. Nie musiałem długo czekać, żebyś się zorientował. Nie, czekaj... Żebyś przypomniał sobie, że byłem tu kiedyś z wami.- usiadł na oparciu fotela, zrelaksowany podkulił prawą nogę i zgarbił się odrobinę.- I że doskonale powinieneś wiedzieć, że Klaudiusz chce Wam pomóc. W innym wypadku nie uciszałby tych dwóch akcji z pobiciem, a już na pewno nie dałby ci namiarów na kryjówkę Damiana wtedy.- Mateusz skinął na mnie. Ściągnęłam brwi, próbując połączyć fakty.
-Stul pysk.
-Zaraz, co?
-Nathan nie znalazłby Ciebie i Krystiana wtedy w lesie, gdyby nie poprosił o pomoc szefa.
-Przestań mydlić jej oczy.-warknął mój dotychczasowy wybawca.
-Nie powiedziałem przecież nic, czego sam nie mógłbyś potwierdzić.- Mateusz rozłożył ręce i wzruszył ramionami, pewny swego.
- To prawda?- wtrąciłam się. Czerwonowłosy wciąż gapił się w zakładnika. Kiwnął głową.
-To powiedz jej jeszcze coś na ten temat.
- Szlag by Cię...- czarnooki zacisnął szczęki. Wyraźnie próbował się czemuś opierać, ale poddał się po chwili.- Damian nie zabije Krystiana od razu, bo się nie da. Kucyk ma nieskończone możliwości jeśli chodzi o samoobronę. Poza tym, że jego organizm regeneruje się w zasadzie od razu po otrzymaniu obrażeń. On wyszedłby z tego cało, ale nie zdołałby wyciągnąć stamtąd i Ciebie. Musiałem coś zrobić.
-W tym momencie macie część sekretów za sobą. Fajne uczucie, nie?- zaczął Mateusz.
-Wcale nie jest fajnie.- podniosłam się z podłogi. Przeszłam w stronę drzwi, przepychając Nathana, bo stał mi na drodze.
-Na niej też używałeś tych swoich sztuczek?!- rudzielec nie czekał nawet, aż wyjdę z pokoju. Usłyszałam szarpaninę.
Machnęłam na nich ręką. W salonie nie było nikogo, na stoliku leżały papierosy. Michał zaczął je chyba specjalnie zostawiać w widocznych miejscach.
Wyszłam na taras. Usiadłam na wilgotnym krześle ogrodowym.
-Zgłosilibyśmy to na policję, ale wtedy na pewno nie wyszłabyś z tego żywa. Musieliśmy działać szybko.- Michał słyszał całą rozmowę. Byłam tego pewna.
-Nie musisz się za nich tłumaczyć.
-Pierwsze koty za płoty, jak to mówią. Teraz wiesz, że Nathan Cię nie zostawi byle gdzie, bo by oszalał, nie wiedząc co się z tobą dzieje.
-Żaden ze mnie ważniak! Nie mam pieniędzy, znajomości, wpływów. Znalazłam się w złym miejscu i złym czasie i nikt nie chce mi dać spokoju. Mało tego, co jeden z was to lepszy. Ten rzuca kręgami, ten ma siłę, ten się teleportuje, a jeszcze inny robi za przenośną zamrażarkę! Weź tu człowieku nie wpadnij w paranoję, a i tak nie dociera do mnie połowa rzeczy, o których rozmawiacie.- rzuciłam niedopałek papierosa na trawnik. Skrzywiłam się po chwili, bo na karku znów zjawiło się to przedziwne uczucie mrowienia. Nie, tylko nie teraz. Nie, kiedy jest w miarę spokojnie.
-Możemy się specjalnie nie lubić, ale gramy w jednej drużynie.
-Nie chodzi o to, że Was nie lubię, Michał. Ta cała magiczna otoczka, to coś nowego dla mnie. Szczerze, prędzej spodziewałam się spotkać jakąś mityczną kreaturę, niż ludzi, którzy mają specjalne umiejętności. Za szybko się to wszystko dzieje. Nie jestem w stanie przetrawić tych wszystkich informacji, wiesz?
-A co byś zrobiła, jakbyś sama miała takie moce?- Michał usiadł na mokrym stoliku i zaraz się z niego podniósł, krzywiąc się i rozcierając zimną, mokrą plamę na udzie.
-Jakie moce?
-No, choćby przeniesienie?
-Przeniosłabym się do kibelka.- stwierdziłam, skonsternowana, nie myśląc wiele nad wypowiedzią.
-Ach...- spojrzał na mnie speszony.- Od kuchni w prawo, zaraz na korytarzu.
-Dzięki.- podniosłam się, żeby ruszyć do toalety. Kichnęłam w progu.- Cholera, tego mi brakowało. Chyba w kawie musiała być śmietana.- mruknęłam do siebie pociągając nosem. Tym bardziej wolałam teraz iść do toalety.
Gdy opanowałam katar, Michał siedział na kanapie w salonie i oglądał Avengersów. Zakręciłam się na korytarzu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Z jednej strony wolałam się odstresować, stanęłam tak w przejściu i oglądałam razem z nim. Z drugiej strony jednak w głowie kłębiły mi się myśli odnośnie Mateusza. Coś cicho tam się zrobiło.
-Nie stój tak. Zrobiłem popcorn.- Michał podniósł miskę i zanurzył w niej rękę, by zaraz wepchnąć do gęby garść prażonej kukurydzy.
Nie pamiętałam nawet w którym momencie filmu odleciałam. Widziałam go już tyle razy, że obstawiam, że reszta dośniła mi się po urwanym filmie.
W pewnym momencie poczułam znów te dziwne iskry niepokoju na karku. Były tak intensywne, że zerwałam się na równe nogi.
-Gdzie ja jestem?- przez chwilę nie wiedziałam, co się dzieje. Na kanapach siedzieli wszyscy, łącznie z Mateuszem.
-Nareszcie wstałaś! Niemiłosiernie chrapiesz.- sarknął Nathan.
-Co ty tu robisz?- ściągnęłam brwi, patrząc na Mateusza, zupełnie zaskoczona.
-Dogadaliśmy się, ot co.- pytany uśmiechnął się beztrosko. Opadłam na siedzenie, wzdychając. Przetarłam twarz dłonią.
-Coś mi tu nie gra, jest za spokojnie.- przymknęłam oczy, żeby się ogarnąć. Usiadłam po turecku. Koc, którym byłam łaskawie owinięta, zarzuciłam sobie na plecy.
Zaraz jednak zsunął mi się z pleców, a ja siedziałam na tym starym materacu. Przede mną stała sterta kartonów, naokoło betonowe zawilgocone ściany, gdzieś w kącie stare, brudne szmaty. Spod kartonów nagle wypełzło kilka robali wielkości pięści i zniknęło, gdzieś w cieniu. Poderwałam się, ale zaraz zostałam sprowadzona na ziemię przez skrępowane ruchy.Ten koc ściągał mnie na ziemię, a spod niego na moje kostki i nadgarstki wpełzły grube łańcuchy, blokując mi jakąkolwiek możliwość ruchu.
-Znowu to samo... Nie chcę.- ściany zaczęły się przesuwać, kartony zbliżały się gwałtownie, śmierdzący materac zaczął mnie wciągać, oblepiając mnie wszystkim, co się na nim do tej pory znalazło, a ja nie mogłam drgnąć. Gdy już naprawdę nie mogłam się ruszyć, zacisnęłam powieki, bo te robale zaczęły pchać się na materac, zaplątywać się w moje włosy, przebiegać po niezakleszczonych częściach ciała.
-Obudź się!
Wisiałam w powietrzu. Nie mogłam złapać oddechu. Damian trzymał mnie za szyję tuż nad ziemią.
-Nie rzucaj.- otworzyłam usta, łapiąc powietrze, zanim z uśmiechem cisnął mną w małe okienko, zabarykadowane kratami. Kajdany rozpłynęły się, gdy tylko przebiłam się przez ścianę, a na zewnątrz czekała już na mnie Gosia. Jej lodowate spojrzenie nie było niczym innym jak spojrzeniem Damiana.
Zmrużyli oczy oboje. Przyłożyli mi lufę karabinu do głowy. Nacisnęli spust.
Zerwałam się, wciągając powietrze.
-No w końcu! Kiedyś cię uduszę za to chrapanie, jak babcię kocham.- sarknął Nathan. Złapałam się za głowę, by sprawdzić, czy nie ma w niej dziury, potem za szyję, a na końcu za klatkę piersiową. Serce wciąż tłukło się z emocji.
Ciężko mi było przez dłuższy czas złapać oddech, bo czułam jak ze strachu ściska mi się gardło. Zamiast się opanować, czułam jak do oczu napływają mi łzy. Zaczęłam udawać, że ziewam, a przeciągając się otarłam łzy.
-Wezmę jedną, mogę?- mruknęłam w stronę Michała. Rozłożył ręce bez sprzeciwu.
Wydostałam się na taras.Odpaliłam papierosa, przytulając się do ściany.
Na zewnątrz było tak ciemno,a ten koszmar obijał mi się w głowie jeszcze długo.
-Oddychaj.- mruknęłam do siebie, wzdychając ciężko.- To tylko zły sen, no nie?- wzdrygnęłam się.
-Co jest?- czerwonowłosy wydostał się z salonu, przymknął drzwi.
-Nic.- odchrząknęłam poirytowana.
-Żebyś z płaczem nie przyleciała za chwilę.
- Coś tu jest nie tak. Czegoś mi nie mówicie, tylko nie wiem, czego.
-Znowu zaczynasz?
-Nie... Miałam koszmar. Teraz...
-Zauważyłem. Ostatnio tak się trzęsłaś, gdy wyciągnąłem Cię z tamtej zapyziałej dziury w lesie. Dlatego pytam, co jest?
-Mam takie dziwne przeczucie. Za każdym razem, gdy ma się coś stać, wiesz?
-Staraj się to zignorować.- westchnął z politowaniem. Pokręciłam głową przecząco.
-Za każdym razem, gdy czuję iskry na karku, dzieje się coś niedobrego. Nawet teraz, tuż po przebudzeniu je czułam. Coś złego się stanie, Nathan. Jestem pewna.
- Uspokój się. Za dużo tego się dzieje, jesteś przewrażliwiona.- stwierdził. Ściągnęłam usta w grymasie.
-Jedźmy dalej, albo wracajmy do miasta. Proszę.
-Musimy odpocząć, Aga. Do miasta nie mamy po co wracać.
-Nie spodziewają się, że tam wrócimy. Na pewno nie biorą tego pod uwagę.
-Gadasz jak Mateusz...- syknął ostrzegawczo.
-Bo ten człowiek ma rację!- poczułam chłodny powiew na sobie. Rozejrzałam się po ciemnej okolicy.
-Spaliłaś? Chodź do środka.
-Nathan, posłuchaj mnie!
-Nie mamy o czym gadać.- schował się wewnątrz. Zaczęłam kląć pod nosem. Zgasiłam fajkę w popielnicy i już miałam wchodzić do salonu za nim, gdy coś mnie tknęło, żeby się jeszcze rozejrzeć.
W moim kierunku biegła postać.
Doskoczyłam do popielnicy, chwyciłam ją oburącz i zrobiłam wymach, a napastnik padł na drewniany taras, tłukąc szklany stolik ogrodowy. Wypuściłam ciężki jak cholera przedmiot w locie. Nathan zjawił się znikąd. Chwycił narzędzie w powietrzu i zgrabnym ruchem dobił obcego.
-Zabiłeś go?!- roztrzęsiona stałam w miejscu nie wierząc własnym reakcjom.
-Oj, chciałbym.- warknął w stronę nieprzytomnego włamywacza.- Ładuj się do środka.
-Mówiłam Ci, że coś się stanie!- głos łamał mi się niemiłosiernie.
-Chyba zacznę Ci wierzyć, Agnieszka.
-Radziłbym zagęszczać ruchy, jeśli chcecie wrócić do miasta.- Mateusz stanął w drzwiach do salonu. Cały poobijany, miał rozcięty łuk brwiowy, wargi, skórę na policzku. To nie on był wrogiem, to Damian i jego ludzie.
-Co oni ci zrobili?
-Odsuń się od niego, Agnieszka.- Nathan zaczął groźnym tonem. Zamroziłam go spojrzeniem, wchodząc pod ramię Mateusza. Przyprowadziłam go do fotela, żeby mógł usiąść.
-Oni chcą nam pomóc, idioto!
-A potem nas wystawią!
-To przestań się hamować i pokaż Damianowi, że jesteś od niego silniejszy!- krzyknęłam. Nie wiem, skąd wzięły mi się te wnioski. Krystian wtrącił się w zasadzie znikąd. Nie było go tu kiedy wpakowaliśmy się do salonu.
-On nie może tego zrobić.
-Niby dlaczego?!
-Bo musisz się obudzić- szepnął mi do ucha, po czym dotknął mojej skroni. Nie mogłam zareagować. Nie byłam w stanie zareagować.
Obudziłam się na kanapie. W pokoju nie było nikogo. Lampa w rogu świeciła się, a na zewnątrz było ciemno. Cztery puste butelki po piwie stały na blacie stołu.
Zaraz. Pamiętam ten koc, pod którym leżałam. To o krawędź tego koca potknęłam się i mało co nie zabiłam  o szklany stolik, gdyby nie Nathan. W tym momencie westchnęłam z ulgą.
Wróciliśmy do miasta. Tak! Uśmiechnęłam się sama do siebie.
W kuchni paliło się światło. Usłyszałam dźwięk otwieranej butelki.
Zamknęłam oczy udając, że śpię dalej.
Wszedł do pokoju, opadł na fotel i zaklął pod nosem bo wzburzył piwo.
-Wiem, że nie śpisz.
-Jesteś pijany, Nathan.- odburknęłam, nie otwierając oczu.-Wróciliśmy do miasta?
-Ta... Home, sweet home.- odrzekł ponurym tonem.
- Przynajmniej na swoim terenie. Dlaczego tu jeszcze siedzisz? Prześpij się.
-Zajmujesz moje łóżko.
-A twój pokój?
-A spałabyś w tak zagraconym...? No, racja. Spałaś.-prychnął. Zanim podniosłam się do pozycji siedzącej minęła chwila, gdy odrętwiałe ciało zaczęło mnie słuchać. Kolebałam się jeszcze na boki jak niemowlak.- Tylko niech ci nie przychodzi do głowy wstawać.
-Czemu?- zaczęłam podnosić się na miękkich nogach. Nathan już wychylił się z fotela, odstawiając piwo na stolik. Poderwałam się na równe nogi, owszem, ale runęłam w kierunku stolika. Mężczyzna chwycił mnie w ostatniej chwili. Uch, faktycznie.-Dzięki. -wzięłam w rękę jego butelkę, która postawił niebezpiecznie blisko krawędzi stołu. Podstawiłam mu ja pod nos, gdy tylko pomógł mi złapać równowagę.
-Wypij je sobie. Ja już więcej nie zmieszczę.- oznajmił, a ja bez pardonu przechyliłam butelkę wlewając ja w siebie na raz. Odbiło mi się solidnie, a Nathan po raz pierwszy od długiego czasu po prostu się uśmiechnął.
-Kładź się. Do rana jeszcze trochę czasu.- oznajmił lekko. W tym momencie wydawało mi się, że trzeźwiał z każdą chwilą, albo to mnie alkohol zaczął uderzać do głowy.
-Branoc.- wbiłam się w zgięcie kanapy.
-Wiesz, że tą kanapę da się rozłożyć?- usłyszałam nad sobą jego głos. Obrócił wersalkę razem ze mną, a potem rozłożył obie części na płasko.  Powalił się obok i zamknął oczy. Zgasił też światło przy lampie. Zrobiło się ciemno. Skuliłam się. Nienawidziłam spać w dużej otwartej i zaciemnionej przestrzeni.
-Nathan...-szepnęłam.-Hej, Nathan.
-Czego...
-Ja nie chce spać od korytarza.
-Urocze, śpij.-burknął, po czym zarzucił na mnie koc jednym machnięciem ręki.
-Nathan... Nie zasnę tak. Boję się.- zaczerwieniłam się. On tylko chwycił się za głowę, zszedł z łóżka, przesunął mnie bliżej stolika i sam przelazł nade mną na stronę od korytarza. Obrócił się do mnie plecami, ale chwilę wcześniej zabrał mi poduszkę spod głowy. Sapnęłam, zaskoczona. Parsknął zduszonym śmiechem, ale już się nie odezwał. Moje ciało nadal potrzebowało chwili, żeby móc się zmusić do ruchu. Podparłam się łokciem, by spojrzeć na jego zarys.
- Co Cię tak śmieszy?- nie zareagował. Po dłuższym momencie oczekiwania padłam na wznak, wzdychając.
Zaczęłam się zastanawiać dlaczego nie mogę się ruszyć.
Nie mogłam sobie przypomnieć, więc skupiłam się na fakcie, że wróciliśmy do miasta. Będąc tutaj, wiedziałam gdzie się podziać, do kogo zgłosić się po ewentualną pomoc i w którą uliczkę wskoczyć.
Po chwili poczułam nieodpartą chęć na skorzystanie z toalety. Nie chcąc budzić Nathana zaczęłam walczyć z luźnym, odrętwiałym ciałem, by utrzymać je na nogach. Dopóki trzymałam się oparcia fotela, było w porządku. Gdy zrobiłam krok dalej, pożałowałam decyzji.
Stałam tak więc, opierając się o fotel i tłukłam się sama ze sobą za swój upór.
No, dobra, Aga. Przed Tobą cztery metry bez podparcia i ciemny korytarz bez światła na końcu.- pomyślałam. Poczułam się jak niemowlak, co to bez podpórki trzech kroków nie zrobi.
Nogi uginały się pod moim własnym ciężarem.
Jeszcze jedno podejście i prawie runęłam na kolana, gdyby nie fotel. Klęknęłam jednak najciszej jak się dało.
Może na czworaka pójdzie mi łatwiej.
I poszło, gdy tylko potrzeba załatwienia się nie dawała mi wyboru i czasu.
Taką samą metodę wykorzystałam w drodze powrotnej.
Skuliłam się w fotelu, bo czarnooki rozłożył się na całej powierzchni wersalki. Spał jednak w najlepsze, a ja cieszyłam się, ze choć raz nie musiał mnie wyręczać.
Gdyby powiedział mi jasno, jak cała sprawa stoi, nie kłóciłabym się z nim, ale widocznie słabo skrywane tajemnice to jego przywara. Musiałby podziękować znajomym, jakichkolwiek on tam jeszcze ma.
Mimo, że czułam wpływ wypitego duszkiem piwa, nie mogłam już zasnąć. Świtało na zewnątrz, więc postanowiłam poczekać, aż ktoś się obudzi.
Odzyskiwałam czucie w ciele z każdą jedną minutą. Z westchnieniem ulgi podniosłam się po raz kolejny, ale stojąc już o własnych siłach.
Ostrożnie stawiałam kroki w kierunku kuchni, żeby zrobić sobie chociaż ciepłą herbatę. Dopiero teraz zauważyłam, że z kuchni również prowadzi wyjście do ogrodu.
Zaczęłam się rozglądać. Z ciekawości zajrzałam do koszyka stojącego na lodówce.
Wśród kapsli po piwie znalazłam znajomą przywieszkę. Otworzyłam szerzej oczy, pełna zdumienia. Byłam niemalże pewna, że zgubiłam te klucze w chwili porwania.
Wyciągnęłam klucze najciszej jak się dało i schowałam je w kieszeni bluzy.
Do głowy przyszedł mi jeden z najdurniejszych pomysłów, na jakie mogłam wpaść w tej chwili.