środa, 30 stycznia 2013

20. Coś normalnego

UWAGA (dopisek z 02.02.13r.)
Jest już dostępny Spis Treści, więc to tam się kierujcie szukając starszych rozdziałów.
Pozdrawiam, Aikoo.

~~~~~~~~~~


Obudziłam się już mniej obolała. Sęk w tym, że byłam w obcym łóżku. I byłam czysta. Koło łóżka stał wieszak na kroplówkę. Więc jednak mnie tym odżywili. Wciąż jednak chciało mi się pić. Nadal nie za bardzo mogłam jednak ruszyć się z miejsca. Cholerne osłabienie... Zahaczyłam drenem o kołdrę. Ohyda, ohyda, ohyda! Jak mogli mi to coś wbić na stałe w rękę? Nie brzydzi mnie widok krwi i żywego mięsa, ale wiele bym dała za to, by nie patrzeć bezpośrednio na żyły, a już tym bardziej na taki dren. Fuj! Zaworek do ciała. Lekarzem to ja nie zostanę. Westchnęłam ciężko starając się zignorować to uczucie uciekającego spod plastrów ciała, tych wybitnie nieprzyjemnych dreszczy w tej okolicy. Po chwili zaledwie wzdrygnęłam się niemiłosiernie gwałtownie. Zsunęłam nogi z łóżka i zaraz byłam zmuszona do zakrycia się kołdrą, ponieważ drzwi o mały włos nie wypadły z zawiasów.
-Puka się!- warknęłam nawet nie zwracając uwagi na to, kto wkroczył do pokoju. Zaraz potem pożałowałam tego zwrotu.
-Ja cię, kurwa zaraz puknę!- to było pierwsze, co usłyszałam. Po chwili zostałam powalona na łóżko i przygnieciona ciężarem  owego gościa.
-Złaź ze mnie!
-Zejdę, kiedy mi się spodoba.-uśmiechnął się złośliwie. Oho... Znów dałam sobie zablokować ręce. Znów poczułam, że robię się bordowa na twarzy, a on nic sobie z tego nie robi. Wciąż przytrzymywał moje obolałe nadgarstki jedną ręką, podczas, gdy drugą chwycił mnie pod brodę.
-Nathan! Puść mnie.
-Nie rozkazuj mi, dziecino. I co ty tutaj robisz? Z tymi idiotami, co?!
-A miałam dalej siedzieć zakuta w łańcuchy? Nawet nie wiem, co mi tam robili.- nie patrzyłam na niego. Bardziej ścisnął moje ręce, w przypływie negatywnych emocji.
-Jak zwykle nie można spuścić cię z oka nawet na chwilę.-syknął z pogardą.- Nawet jeśli już jakieś tam moce posiadasz. Zawsze będziesz taka normalna?-spytał, przymrużając oczy.
Normalna? Nazwał mnie normalną? Z której strony niby jestem normalna? Znów nie miałam jak mu odpowiedzieć na pytanie.
-Któryś kładł na tobie łapska? Odpowiadaj.
-Nie. Zejdź ze mnie. To boli.-poruszyłam delikatnie dłonią, żeby dać mu znać o obolałych i nadwyrężonych nadgarstkach. Poluzował uścisk. Spojrzałam w jego oczy. W zasadzie... Nie mam pojęcia, kto mnie umył. Zaczerwieniłam się. Nie, nie mogę mu tego powiedzieć, skoro sama nie mam pojęcia, kto to mógł zrobić.
-Niech ci będzie. Przez twoje wybryki jestem notowany.- prawie się na mnie położył. Spłonęłam jeszcze gorszym rumieńcem, gdy wtulił swój nos w dołek przy lewym obojczyku i chuchał mi specjalnie, żeby wywołać u mnie ciarki. To mu się udało. Mnie samej udało się wydostać jedną rękę, ale jedyne co mogłam zrobić to podrapać się po nosie, albo znów tak jak kiedyś dotknąć jego włosów. Raz jest blisko, innym razem zupełnie daleko. Cały Nathan... Sęk w tym, że ja chyba też się do tego aktywnie przyczyniam. W końcu myśląc tak niewiele dłużej, zaczęłam bawić się jego włosami. Nawet się nie wzdrygnął. Zastanawiało mnie od tej pory jak można mieć je tak czerwone i tak delikatne. Zupełnie jakbym głaskała małego kociaka, albo małego chomika. Uśmiechnęłam się sama do siebie. W pewnym momencie Nathan po prostu mnie przygniótł. Najzwyczajniej w świecie zasnął.
-Nathan, udusisz mnie.- rzuciłam półgłosem. Ani drgnął. No świetnie. Chciałam w pewnym momencie złośliwie pociągnąć go za te włosy, ale wtedy na pewno mnie ugryzie. Nie mógłby chyba tak szybko zasnąć? I to w domu, w którym znajduje się tylu jego potencjalnych przeciwników. Podniosłam na chwilę głowę. Uchylone drzwi zamknęły się zupełnie. Opadłam z powrotem na łóżko. Co mi pozostało? Żeby móc głębiej odetchnąć musiałabym się jakoś wyślizgnąć spod niego chociaż częściowo. Zaczęłam się denerwować.
-Nathan, do jasnej cholery...-jęknęłam siłując się z jego ospałym ciałem. Pociągnęłam go za te włosy. Ocknął się, poruszył a potem znów zasnął. Gdzieś głęboko w brzuchu zalała mnie fala gorąca. A po chwili musiałam uciekać przed ugryzieniem w obojczyk. Wiedziałam, że tak będzie, co odbiło się na mnie głębokim i ciężkim westchnieniem spowodowanym głównie brakiem cierpliwości. Na szczęście się podniósł.
-Musiałaś mnie budzić akurat w takim momencie?- spojrzał na mnie z wyrzutem.
-Jakim?-na to pytanie wyraz jego twarzy radykalnie się zmienił. Pojawił się znaczący uśmieszek i przymrużenie oczu.
-Ładnie ci w przydużej męskiej koszulce, ale nie lepiej by ci było bez niej?
-N-Nie.-a zdążyłam już ochłonąć po ostatnich rumieńcach.
-I o to chodzi.- nie minęła sekunda jak wpił się w moje usta. Zaraz potem poczułam jak znowu blokuje mi obie ręce swoją jedną, a jego druga dłoń wkrada mi się pod koszulkę.
 Odwróciłam głowę. -Zaraz cię ugryzę!-zagroziłam.
-A spróbuj.- wymruczał. Znów znalazł moje usta. Poczułam się niezręcznie, gdy jego dłoń zbliżała się powoli do linii żeber. Wciągnęłam powietrze, jednocześnie uciekając od jego dotyku. Ugryzłam go mocno w wargę. Tylko się uśmiechnął i dalej robił swoje. Odcień wstydliwej czerwieni na mojej twarzy osiągnął zenitu, gdy Nathan zbliżył się dłonią do piersi. Przymknął oczy. Jedynie wierzchem dłoni przesunął po mostku i tuż pod biustem nawet go nie dotykając. Jeszcze raz przejechał tym samym torem w drugą stronę i już całą dłonią, delikatnie przesunął po brzuchu. Uniósł brew w zapytaniu, otwierając oczy, a towarzyszył temu zawadiacki uśmieszek.
-Nie protestowałaś jakoś specjalnie.-zauważył. Niby jak miałam to zrobić? Jedyna forma protestu została obrócona przeciwko mnie. Tak bym powiedziała, ale po co? Skoro to bardziej niż oczywiste.
-A-a to podpisuje się pod molestowanie seksualne.-fuknęłam w końcu. Roześmiał się.
-Chyba sobie ze mnie kpisz. Kto ostatnio sam wyszedł z inicjatywą?
-Ale to nie...
-Cicho. Już nie o to chodzi. Te kradzione są najlepsze.- przerwał mi, naprawdę rozbawiony.
-Zrobisz się przewidywalny.- znacznie wyprzedziłam fakty z tym stwierdzeniem. Jak to "zrobisz"? Jak to "przewidywalny"?! Czy czasem z tym stwierdzeniem nie dałam mu pozwolenia na cokolwiek związanego ze mną? Chciałabym się tak nad tym nie zastanawiać. To przypuszczenie dało mi jednak do myślenia, podczas gdy czerwonowłosy się rozochocił.
-Jednak wychodzi na moje. Widzisz, niepotrzebnie się opierasz.- stwierdził, po czym obrócił się na bok, kładąc dłoń na moim brzuchu. Palcami wystukiwał najwidoczniej zmyślone na poczekaniu rytmy.
-Nieważne…-mruknęłam, podnosząc się z łóżka. Wciągnęłam na siebie szlafrok wiszący na fotelu przy oknie.
-Gdzie idziesz?
-Do salonu.
-Chyba nie chcesz przed nimi paradować w piżamie i bez bielizny?!- syknął. Ściągnęłam brwi. Faktycznie, nie czułabym się najlepiej, a na pewno nie byłoby to komfortowe. Opuściłam ramiona w zrezygnowaniu. Usiadłam w fotelu.
Nathan spojrzał na mnie, unosząc brew, gdy założyłam nogę na nogę.
-No, proszę.-machnęłam ręką w kierunku drzwi.- Nie obrażę się wcale, jeśli załatwisz mi ubranie.-oznajmiłam z wyrzutem.- I proszę o coś NORMALNEGO.- dodałam, widząc już jego wyraz twarzy w odpowiedzi na tą prośbę.
-Nigdzie się stąd nie ruszaj.- odparł słodkim tonem. Nie minęła chwila, jak wyszedł z pokoju. Postawiłam obie nogi na podłodze i zsunęłam się w fotelu.
-Doprawdy, z chęcią bym od tego wszystkiego odpoczęła.-powiedziałam sama do siebie. Zerknęłam przez okno na skrzącą się kopułę w kolorze fuksji. Pięknie to wygląda, ale jaką cenę trzeba zapłacić za to, żeby widzieć takie rzeczy? Jestem poszukiwana, jako zaginiona.
Jeśli by mnie znaleźli, ciekawe jak im to wszystko bym wytłumaczyła? Że co, magia?! Absurd.
Ciekawi mnie niezmiernie ile się zmieniło od tego ostatniego dość jawnego ataku. Nie myślałam nigdy, że będę świadkiem takich akcji. A jednak…
Zima za oknem. Zupełnie zapomniałam o śniegu i tym, że zbliża się koniec stycznia. Zupełnie się to zatarło. Zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego nie zwracałam już uwagi na takie zmiany temperatury? Wiem, za każdym razem kiedy coś się działo byłam w szoku. Wstrząsnęły mną dreszcze, gdy pomyślałam o tym, jak często paradowałam po mieście bez kurtki i szalika.
Nonsens.
Czym jest mały katar w porównaniu do tortur, jakie mi serwowano w tamtej wieży. Spojrzałam kątem oka na drzwi. Pewnie będą chcieli wszystkiego się dowiedzieć. Dotknęłam łańcucha na szyi. Cały czas tam był… Szlag. Pozbycie się go byłoby trudne, zwłaszcza, że jeśli to od założenia tego… hm, artefaktu, amuletu, zaczęły się dziać takie rzeczy. Jeden ciul wie jak to nazywać.  Ale jeśli ktoś wpadłby na pomysł odcięcia mi głowy i zabrania tego fantu? Co jeśli już bym się nie obudziła? Objęłam dłonią swoją szyję. Lepiej nie podejmować ryzyka. Potrząsnęłam głową energicznie, odpędzając od siebie te wszystkie myśli. Przecież to jak wydanie na siebie wyroku. Nie potrafiłabym popełnić samobójstwa! Nie jestem aż takim tchórzem! W końcu mam wokół siebie osoby, które na swój sposób by mnie wspierały i przecież wciąż to robią.
Ech, Nathan to zapoczątkował. Na jego wyobrażenie same zacisnęły mi się pięści. Przyłożyłabym mu bez powodu przy pierwszej lepszej okazji. Należy mu się. I to cholernie mocno. Gdy wkroczył do pokoju, rzuciłam mu mordercze spojrzenie. Zrobił zdziwioną minę, która zaraz zniknęła pod szerokim uśmiechem.
-Przebieraj się!- rzucił plecak z ubraniami na łóżko. Na plecaku była metka.
-Sklep obrabowałeś?!
-A co? Nie wolno mi? I tak mnie ścigają.- przeskoczył przez łóżko i usiadł na przeciwnym brzegu przy fotelu.
-Jaki ty jesteś głupi.-sarknęłam z niedowierzaniem, kryjąc twarz za  dłonią.
-Ej! Mało ci tortur? Zaraz ci coś zaserwuję na deser, księżniczko.- fuknął. Wyraźnie się ze mną drażnił.- Ubieraj się, albo…
-Albo co?!- podniosłam się z miejsca nagle. Mimo, że lekko mnie zaćmiło, jego twarz wciąż była wyraźna.-Wyłaź mi z tego pokoju!
-Tak łatwo ci się nie uda.- wytłumaczył, krzyżując ręce na piersi. Opadł na łóżko i nie zamierzał się stąd ruszyć.
-Świetnie.- szarpnęłam gwałtownie plecakiem, który leżał pod jego głową.- Równie dobrze mogę się przebierać na korytarzu…-ruszyłam pewnie w stronę drzwi. W pewnym momencie poczułam, że Nathan ciągnie mnie za włosy i ściąga na łóżko.- To boli!-plecak upuściłam na podłogę.
-Wychodzę.- rzucił grobowym tonem, powalając mnie na łóżko. Uśmiechnęłam się krzywo, masując obolałą skórę głowy. Jednak dał się łatwo przekonać. Pokręcił głową w progu, słyszałam jego rozbawione prychnięcie. Też to zauważył. Zazdrośnik.

piątek, 25 stycznia 2013

19. Jak mydlana bańka...


W zasadzie tutaj kula powinna się kończyć. Byłabym wolna zaraz po jej opuszczeniu.  Ucieszyłam się w  zasadzie na marne. To byłoby zbyt piękne! Zbyt proste!
Zaklęłam pod nosem. Tego mi tu brakowało. Mutantów na straży. Przylgnęłam do ściany. Uspokój oddech, bo cię usłyszą!
Zacisnęłam dłoń na lasce. Myślałam przez moment, że wypadła mi z ręki. Najwidoczniej jednak musiałam w jakiś sposób uruchomić blokadę, która ujawniła mi ukrytą w lasce broń. Zwróciłam na siebie uwagę strażników. Wymierzyłam w nich ostrzem, nachylając się po osłonę. Te potwory nie śmiały nawet drgnąć. Skierowałam je pod jedną ścianę. Idąc dalej na dół dotknęłam ściany ramieniem. Kamienny sufit zwalił się na bestie, dodatkowo je parząc tym rozgrzanym do czerwoności gruzem. Zbiegałam dalej na dół, odzyskując władzę w ciele i zastanawiając się dlaczego te stwory mi uległy. Spojrzałam na ostrze. Ukryłam je z powrotem w obudowie. Może to przez to, że odebrałam mu broń? Nie, teraz nie było czasu na doszukiwanie się głębszego sensu w tym zachowaniu. Okienko. Tak! Wybiegłam już poza kulę! Muszę się przenieść! Gdziekolwiek!

Tak też zrobiłam i wpadłam na kogoś.
-Agnieszka!- zaraz objął mnie mocno i podniósł. Już nie miałam siły. Znał moje imię. Byłam jedynie pewna, że nie przeniosłam się do kogoś obcego. Adrenalina opadła od razu, zaczęłam się słaniać na nogach, pragnąc jedynie odrobiny wody i tej lekkości. Spokoju.  Jednak tą laskę wciąż trzymałam kurczowo w dłoni, jakby to ona dawała mi poczucie tego zwycięstwa.
Widziałam jasne światła pod powiekami. Pojawiały się monotonnie. Po jakimś czasie zorientowałam się, że jestem w aucie. Z trudem rozkleiłam zapuchnięte powieki. Znajdowałam się w znajomym mi samochodzie. Za kierownicą siedział Demon. Deja vu... Znów wyglądał tak, jakby miał zagrozić temu komuś, kto mi to zrobił. Nie poruszyłam się. Głębszy oddech po przebudzeniu nie był problemem, w szumie silnika to było niezauważalne. Próbowałam odgadnąć jego zamiary. Demon zjawił się tak nagle. A wyglądał na takiego nie do końca pewnego swoich racji. A może to ja taka jestem? I od niego to się tylko odbija?
Przełknęłam gęstą ślinę. Spojrzałam na swoje dłonie. Obandażowane... To samo z nogami. Teraz dopiero czułam każdy swój mięsień. Nie mam jak przed tym wszystkim uciec. Nie mam gdzie, bo i tak mnie znajdą. A oni? Jak oni mają mi w tym pomóc skoro jeden drugiego nienawidzi? Prędzej sami się między sobą powyrzynają. Nie mogłabym do tego dopuścić. O, znów myślę o innych bardziej niż o sobie. W gardle zaschło mi już tak bardzo, że żeby odetchnąć musiałam spróbować odchrząknąć.
-Demon.- mruknęłam. Zatrzymał się i prawie przeskoczył na tylne siedzenia.
-Pomóc ci usiąść? Gdzie ty byłaś przez dwa tygodnie?! Nie mogliśmy cię w żaden sposób znaleźć!
-Porwali mnie... Nie wiem gdzie... Gdzie my jedziemy?- spytałam wymijająco.
-Do mnie. Zero był dziwnie zdezorientowany tuż po twoim zniknięciu.
-Och...- ściągnęłam brwi.-Daj mi wody...
-Nie mam tu nic przy sobie. Wytrzymaj do wjazdu na teren posiadłości. Namówiłem Zero na postawienie obronnej kopuły. Mamy tam bezpośredni wstęp jeśli któreś z nas posiada runiczny talizman. Przerysowałem ci go na ramię.- z powrotem usiadł za kierownicą. Potem dodał, że minie góra piętnaście minut i będziemy na miejscu.
Zajechaliśmy na miejsce tak jak mówił. Trochę mi się jednak dłużyło przez pragnienie. Najchętniej położyłabym się teraz do łóżka. Do miękkiego, wygodnego łóżka. Kąpiel była oczywiście priorytetem, ale nie wiem czy byłabym w stanie przyznać się, że i przy tym potrzebuję teraz pomocy. Zupełnie się kompromitowałam. Nie mogłam się nawet podnieść. Było mi strasznie głupio, kiedy wziął mnie na ręce.
-Najprędzej dostaniesz góra szklankę wody. Ja cię chyba od razu podłączę do kroplówki.-stwierdził. Przestraszyłam się jeszcze bardziej tej kroplówki, niż tego, że Demon miałby mi pomóc się umyć.- Może mógłbym ci jakoś inaczej pomóc? Ten trik z krwią naprawdę szybko działa. Mógłbym ci jej podarować trochę.- na to hasło mało się nie wyrwałam.
-Ten, co mnie porwał, zabrał mi moją i sobie wstrzyknął.- to nie było nic dobrego pod wieloma względami. Już mniejsza o to, czy się szybciej uleczy. Doszczętnie zrujnował moją i tak nadszarpniętą umowę z Nathanem.
Umowa... Nic w tej umowie nie było na swoim miejscu. Nawet nie znałam jej warunków. Miałam w tym jakieś prawa? Tak. Chyba jedno. Prawo przywiązania się do czerwonowłosego. Wybitnie mu się udało. W końcu to on wprowadził mnie w ten cały bajzel. Tak. Zachowywał się bardziej jak nadzwyczaj nieudolny opiekun. Mamy ze sobą coś wspólnego. Najbardziej nieudolni jeśli chodzi o coś co powinniśmy robić najlepiej. Ja powinnam się lepiej bronić, on powinien mnie lepiej pilnować. Zaraz, czy to nie znaczy, że wiążę z nim jakieś szanse?
Całe szczęście, że Demon już mnie posadził na kanapie i poszedł po wodę. Zakłopotanie na mojej twarzy było nie tyle widoczne, co odczuwalne.
Nawet go nie znam. Jego charakter jest... Zbyt porywczy. Nathan jest narwańcem. Jeśli nie szaleńcem. Rozejrzałam się po jasnym pomieszczeniu. Dopiero teraz poczułam jaka jestem brudna i przepocona. Ohyda. A Demon nawet się nie wzdrygnął... Spojrzałam na swoje opatrzone ręce i przeniosłam wzrok na osobę, która dopiero wkroczyła do pokoju. Zero uśmiechnął się krzywo. Spod okularów jakie miał na nosie jednak w jego oku błysnęło coś więcej niż ulga. Też mi ulżyło, tak z grubsza. Odwzajemniłam uśmiech.
-Zająć się twoimi ranami?-spytał po czym nakreślił na swojej dłoni krąg z runami, by przyłożyć symbol niczym stempel do każdego obolałego miejsca. Nie protestowałam.
-Um... Chyba dużo energii poświęcasz na bariery. Może sobie daruj... Oszczędzaj siłę.- zauważyłam.- Co się działo przez ten czas jak mnie nie było?
-Szuka cię policja i straż pożarna. Twoje koleżanki zgłosiły twoje zaginięcie. Nathan jest głównym podejrzanym o porwanie.
-Co?!
-Ponad dwa tygodnie nieobecności, moja droga.
-Tak. Demon mi już to mówił, ale... Nie wspominał o Nathanie.- serce mocniej mi zabiło. Zrobiło mi się gorąco, a co za tym idzie, słabo.
-Właśnie dlatego nie chciał ci tego mówić w samochodzie.-mruknął.
- Co z Tribalem? Jakby jego też szukali to i ciebie i Demona. Wszyscy w tym siedzicie.
- Nie mam pojęcia. W każdym bądź razie lepiej będzie jeśli nie będziesz się z nikim komunikować. Przynajmniej nie do czasu, w którym wyzdrowiejesz.- oznajmił zupełnie niepotrzebnie. Patrzyłam tępo w punkt na stoliku przed kanapą, a po chwili po prostu zaczęły  ze mnie lecieć łzy. Duże, słone jak cholera, gorące. Zasłoniłam twarz dłonią, ale i to nie pomogło mi się opanować. Zaczęłam się zanosić, skryłam twarz pod ramionami. Nie mogłam się opanować. A to wszystko się jedynie kumulowało, aż do teraz. Ten cały ból, ta świadomość, że muszę wszystko porzucić, ten mętlik w głowie, który z każdą chwilą się komplikuje, aż w końcu nie jestem w stanie rozwiązać najprostszych problemów. Przyszedł Demon. Postawił na stoliku dzbanek z wodą.
Bez słowa usiadł obok i zaczął głaskać mnie po głowie i karku. Co ja bym dała teraz za pocieszenie. Za przytulenie.
Nawet nie poczułam, kiedy Demon mnie do siebie przyciągnął. Zaniosłam się jeszcze bardziej, już nie próbując nawet tego powstrzymywać. Płakałam, bo musiałam. Płakałam, bo mi było to potrzebne, bo za dużo było na mojej głowie.

18. Przegryźć się


Wiedział o tym już od początku. Nie trudno się domyślić, jeśli się obserwuje.
-Jeśli nawiguje tym jedna osoba, uda nam się rozproszyć kopułę na kilka chwil i stąd uciec.
-Hm? Zaczynasz się uczyć?
-Przestań... Teraz chyba nie popełnią tego samego błędu i nie wcisną tego podtrzymującego kopułę na front. Mam nadzieję, że jednak to zrobią.
-I zakładasz, a raczej masz nadzieję na to, że twoi wrogowie to imbecyle! Ubawiłbym się jak nigdy, patrząc w jakim stopniu twoje słowa się sprawdzą.-ogłosił kręcąc głową. Po chwili zaledwie znalazłam się w bocznej uliczce. Nathan pchnął mnie tam by odeprzeć kolejny atak.
Bez przepaski na oku był bardziej przerażający, bo widziałam jego całą twarz. W dodatku zachowywał się tak swobodnie, jakby swoją mocą oddychał jak powietrzem. Zupełnie jakby ta przepaska temperowała jego zachowanie i prawdziwy charakter. Zerknął na mnie kątem oka, uśmiechając się szelmowsko. Gdy podniósł odrobinę wzrok, jego mina zrzedła.
Obróciłam się powoli za siebie. Nic dziwnego było w uciekającym tłumie ludzi, ale to, co brnęło pod prąd było chyba moim ostatnim widokiem. Oni tego nie widzieli. Ci ludzie widzieli tylko pociski, ale już nie mogli zobaczyć mutanta, który kierował się prosto na mnie. Podniosłam się szybko. I znów upadłam na kolana. To coś mnie zabije... Zaczęłam czołgać się w stronę Nathana. Mutant przyspieszył, machnął szponiastym łapskiem i przeciął mi łydkę. Nie minęła chwila jak zdrętwiało mi całe ciało i padłam jak długa na bruk. Byłam jednak wszystkiego świadoma. To monstrum mnie gdzieś zabrało. To było tak szybkie, że nie zdążyłam nawet zorientować się, gdzie zostałam zabrana. Nie, odrętwiałe ciało w pewnym momencie zetknęło się z jakąś przeszkodą.
Ciężko mi było otworzyć oczy, czy ruszyć jakąkolwiek kończyną. Moje palce zetknęły się z grubym materiałem. Obwiązali mi ręce. Szlag. Byłam skuta kajdankami, wisiałam na rękach. Nogi też miałam skute, z tym że kajdany przy nogach miały cztery łańcuchy palowane do kamiennej podłogi. Drgnęłam w przypływie negatywnych emocji.
Łańcuch na mojej szyi rozgrzał się tak, że chyba zaraz stopnieję. Tortura sama w sobie. Załkałam wierzgając w panice.
-Zostawcie mnie w spokoju!-wrzasnęłam w ciemne pomieszczenie. Wiedziałam doskonale, że chcą mi go zabrać, więc czemu mnie jeszcze torturują?! Wygięłam się, bo dołączyły do tego znaki na plecach. Wiele bym dała za koniec cierpień. Mój wrzask przy następnej fali bólu zagłuszył me myśli. Nie mogłam nic zrobić, nie mogłam się nawet poruszyć bo kajdany wrzynały mi się w ręce. Splunęłam gęsta śliną na podłogę. Wody...
Z tego pragnienia myślałam, że uschnę.
-Wody!- z moich ust znów wydostało się hasło bez odpowiedzi. Coś zahałasowało w rogu. Wbiłam tam swój przerażony wzrok, wypatrując człowieka, a nie czegoś co zaraz rozszarpie mnie żywcem. Słyszałam kroki. Cisza. Nie, pewnie mam zwidy. Znowu kilka kroków. Tym razem dobiegały z innego kąta pokoju.
Adrenalina skoczyła mi gwałtownie, gdy czyjaś dłoń chwyciła mnie za brodę. Nie miałam odwagi nawet pisnąć. Spojrzałam na twarz, jaka wyłoniła się z cienia.
-Pamiętasz moją młodszą siostrę?- patrzyły na mnie wręcz białe oczy, dłuższe, platynowe włosy kryły się pod czarnym kapeluszem.- A może również pamiętasz, gdzie powinnaś skończyć przy pierwszym porwaniu?- na jego ciemnej cerze pojawiła się zmarszczka. Egzotyczna twarz porywacza nikogo mi nie przypominała. Jednak to chyba on stał za tymi akcjami. Za tym porwaniem, gdy uratował mnie Demon. A teraz stał za tymi atakami, z czego ten ostatni mu się udał, bo mnie dorwał.
-Czego chcecie?
- Och...- zacmokał.- Nie ładnie tak się zwracać do starszych od siebie.- usłyszałam świst powietrza, a po chwili poczułam bolesny pręg na brzuchu. Nie mogłam się nawet zwinąć w bólu. Mężczyzna obrócił laską w dłoni i postawił ją z hukiem na podłodze. Wzdrygnęłam się. -Co powiesz na mały układ? Odrobina twojej krwi w zamian za uleczenie mnie.- uśmiechnął się jadowicie. Spojrzałam w jego ciemne oczy z większą furią niż przerażeniem.
-Nie ma mowy.-syknęłam. Nie mogę się przecież zgodzić na coś co spowoduje, że mój wróg stanie się prawie nieśmiertelny. Ale i tak chodziło mi o to, żeby utrzymać chociaż resztę sojuszu. Tą odrobinę! Nie rozdawać tego po kątach. Bo przecież nie o to chodziło Nathanowi, gdy chciał mi pomóc.
-Po co odpowiadasz, skoro i tak nie masz prawa głosu? -odparł na to. Zaraz potem wbił mi igłę w ramię. Każde drgnięcie powodowało, że rana się pogłębiała. Mężczyzna coraz bardziej uśmiechał się do pełnej strzykawki. Jakby faktycznie miał w rękach sztabkę czystego złota.
-Nie używaj jej!- jęknęłam. Za późno...
-A niby czemu?! To ty tu jesteś zakładnikiem. Najpierw się uleczę, a potem cię zniszczę. Zrobię to powoli. Chyba, że odetnę ci głowę i zabiorę ten łańcuch. To już zależy tylko ode mnie.- dodał. Wciągnęłam z przerażeniem powietrze. Po co mu w takim razie moja krew, skoro i tak mnie zabije i pakt straci moc. Czy jeśli zdejmie ze mnie łańcuch, nie wrócę do normalności? Zamyśliłam się , ignorując zupełnie fakt, że mężczyzna upadł na podłogę nie mogąc nawet drgnąć powieką.
Jak długo ja wtedy tak leżałam? To musiało trwać kilka godzin.
Ale nawet w tej chwili nie mam co ze sobą zrobić. Wszystko mnie bolało. Chciało mi się cholernie pić. Gdyby nie ręce owinięte materiałem, mogłabym się stąd wydostać. Spojrzałam na kajdany. Wtedy też uświadomiłam sobie jak absurdalna jest moja moc. Stary papier zamieni w ostrze zdolne wbić się w beton, a nie da rady przegryźć się przez kawałek materiału.
-Znajdźcie mnie w końcu, chłopaki.- załkałam. Zaczęłam się rozpadać od środka. Nie mogłam się nawet skulić. Te pieprzone kajdany! Mój wróg dalej leżał półprzytomny mogąc jedynie poruszać oczami. Zaczęłam panikować i się szamotać. Chwila, skrawek nagiego ciała, dotykający stali wystarczy, żeby je rozwalić! Każdy staw promieniował bólem, każdy mięsień trząsł się od wysiłku. Szybciej! Straciłam oparcie na prawej ręce. Udało się! Zagryzłam materiał zębami i zaczęłam go zrywać. Dziurka. Szybciej. Zamachnęłam się. Chwila! Przy upadku muszę utrzymać równowagę. Upadłam boleśnie na podłogę. Trudno mi było się podnieść. Ile czasu musiałam tu wisieć, że jestem tak wyczerpana? Nie wiem i raczej nie chcę wiedzieć. O przeniesieniu się nie było mowy. Nie wiedzieć czemu. Podczołgałam się do okna i wtedy zobaczyłam, że wieżę, okala runiczna sfera. Nie, niemożliwe. Nawet gdybym bardzo chciała, pewnie jedynym wyjściem będzie wyskoczenie ze środka. Tylko co zrobię z tym człowiekiem? Szlag... Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nie było tam nic, co mogłoby mi się przydać. Ten mężczyzna najwidoczniej aż się w środku gotował z wściekłości. Nieważne. Nie mogę mu teraz nic zrobić. Wzięłam jego laskę i podpierając się nią zaczęłam szukać wyjścia z tej wieży. Drewniane wrota zaraz rozpadły się w drobny mak po tym jak ich dotknęłam ramieniem. Zbieganie po schodach szło mi tak pokracznie, że prawie bym z nich spadła, gdyby nie laska trzymana w ręku i odizolowana przez kawałek materiału.

17. Złoty symbol


Wrzasnęłam na nią, wściekła głównie na siebie, że do tego wszystkiego dopuściłam. Nie wiedziałam, jak dziewczyny zareagują na to, co się ze mną dzieje.
-Rzucił się na ciebie!- wytłumaczyła głośno Aga, odczuwałam wyraźnie pretensje w jej głosie.
- Nie jestem sierotą, żeby mnie przed nim bronić.
-A więc... Nad którą mam się teraz poznęcać?-usłyszałam głos Nathana tuż obok swojego ucha.
-Przestań tu odstawiać szopki...-warknęłam, nawet na niego nie patrząc.
-Pamiętaj, że pierwotnie jestem tu tylko dlatego, że posiadasz jedną moją rzecz.- wyćwierkał. Zrobiło mi się gorąco.
-Oddałabym ci go, gdyby dał się zdjąć!- odwróciłam się najeżona w jego stronę.- Nawet nie prosiłam o to, żeby cię kiedykolwiek spotkać!-poczułam coś zimnego i mokrego na palcach prawej ręki. Uniosłam dłoń i spojrzałam na strużkę krwi. Wiem, doskonale wiem o zerwaniu Sojuszu Krwi z Nathanem. Dlaczego więc moje ciało mi o tym przypomina?! Bezczelne!- Idź stąd, Nathan.-zaciskałam zęby, żeby się tylko nie popłakać. Wolałabym się jeszcze z nim pobić niż się znów rozpłakać.
-I tak po niego wrócę.- rzucił grobowym tonem, widząc dokładnie jakie uczucia są wymalowane na mojej twarzy. Dotknął łańcucha, przy tym palcem smagając delikatnie moją szyję po czym odszedł, mówiąc pod nosem o tym, że dziewczyny powinny mi być wdzięczne za im uratowanie głów.
One też to usłyszały, ale nie zamierzały go posłuchać.
- Czy cię do reszty popierdoliło?! Musisz zaraz iść do szpitala! Kto ci kazał samej się z nim bić?! Mógł cię z miejsca zabić!
-Mam was gdzieś! Przestań mi pierdolić o tym co powinnam robić, a czego nie!-przeniosłam na nie swoje wszystkie emocje już automatycznie.- Nie mam najmniejszej ochoty wysłuchiwać waszych tekstów i godzinnych pogadanek o seksie! Nie wiecie jak się wtedy czuję! Nie mam prawa się odezwać nawet teraz, bo musicie się wygadać!- prawie wykrzyczałam.-Tak sobie, kurwa, chwalisz, że jesteś dobrym słuchaczem?! Taki to powinien utrzymać z drugim kontakt, a potem słuchać i pytać. I dopiero wtedy oczekiwać słowa 'przyjaciel'!-wykrzyczałam jej to w twarz, jadowicie akcentując ostatnie słowo.
-Co się z tobą dzieje...?
-Otworzyłam oczy.-warknęłam, chwytając odsłoniętą dłonią za ławkę. Rozpadła się w drobny mak, a ja obserwowałam zaskoczone reakcje dziewczyn. Prawa ręka zabolała niemiłosiernie, jednak ruszyłam w stronę bramy stąpając nadzwyczaj ostrożnie, żeby nie roznieść w pył czegoś jeszcze.
-Hm!- usłyszałam tylko zanim coś przygwoździło mnie do ziemi promieniując tak potwornym bólem, jaki odczułam już raz. Ktoś nafaszerował mnie strzałami na oczach wszystkich ludzi. Padłam, wykrwawiając się. Dziwnym trafem nie dostałam w serce, więc przez moment miałam tą świadomość i widziałam to wszystko. Krzyki ludzi naokoło słyszałam już tylko jako ostatnie. Większość i tak zagłuszał ból.
Nagle dosłownie w ułamku sekundy podniosłam się z miejsca, już zupełnie zdrowa. Zero stał nade mną. Walczył z wrogami. Dla mnie ta chwila bez zmysłów mogła być godziną w rzeczywistości. Demon i Tribal też tam byli. Zobaczyłam ich jednak dopiero po kilku chwilach. Starałam się zignorować to tępe odczucie.
-Gdzie jest Nathan?!- krzyknął Demon. Zmroziło mnie dziwne uczucie.
-Kazałam mu stąd iść.- oznajmiłam, mając już wyrzuty sumienia.
-Co?!
-Nie pokładaj w nim takich nadziei i mnie nie denerwuj, Demon! Doskonale wiem, że robię błąd za błędem... Uważaj!-wrzasnęłam, gdy salwa jarzących się złotym promieniem strzał leciała w naszym kierunku. Zero zareagował tarczą.
Spojrzałam za siebie. Ludzie stali w oknach i nie dowierzali, że to co widzą jest prawdziwe. A jednak... W co ja ich wszystkich wpakowałam?
Myśli nagle zatrzymały się, patrzyłam pusto na tych ludzi. Jak ich obronić? Jaki mieć plan?
Ten budynek to nasz bastion przy najeździe wczorajszych kłusowników.
-Zero. Zasłoń przed nimi cały budynek. Nie mogą się tu dostać. Dasz radę?
-Trochę zajmie mi postawienie bariery.-oznajmił ciężko.
-Trzeba czasu?- jęknęłam, po chwili zakrywając się rękami przed kolejną falą strzał. Padłam na kolana rażona paraliżem. Nie mogę się przenieść. Spojrzałam na niebo. Złote symbole jaśniały pod ciemnymi śniegowymi chmurami. Znów zaszkliły mi się oczy. Znów poczułam jak od karku po całym ciele spływają dreszcze. Zdjęłam drugą rękawiczkę. Teraz iskry mogły spokojnie wędrować od moich dłoni aż do samej ziemi. Błyskawice, bo to już nie mogą być iskierki. Dotknęłam ziemi ręką, chcąc się podnieść. Szkarłatna błyskawica rozniosła się po murach ogrodzenia rozgrzewając je do czerwoności. Gdybym tylko ich widziała. Gdybym widziała tych wrogów... Nie, nie dali by się nabrać na drugą taką akcję z wybuchami. Tym razem się nie rozproszą. Zwątpiłam. Ogrodzenie zostało rozsadzone w drobny mak.
-Aguś! Schowaj się!- krzyknął Tribal. Nie mamy szans. Nigdy nie mieliśmy. Ja musiałam coś zrobić.
Jeśli oni nas pokonają, to ci ludzie ze środka też mogą zostać wyrżnięci za samo patrzenie.
Zero miał spore problemy z ustawieniem zapory.
-Zero, błagam, zrób coś.- mówiłam do siebie przez zaciśnięte zęby.
Szukałam rozwiązania. To pierwsza taka sytuacja. W tym samym momencie poczułam silnie piekące uderzenie w policzek.
Stał nade mną Nathan. Lodowate spojrzenie zmroziło mnie już w pierwszym momencie. Otrzeźwiałam z tej pustki w myślach. Dziwnie stwierdziłam, że jednak mamy szansę się wybronić.
-Nie oni grają tu pierwsze skrzypce.- oznajmił wyniośle, po czym zepchnął Zero ze swojej ścieżki.
Wrócił...
Nie miałam odwagi się uśmiechnąć. Słyszałam tylko jak klnie pod nosem, że trudno jest kogokolwiek zlokalizować nawet po torze lotu pocisków. Zawrócił. Szarpnął mną w górę.
-Rozdzielamy się!- krzyknął i przerzucił nas na drugi koniec miasta.
-Nathan! Co ty robisz?!
-Lepiej, żeby odwrócić uwagę od osób trzecich, czy przypadkiem puścić się samemu na całe stadko wroga?
-Ty wiesz gdzie oni są? Kazałeś im się rozdzielić!
-I tak cały ogień spadnie na ciebie, moja droga.- wyjawił to, czego byłam świadoma.
-To po co mieliśmy się rozdzielać?! Mamy mniejsze szanse we dwójkę.- gdy to powiedziałam, do tej pory ciągnący mnie za rękę Nathan zwyczajnie machnął mną nad sobą w powietrzu. Upadłam plecami na bruk, tracąc możliwość oddechu. Po głowie rozniósł mi się huk, który zagłuszył wszelkie inne zmysły jeszcze na dość długo.
Klęknął nade mną i zaczął mówić, kiedy przestałam wierzgać z bólu.
-Bo widzisz... I tak każesz nam w jakiś sposób siebie bronić. Sama o tym nie wiesz. Taka mała, głupia i nieświadoma.- dotknął mojego policzka wierzchem dłoni.- Albo to taki twój szczenięcy urok.-westchnął o wiele lżej.-Dotarło cokolwiek?-spytał już zupełnie beznamiętnie.
-Ja wam nic nie kazałam.
-A chcesz znowu dostać po twarzy?-odparł z aż za słodkim tonem.
- Przecież nic nie wiem. Jaki w tym urok?!
-Właśnie... Jaki? Wierz mi lub nie... Miałbym dość bronienia sieroty,  jeśliby się nie nauczyła czegokolwiek. Do czasu granicy mej cierpliwości, zabiłbym ją osobiście.- przysiadł spokojnie na ziemi, jakby ta informacja dla niego była czymś takim jak powiedzenie „Dzień dobry”. Jakby to była codzienność. Zbladłam jeszcze bardziej. Teraz chyba byłam zielonkawa.
Chciałam się podnieść. Łapczywie łykałam powietrze w obolałe od wstrząsu płuca. Zakręciło mi się w głowie.
-Myślisz, że się ciebie boję? Naprawdę niewiele mnie obchodzą dziewczyny, jeśli im chcesz coś zrobić. W mojej naturze jest to, że stanę w obronie słabszych. Zawsze. Czy ty tego, kurwa, nie zauważyłeś?! Nie boję się ciebie, bo i tak fakt, że się spotkaliśmy to czysty przypadek. I czystym przypadkiem mogę nauczyć się ciebie unikać.-warknęłam. Spojrzałam na niego jak nie powiem, na co…
-Powiedziałem ci już coś kiedyś, a ja nigdy słów na wiatr nie rzucam. I tak wrócę do ciebie jak bumerang.- oznajmił przez zaciśnięte zęby, jakby miał mnie za chwilę udusić.- Hm. Czy ty nazwałaś Zero słabym?- na jego twarzy zjawiło się rozbawienie. Tak znikąd.
-Nie powiedziałam tego!- prychnęłam, zbita z pantałyku.
-Dosadnie i dokładnie właśnie to mi oznajmiłaś.- uśmiechnął się szeroko, a w jego oczach jarzyła się złośliwość.
-Ty jesteś nierealny!
-Przyganiał kocioł garnkowi. Wstawaj. Już się zorientowali, że cię tam nie ma.- Nathan sapnął, podciągając mnie na równe nogi. Wziął mnie pod ramię i zaczął prowadzić. Przewidział, że nie będę w stanie iść o własnych siłach, czy zrobił mi to specjalnie?
Tak jak on spojrzałam na niebo. Tuż nad nami pulsował żywo jeden symbol.
-To jakaś mapa...- oznajmiłam bezmyślnie.- Tak znajdowali mnie wczoraj, gdziekolwiek bym się nie przeniosła. -znalazłam zaraz wyjaśnienie tego spostrzeżenia.- Miasto jest odcięte zupełnie od przeskoków i ktoś tym chyba nawiguje.
-Powalające spostrzeżenia, doprawdy.- mruknął z przekąsem.

16. Komplikacje


Straciłam rachubę jeśli chodzi o czas od którego się to zaczęło. Przefarbuję włosy jutro. Powinnam mieć jeszcze tyle pieniędzy na zakupy. Mamie mówiłam,że zostaje na dłużej... To nie ma sensu. Nie mogę jej w to wpakować bo i tak mi nie uwierzy, a ja będę się niepotrzebnie i niesłusznie zresztą kompromitować. Ruszę z rana po pierwszą, lepszą farbę i pójdę na zajęcia. Na wykładzie nie powinni mi zawracać głowy,jeśli usiądę z dala od nich. A potem niech się dzieje co chce.
Musiałam usnąć chociaż na moment, żeby nie wyglądać jak ofiara jakiegoś porywacza. Było pozornie bezpiecznie. Nad ranem ocknęłam się zlana zimnym potem. Śniło mi się to wszystko, co do tej pory przeżyłam. I to w jednym wielkim combo. Zaschnięta krew na moim ramieniu wróżyła coś lepszego. Rana zaczęła się goić. Nie miałam odwagi zedrzeć bandażu. Zabezpieczyłam go dodatkowo chustą i poszłam się wykąpać. Byłam poobijana. Miałam okrutne zakwasy, otępiające moje i tak niezdarne ruchy. Stanęłam przed lustrem patrząc na siebie z pogardą. Zawsze muszę robić coś wbrew swojemu sukcesowi? Zawsze musi trafić się coś przeciwko... Spojrzałam na szafkę obok lustra. Farba...
Tribal musiał ją tu zostawić, kiedy miał zamiar ogarnąć moje włosy tuż po mojej pierwszej śmierci. Parsknęłam. Absurdalne i nie do pomyślenia... Jak można od tak zostać nieśmiertelną osobą? Jeśli to byłoby jedynie dziewięć żyć jak u kota, to przeżywam właśnie swoje trzecie. To zapewne kwestia czasu jeśli coś mi się stanie. Nikomu bym nie życzyła takich wątpliwości. Chwyciłam się za głowę.
Jednak dalej mocniej zastanawiałam się nad moimi emocjami, które ukazują się gdy Nathan jest w pobliżu. Nie wiem czy te emocje mogłabym połączyć z hasłem uczucia. Naprawdę wątpiłam w samą siebie. Nie potrafiłam nawet sama przed lustrem wyznać jakie uczucia mnie kierują ku obecnej sytuacji. Przez gardło mi to nie ma siły przejść. A może jestem zwyczajnie słaba? Niezdolna do uczuć? Słaba, bo tchórzliwa. Bo uciekam...

Przecież kiedyś zastanawiałam się jak bym wyglądała w białych włosach. Nie najgorzej. W zasadzie na wykład nie muszę iść. I tak zawaliłam już chyba sporo ponad tydzień. Gdyby tylko wiedzieli, co takiego się ze mną dzieje. Upięłam włosy w kok, przewiązałam je czerwoną bandaną i zaczęłam się ubierać. Czarna bluza z głębokim kapturem, pod bluzą koszula w kratę, wąskie jeansy i kozaki... I tak nie czułam się najlepiej. Najgorsze w tym wszystkim było, że wszelkie zmiany nabyte w równoległych światach nie znikały po powrocie do mojego świata.
Spojrzałam w lustro w pokoju. Wyglądałabym w tym zestawie przeciętnie, gdyby nie właśnie kolor na mojej głowie. To dodawało mi pewnej drapieżności. Uśmiechnęłam się do siebie na to spostrzeżenie. I chyba schudłam od tego całego stresu. Widziałam to po swojej twarzy.
Agnieszka albo mnie nie pozna, albo mnie zabije za te cyrki. Mam też nadzieję, że Nathan będzie na zajęciach. Będę musiała mu powiedzieć, że ściągnęli mnie w pułapkę.
Już trwały pierwsze zajęcia. Wciągnęłam rękawiczki i nie miałam zamiaru ich zdejmować. Nóż schowałam w kozaku. Torbę z zeszytem przerzuciłam przez ramię i w ruchu przeniosłam się przed wydział. Zakołysało mnie z lekka. Weszłam do kiosku po fajki i zapalniczkę. W zasadzie nie powinni mnie poznać i faktycznie tak było. Gdyby nie moje znajome, które najpierw mnie wyminęły a potem dopiero zorientowały, że to ja.
Agnieszka odezwała się jako pierwsza.
-Co się z tobą działo? I co zrobiłaś z włosami?- zdjęła mi kaptur z głowy. Zatrzęsłam się z zimna.- Ej. To nie jest czasem sprawka Nathana? On ma na ciebie zły wpływ...
-To był zakład.
- Jaki znowu zakład i o co?!
- O to, że się z nim prześpię! To stawka za przegraną, jasne?!- parsknęłam, wzburzona. Zakład  jeśli by naprawdę istniał i tak bym przegrała. Taka moja wstydliwa natura...
- No wiesz?
-Chyba nie wyglądam źle, co? Zresztą...
- Powiedz, gdzie byłaś?
- Nie odczuwam potrzeby mówienia wam, co się ze mną dzieje i ogólnie o każdym bzdecie życia.
-Myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami.- to mnie zabolało, bo to one nie znały znaczenia tego hasła.
- Ja już coś powiedziałam.- rzuciłam papierosem pod czyjeś nogi.
Zero stał tam już od dłuższej chwili. Zignorował to, że prawie chuchnęłam mu dymem prosto w twarz.
-Pani Agnieszko. Mogę prosić na słówko?- na to pytanie odpowiedziałam podejrzliwym przymrużeniem oczu. Ostatnio taka prośba nie wróżyła niczego dobrego. W zasadzie Zero był ostatnią osobą jaką teraz chciałam widzieć na oczy.- Proszę przeprosić koleżanki. Gwarantuję, że zajmie nam to tylko kilka chwil.- nawet nie musiałam tego robić i nie mam pojęcia czemu dziewczyny posłusznie się odsunęły, a potem ruszyły w stronę bramy. Stanęły jednak przed nią i patrzyły w naszym kierunku.
-Co ty tu robisz? Jeśli Nathan zjawi się tu i zobaczy cię w pobliżu, to nie pomoże ci nawet status wykładowcy. Rozniesie cię na oczach wszystkich!-syczałam jadowicie, nie dając tego poznać po swojej twarzy.
- Chciałem ci tylko podziękować. Czuję się jak nowo narodzony. Mam u ciebie dług wdzięczności.- uśmiechnął się, a wiatr rozwiał jego długie włosy, związane w luźny kitek tuż nad karkiem.
-Po prostu trzymaj się na bezpiecznej odległości.
-Ty również na siebie uważaj.-odparł poprawiając delikatne okulary na nosie. Rozejrzał się przy tym.
-Idź już.-oznajmiłam grobowym tonem, gdy dziewczyny chciały wrócić na teren wydziału.
-Do widzenia, pani Agnieszko.
-Do widzenia.- westchnęłam, a gdy Zero odszedł, z wydziału wyskoczył wściekły Nathan. Kierował się w moją stronę niczym burza. Nie miałam pojęcia skąd wytrzasnął tylną nogę krzesła z litego drewna. Wiedziałam, że muszę przed nim uciekać.
- Jeszcze ci mało?!-warknął. -Mam cię zabić?- uciekłam na zamarzniętą ziemię, przeskakując nad ławkami. Upadłam na plecy, gdy śmignął mi tym drewnem w bok. Dziewczyny zaczęły na niego wyzywać i chciały go ode mnie odciągnąć. Wyjęłam nóż z buta i to im zagroziłam, żeby się nie zbliżały. W tym samym momencie zdjęłam zębami jedną rękawiczkę, widząc, jak Nathan przymierza się do ciosu. Drewno zetknęło się boleśnie z moją ręką. Patrzyłam na Nathana. Po plecach przeszły mi charakterystyczne, obezwładniające dreszcze. I tylko czekałam na najmniejszą iskrę.
-Chcesz mnie zabić?- sapnęłam.
-Czemu by nie?- uśmiechnął się złośliwie.-Ale jak ci przypierdolę raz, to ci wybiję z głowy rozmawianie z tym hodowcą włosów.- więc o to mu chodziło.
-Nathan! Przestań panikować!-iskra nie nadchodziła. Wygrywał, a ja o spokój wołałam właściwie sama do siebie. Usiadł na mnie i tym drewnem przykliszczył mi boleśnie obie dłonie.- Teraz kiedy jesteś mi najmniej potrzebny, znajdujesz się na miejscu, a przez całą noc ja musiałam uciekać przed obławą. Zastawili na mnie pułapkę. Mówiłeś kiedyś o takiej sytuacji...- cisnęłam, ledwo mówiąc.
Poczułam gorąco łańcucha i to jak Nathan chwyta go delikatnie w palce. Widziałam już jak Aga przymierza się do machnięcia w niego popielnicą. Ja, zaskoczona zupełnie nagłą iskrą, złapałam Nathana za bluzę i ściągnęłam w dół. Podstawka popielnicy jedynie otarła się o materiał, ale jednak on to odczuł. Odwrócił głowę w furii. Zepchnęłam go z siebie i wkładając z powrotem nóż do buta, wjechałam z krzykiem na Agnieszkę.
-Do reszty cię pojebało? Chcesz, żeby cię zabił?!

15. Słupy


Otoczyli mnie nagle z każdej ze stron. Rozglądałam się, coraz bardziej spanikowana. Nawet ci, którzy się ukrywali stanęli teraz w kręgu. Obława. Inaczej nazwać tego nie mogłam. Panika rosła z każdą chwilą, a ja nie miałam najmniejszych szans. Łańcuch rozgorzał odnawiając boleśnie pręgi na karku. Czułam, że chcą mi go zabrać. Oni mnie przecież zabiją! W pewnym momencie zauważyłam, że mam związane ręce. Nie chcę znów czuć tego strasznego bólu! Nie zniosę po raz wtóry tego tępego uczucia, jakbym nie była w swoim ciele! Nie umrę!
Nie chcę! Nie dam się! Nie mogę przegrać!
Rozejrzałam się jeszcze raz, siłując się z niewidocznymi dla mego oka więzami. Ciśnięte przez kogoś ostrze smagnęło moje ramię. Po zaledwie chwili bluza zabarwiła się szkarłatem.
Cztery osoby wyciągały w moim kierunku pięści.
Przeraźliwy strach o własne życie i panika nie dawały mi trzeźwo myśleć. Poczułam piekący ból na plecach, a po chwili zaledwie to znajome odrętwienie tym razem w całym ciele.
Ta energia rozsadzała mnie od wewnątrz. Rozpychałam się łokciami by zerwać jak najprędzej te niewidzialne liny. Ja musiałam przeżyć. Ja muszę walczyć do samego końca! Krzyk mi pomagał. Dawał mi więcej tej energii. Wtem odrętwienie dotarło do koniuszków palców. Zapiekły. Tupnięcie mojej nogi rozerwało uwięź, a szkarłatne iskry rozeszły się w cztery strony. Do trzymających mnie przeciwników. Wybuch.
Upadłam na chodnik daleko od jego epicentrum. Pięć słupów ziemi i gruzów wznosiło się wysoko obleczone czerwonymi iskrami i rozrzucało po okolicy rozżarzone fragmenty bruku z drogi. Przeniosłam się chyba instynktownie. Obserwowałam to z brzegu. Musiałam uciekać. Powtarzałam sobie w myślach miejsce, nie mogąc podnieść się przez to nawet na kolana.
Spojrzałam w górę. Symbole na niebie zaczęły zanikać, aż przez moment w ogóle ich nie było. Najwidoczniej osoba je kontrolująca musiała się rozkojarzyć. Muszę wydostać się z pułapki. Czekałam na kolejne takie śnieżenie. Padłam na podłogę w swoim mieszkaniu. Szybko pozamykałam wszelkie dostępne wejścia na cztery spusty. Wpakowałam się z powrotem do pokoju, przewaliłam materac do góry nogami a spod niego wyciągnęłam kiedyś ciśnięty pod łóżko nóż. Chwyciłam go przez rękaw, żeby się nie rozpadł. Wciąż między palcami przeskakiwały mi iskry. Chwilę potem wciągnęłam cienkie rękawiczki, zgarnęłam z biurka moje fajki i odpaliłam jedną. Drżąc cała usiadłam w kącie pokoju już swobodniej trzymając nóż w dłoni. Zapiekło mnie ramię. Rana była na tyle głęboka, że bez wizyty w szpitalu się nie obejdzie...
Zaraz...
Papieros wypadł mi z ust. Co ja najlepszego zrobiłam? Mój pakt z Nathanem przestał działać? Rana nie goiła się wcale, a krew dalej swobodnie z niej broczyła. Adrenalina opadła, a ja zaczęłam zalewać się łzami nie tyle z bólu, co przez sam fakt, że straciłam możliwość szybkiego zaleczenia się. I przede wszystkim, czy to nie przez to Nathan się nie zjawił...? To tylko moja wina! Znów ogarnęła mnie zwyczajna panika. Nie mogłam nawet w tych spazmach złapać oddechu, a każdy szmer powodował u mnie coraz większe przerażenie.
Nie. Nawet oni mi nie pomogą. Dostałam szansę i ją straciłam. Taka moja kara. Nie doceniałam tego. Gdyby nie to, że byłam w fatalnej rozsypce, już szukałabym jakiejś drogi ucieczki. Do kogo by się zgłosić? Nie mogę tu zostać.
Kasia... Przemknęła mi przez myśl. Ona byłaby w stanie mi uwierzyć. Był środek nocy. Nie mogłabym tak sobie wparować jej do mieszkania. Od tak sobie stanę na jej balkonie i zapukam do okna? Przecież to szaleństwo, albo co najmniej nieodpowiednie.  Załkałam po raz kolejny. Dlaczego nikogo tu ze mną teraz nie ma?! Dlaczego czuję taką cholerną pustkę?! Jęknęłam z bólu, kryjąc twarz pod białymi włosami, klejącymi się do niej przez łzy. A one i tak nie przestawały lecieć. Zastanawiało mnie jak żałośnie muszę wyglądać w tej chwili. Jak łatwym celem jestem przez swoje słabości? Zaczęłam ocierać te łzy, ale prawa, zraniona ręka zaczęła odmawiać mi posłuszeństwa. Musiałam tu gdzieś mieć bandaż. Nie znalazłam go więc do rozdarcia poszła bawełniana koszulka. Zawiązałam ją tuż nad raną i owinęłam materiałem już samą ranę, potem zakończyłam opatrywać samą siebie, zawiązując szmatkę  niżej. Powinna się trzymać... Nafaszerowałam się lekami przeciwbólowymi. Po mieszkaniu chodziłam z nożem założonym za pasek od spodni. Wędrowałam tak w zasadzie bezmyślnie. Zupełnie jakbym na coś czekała.
Na śmierć? Przecież miałam jakieś wyjście.

14. Pułapka


Rozdarłam bardziej dziurę w ubraniu Zero. Wbiłam igłę w jego najwidoczniejszą żyłę. W tym samym momencie do pokoju wkroczył sam Nathan.
-Co tu się dzieje?
-Zrobię to samo, co zrobił Nathan, żeby uleczyć mnie.- wtoczyłam od razu całą dawkę krwi do żył Zero. Nathan odepchnął Demona, chwycił mnie za szyję i powalił na ziemię. Pisk w mojej głowie towarzyszący głośnemu hukowi, wzmógł jego wrzask.
-Co ty odpierdalasz?! Mam cię za to zabić?!- wrzasnął mi w twarz jednocześnie mnie dusząc. Oczywiście, że się szamotałam. Podniósł pięść, będąc niemal gotowym do tego by mnie uderzyć. Zwątpiłam, zaczęłam panikować, bo on mnie nie puszczał, a nikt inny nie reagował. Łykałam łapczywie powietrze przedostające się jeszcze przez przyciśniętą krtań.
-Na...Nah...-wypuszczałam z siebie tylko początkową sylabę jego imienia, kiedy zaczęło mi się już kręcić w głowie, a łzy same cisnęły się do oczu.
-Dlaczego?!- uderzył pięścią w podłoże tuż przy moim uchu.- Dlaczego ratujesz kogoś, kto dwukrotnie próbował cię zabić?! Wiesz, co teraz zrobiłaś?!- rozluźnił ucisk. Rozkaszlałam się. Nie miałam pojęcia, co zrobiłam nie tak. Skuliłam się zaraz łapiąc za potylicę. To uderzenie było solidne, a wywołało u mnie zawroty. On nie żartował.- Zawiązałaś z nim wieczysty pakt. Tak długo jak ty będziesz żyć, tak długo ekspresowo będą leczyć się jego rany…
-Nathan...-moje oczy na nowo się zaszkliły. On też zrobił to nawet mnie nie znając. Nie... On to zrobił, żeby mnie nie stracić. Zerknęłam na niego.
-Przekazując dalej swoją krew sprawiasz, że nasz pakt traci na mocy diametralnie. Nie chcę cię stracić...
-Przecież ja...
-Nie chodzi o nieśmiertelność!-zaprotestował.- Tu chodzi o to, że nie mogę zrobić tego po raz drugi, bo kolejna dawka może cię wyniszczyć.
-Nie rozumiem.- podniosłam się powoli ignorując nieprzyjemne odczucie.- Jakie będą tego skutki?
- Może i fakt, że jesteś nieśmiertelna jakoś cię ratuje, ale na pewno do swojej śmierci będziesz cierpieć niewysłowione katusze. Tak z Tobą już raz było.- oznajmił, a mnie dopadło echo wyobraźni. Poczułam jak w jednej chwili drętwieją mi wszystkie kończyny, a przy każdym najdrobniejszym usilnym ruchu zjawiał się palący ból, promieniujący od czubków palców, aż do kręgosłupa.
Odczucie zniknęło, słabnąc powoli. Leżałam na czyichś kolanach. Nie mogłam przez dłuższą chwilę skupić wzroku na jednym punkcie, dopóki nie przyzwyczaiłam oczu do wątłego światła ulicznej latarni, wpadającego do klitki przez brudne okno.
Tribal uśmiechnął się szeroko.
-W końcu wstałaś.
-Co? Gdzie są wszyscy? Zero przeżył? Wybudził się?
-Owszem, ale postanowił nas opuścić bez słowa. Właściwie nie dziwię mu się takiej postawy.- Nathan jest teraz jedną, wściekłą kulką.- oznajmił. Nie dziwiło mnie już nawet rozdrażnienie Nathana. Wszystko wyglądało na to, że robiłam mu wiecznie na złość. Łańcuch na mojej szyi zawibrował. Wraz z moim westchnieniem zmieniło się otoczenie.
Co ja robiłam na placu w środku miasta?! W dodatku nie byłam tam sama. Obcy ludzie czaili się w cieniu każdej ciemniejszej uliczki. Poczułam ciepło na szyi. Łańcuch robił się coraz gorętszy, a ja coraz bardziej się bałam, co będzie dalej. Znów tak jak ostatnio jedna uliczka była  pusta. Tylko dlaczego ta najciemniejsza?! Miałam jakiś wybór? Poczułam dość nieprzyjemne mrowienie na plecach, aż zdrętwiały mi koniuszki palców. Spociłam się ze strachu. To nie mogło być to samo miasto. To musiał być jeden z alternatywnych światów. Jak mnie tu ściągnęli? Ja tego nie chciałam! Nie długo musiałam się doszukiwać odpowiedzi, bo w moim kierunku śmignęło kilka ostrzy. Zdążyłam im umknąć jedynie narażając na ścięcie kilku włosów. Akurat padłam na ziemię, gdy powoli na moją koszulkę opadły chyba moje stare włosy. Ciemnego koloru. Aż dziwne... Nie to było teraz ważne! Musiałam jak najprędzej podnieść się z ziemi i uciekać. Szybko! Próbowałam wrócić z powrotem do rudery, ale zamiast tego padłam tylko na kolana niczym szmaciana lalka. Znałam to uczucie. Nagłe dreszcze spłynęły po całym moim ciele. Spojrzałam w niebo, a to, co ujrzałam mnie całkowicie sparaliżowało. Niebo nad miastem skrzyło się od ciemnozłotych symboli. Krawędź miasta! Tam będę mogła przeskoczyć. Byle jak najdalej stąd. Udało się, jednak dalej nie byłam sama. Ci sami ludzie podążali za mną, jakby wiedzieli, że się przenoszę i przede wszystkim w jakie miejsce. Cały czas jednak się ukrywali, jakby to nie ich obecność miała wzbudzać postrach. Gdzie bym nie poszła i tak będą mnie śledzić. Panika odebrała mi wszystkie realne wyjścia z sytuacji. Rozglądałam się naokoło, a po chwili dopiero zorientowałam się, że bezgłośnie nawoływałam Nathana przez cały ten czas.
Nikt się nie zjawiał, byłam zdana sama na siebie.

13. Intrygujące rozdanie


Mój wzrok zaskakująco szybko przygotował się do ciemności i rozpoznawania kształtów i co jaśniejszych barw. Znalazłam jego dłonie, skrzyżowane, a on siedział oparty o ścianę z rozstawionymi nogami i głową pochyloną nisko. Poruszyłby się, gdyby się zorientował, że tu jestem. Tak jednak nie było. Po chwili usłyszałam spokojny i jednostajny oddech. Opadłam na kolana przy nim. Podparłam się jedną ręką, a drugą zaczęłam delikatnie odgarniać włosy z jego twarzy. Nie obudził się. Wyglądał jak dziecko. Poruszył się dopiero po lekkim całusie w policzek. Znów zagarnął włosy na twarz. Żal by mi było go teraz zostawić. Pogłaskałam go delikatnie po głowie. Otworzył odrobinę oczy, tak że zauważyłam tylko blask, który zdążyły wyłapać. Znów je zamknął wzdychając. Najwidoczniej robił to nieświadomie. Tak... Tak smutno wyglądał i tak niewinnie. Przytuliłabym go do siebie. Przysunęłam się. Oparłam czoło na jego ramieniu zamykając oczy. W pewnym momencie poczułam jak mi to ramię ucieka a po chwili zaczyna mnie obejmować, tłumacząc się westchnieniem ulgi. Nie chciałam nic mówić, psuć tej ciszy. On chyba był tego samego zdania. Wplotłam swoją prawą rękę w jego lewą, która mnie obejmowała i oparłam się cała o niego. Ułożył swój policzek na mojej głowie. Zaraz jednak podniosłam ją, patrząc na niego. Sama tego chciałam. Otrzymał pocałunek w lewy kącik ust. Patrzyłam dalej zastanawiając się, jak te jego podchody nabrały sensu. W końcu coś czuję. Spłonęłam rumieńcem. Znów wyciągnęłam się lekko by go pocałować. Najpierw tylko muśnięcie warg. Potem delikatne cmoknięcie  z mojej strony, a następnie reszta była już udziałem nas obojga. Miękkie, kształtne i gorące usta spotkały się z moimi. Po chwili to one zaczęły rządzić, a ja zgodziłam się na to. Zacisnął objęcia. Podobało mu się. To pierwszy taki raz gdy robiłam to z miłości. Sama. Ruszyłam się. Zaczął bardziej pochylać się nade mną, aż w końcu położył mnie na starym dywanie, wciąż obdarowując śmielszymi choć delikatnymi pocałunkami. Jego słodkie usta. Zatraciłabym się w tym, gdyby mi pozwolił. On tego chciał. Tego zatracenia się w zwykłej namiętności. Moje serce już od dawna szalało tak, że mógł usłyszeć każde jego uderzenie. Puls podbił się jeszcze wyżej gdy chwycił mnie za udo i zaczął sunąć wzdłuż talii by przeciągnąć palec po mojej szyi i objąć moją twarz. Każdy jego ruch zwyczajnie mnie podniecał.
-Nie zrobię ci tego.- mruknął prawie bezgłośnie, kończąc pocałunki. Poczułam się zawiedziona. Pomógł mi usiąść. Proszę, jeden więcej.
-To nic.- odparłam szeptem, obejmując go i całując go delikatnie w szyję i obojczyk. Zgodziłam się na taki układ. Swoją drogą nie dziwie się, że nie chce zagłębiać się w ten związek. To nie miałoby sensu, skoro jestem nieśmiertelna. A może to wszystko wróci do normy jeśli pozbędę się łańcucha?- Ty naprawdę jesteś masochistą...-mruknęłam sama do siebie. Zero miał rację.
Dopiero kiedy zaczęłam mu ulegać, przestał mnie zaskakiwać w taki czy inny sposób. Byłam prawdziwie niepocieszona.
-Możliwe.- mruknął.-Słuchaj, Agnieszka. Ja cię przepraszam za tą ostatnią akcję.
-Nie poznaję cię.- odparłam szybko, podnosząc się z podłogi.-Nie przeprosiłbyś mnie za coś takiego, a jeszcze zagroziłbyś mi czymś gorszym. Tak źle i tak niedobrze...-westchnęłam.- Nie przyjmuje przeprosin.- syknęłam. W zasadzie sama nie wiedząc czemu. Stojąc już w progu wejścia do piwnicy zastanawiałam się czy tego nie cofnąć, ale byłam bardziej przerażona niż podczas tego wyrzutu. Trudno mi było ochłonąć. Jeszcze długo byłam po prostu czerwona na twarzy. Z chęcią bym się popłakała, ale zlecieli by się wszyscy chcąc pytać, co się dzieje. Usiadłam w pustym pokoju na parterze. Wyzbierałam z podłogi stare, pobrudzone karty. Uzbierały się ich dwie talie. Zaczęłam nimi rzucać, widząc i czując jak w międzyczasie miedzy palcami przeskakują mi znajome, szkarłatne iskry. Cisnęłabym całą talię na ziemię, gdyby nie pewien fakt, że rzucona przeze mnie karta wbiła się głęboko w ścianę, a nie powinna, bo była zrobiona z kilkuwarstwowego, starego papieru. Zresztą ściana była betonowa. Po chwili karta rozpłynęła się w powietrzu, a dziura po niej została.
-O rety...-wydostało się z moich ust. Musiałam wrócić do mieszkania. Szybko.
Ktoś dobijał się do domofonu. Miałam kilka talii kart u siebie więc upchnęłam je po kieszeniach. Wróciłam do tamtej rudery z pełnym najpotrzebniejszych rzeczy plecakiem.
-Demon...- zdążyłam tuz po powrocie rozejrzeć się po pokoju. Faktycznie, stał tam od dłuższego czasu.
-Wiedziałem, że zaraz tu wrócisz.-oznajmił dla spokoju. Musiał tu stać od momentu, w którym przeniosłam się do swojego mieszkania.
-Nie mogę tam wrócić na stałe, rozumiesz? Oni wiedzą gdzie mieszkam. Moi znajomi wiedzą gdzie mieszkam... Nie zniosę ignorowania ich siedząc po cichu w mieszkaniu. Właścicielowi powiem, żeby wszystkie rzeczy wyrzucił i pozwolił wprowadzić się komuś innemu.
-Rozumiem- podszedł i klęknął przy moim plecaku. Zaczął w nim szperać.- Na co ci tyle kart?
-Spójrz na ścianę i obserwuj.- nie byłam pewna czy to teraz zadziała, ale cisnęłam naładowaną iskrami kartą w ścianę, wbiła się niemal całkowicie.
-Chyba rozumiem jak to działa, wiesz? Jednak daj mi nad tym jeszcze trochę popracować.- obserwował to bardzo uważnie.
-Może Zero będzie wiedział?-rzuciłam.
-Tak. Jeśli się obudzi.-Demon spojrzał na mnie pobłażliwie.
-Jeśli...?- powtórzyłam jedno słowo podejrzliwie. Coś nie pasowało mi w tym jego tonie głosu.
- Jest w ciężkim stanie, mimo, że nałożył już na siebie leczące runy. Z tego co zdążyłem wywnioskować, wciąż przesyła do nich swoją energię, a to już go doszczętnie wyniszcza. Przeżyje, ale pewnie nie za długo.
-Można mu ją jakoś przesłać?
-Nie ma takiej opcji. To praktycznie niemożliwe.-oznajmił wyraźnie zmartwiony moją postawą. Chyba nie rozumiał dlaczego chcę uratować Zero... Ja też tego nie wiedziałam, ale byłam pewna, że dobrze chcę postąpić.
-Musi być jakiś sposób. Zero ma dużą wiedzę. Kto wie, czy nie największą z całej naszej piątki? Chciałabym chociaż ocalić w tym wszystkim jednego człowieka...-westchnęłam ciężko.- I dowiedzieć się, dlaczego i na co stałam się celem tych wszystkich ludzi. Nathan wspominał coś o straż...-zatrzymałam się wpół zdania, uderzając pięścią w udo, które kiedyś było zranione.- Demon.- spojrzałam w jego oczy.- Jest szansa by go wyleczyć! Załatw mi sporą strzykawkę.- zniżyłam głos tak by tylko on mnie usłyszał. Ściągnął brwi wyraźnie zadziwiony i nie będący do końca pewnym mojego pomysłu. Skinął jednak głową i opuścił pokój, a ja z całym plecakiem ruszyłam do pomieszczenia, w którym leżał ledwo żywy Zero. Torbę postawiłam pod ścianą, klęknęłam obok głowy chorego.
-Szkoda by cię było stracić. Sama nawet nie wiem, czemu tak myślę...- przyznałam się szczerze. Pogładziłam jego zimne czoło. Musiał to poczuć, bo się poruszył. Był naprawdę wyczerpany.- Przestań dalej pompować z siebie energię, Zero.-szepnęłam nachylając się nad nim. Zanim wrócił Demon podwiązałam sobie rękę powyżej łokcia, a kiedy przyszedł, szybko powiązał fakty.
-Do pełna. Wbijaj się.- zacisnęłam zęby kiedy przebijał się z igłą przez skórę. Po chwili pojemniczek wypełnił się do pełna ciemną, szkarłatną cieczą.
-Co ty chcesz zrobić?- spytał, gdy odebrałam mu strzykawkę.

12. Chyba nie zamierzasz?


To im obu wybiło z głowy potyczkę. Ta moc jest nieprzydatna! Rozsadza to czego dotknie, a co może stać się narzędziem do obrony.
-Wypierdalać z mojego...-w tej samej chwili zrobiło mi się bezgranicznie ciemno przed oczami. Poczułam jak moje ciało staje się bezwiedne. Zasnęłam?
Moim oczom ukazał się jasny budynek i kolejna scena gdzie wokół mnie stoją ludzie. Nathan, Zero, Demon, Tribal i kilka innych niewyraźnych osób. Co tu robi Zero? Dlaczego jest wśród osób, które są tu by mnie obronić?
Nagle wzrok mi się rozjaśnił. Władza nad ciałem powróciła. Podniosłam się z materaca. Siedzieli w kuchni. Tribal ich obu uspokajał.
-... Zasnęła. Niech śpi dalej. Wyglądała na spokojną.
-To nie wyglądało jak sen. W pewnym momencie zbladła tak jakby miała zejść z tego świata.- teraz słyszałam głos Nathana.
-Jest wycieńczona, więc mnie to specjalnie nie dziwi...- dodał swoje Demon.
-Właśnie. Nie przeszkadzajmy jej. Niech odpoczywa...-westchnął ciężko Tribal, co było u niego w zasadzie niespotykane.
-Sądziłbym, że wypadałoby ją zapytać, co jej się śniło jak się obudzi...- napomknął Demon.
Zastanawiało mnie w zasadzie jedno. Dlaczego Zero jest w tym śnie jako jedna  z osób które mnie bronią? Skupiłam się na jego postaci... Przymknęłam oczy jedynie na moment. Dlaczego nagle znalazłam się w starym budynku, który zdawałby się opuszczony gdyby nie to, że stałam przed kręgiem runicznym. Zero tu jest. Stwierdziłam od razu, idąc za śladami jego krwi. Obawiałam się tego, co zobaczę. Nathan naprawdę musiał mu dać w kość. Znalazłam go w końcu. Jego rozbite okulary leżały przed drzwiami do pokoju na piętrze. Nie będzie w stanie mnie zaatakować, stwierdziłam śmiało, gdy go zobaczyłam.
-Zero...- mruknęłam. Wzdrygnął się, spojrzał na mnie i otworzył usta w zdziwieniu. Ja też byłam przerażona, ale starałam się zachować zimną krew.
-Jednak żyjesz. To dobrze...
- Znów będziesz próbował mnie zniszczyć?- spytałam niepewnie.
- Nie... Coś we mnie pękło. Wymiękłem tuż po twojej śmierci. A byłem pewien, ze machną na ciebie ręką... i pójdą w swoje strony.
- Nathan na pewno by tego nie zrobił, a co do Tribala i... Demon pomógł mi jedynie w ucieczce jeszcze przed twoją akcją. To wszystko. Nie sądzę by aż tak się do mnie przywiązali, żeby mnie bronić, ale to robią.
-Rywalizują ze sobą. Ten nowy jest powodem zazdrości Nathana, bo to on cię znalazł.-zauważył to mimo takich obrażeń.
-Ty mi powiedz lepiej czy wiesz coś na taki temat... Śni mi się wasza czwórka. Wiem, że chłopaki są po mojej stronie, jeśli tak mogę to nazwać, ale dlaczego ty się tam znalazłeś?- spytałam.
-Stosujesz dziwne chwyty. Sugerujesz, że mam do was dołączyć?-parsknął.
- Nie! Zastanawia mnie tylko dlaczego...
-Jak nie, jak tak...- przez jego twarz przemknął cień uśmiechu.- Jakby nie było... Zupełnie nieświadomie pomogłem ci wybudzić kilka twoich mocy. Gdyby nie to, nie byłoby cię tu i nie rozmawiałabyś ze mną.
- Mam rozumieć, że nam pomagasz, tak?
-Tobie, owszem, można tak powiedzieć. Choć to wyszło samo z siebie.
-Czy te runy na moich plecach... Ty wiesz jak one działają? To dzięki twojemu udziałowi się u mnie pojawiły.- oznajmiłam.
- To akurat nie było zależne od mojego udziału, a od poziomu twojej mocy.
-Dlaczego są takie duże, a Nathan na przykład ma je jedynie w oku?
-Sama sobie odpowiedz na to pytanie. Masz więcej rodzajów mocy niż każdy z nas. Zaskakujące, ale sprawdza się w praktyce... Bo jako cel jesteś trudniejsza do namierzenia i likwidacji.- sam mi odpowiedział na to pytanie. To, co powiedział zbiło mnie z pantałyku. Że niby co? Jestem od nich silniejsza? Aż niemożliwe, żeby wielkość symboli decydowała o sile… Dość absurdalny system oceniania mocy przeciwnika.
-Nie rozumiem.-mruknęłam, patrząc jak ulecza swoje rany.
-Nie jesteś pierwszą uczestniczką gry. Całe pokolenia przed tobą brały w tym udział.
- Skąd tyle o tym wiesz?
- Proste. Jestem długowieczny. Moje ciało się nie starzeje, a przez to, że mogę tworzyć kręgi runiczne, działam nimi na wiele sposobów.- w tej chwili jęknął przeciągle.
- Ale nie umiesz czytać z run, wiec skąd wiesz jakie działanie będzie miał dany krąg?!- postąpiłam pół kroku bliżej.
-To siedzi w mojej głowie... Runy same się tworzą. Ten pradawny system znaków jest wszczepiony w nasze umysły, w nasze ciała.- zaczął się podnosić. Cofnęłam się, ale zaraz zreflektowałam, bo mimo iż mnie raz zabił był potrzebujący. Jednak za bardzo się bałam by podejść bliżej. Chwyciłam się za bok, który był zraniony przez strzałę. Echo tego bólu odbiło się na mojej twarzy, gdy patrzyłam na jego rany.
-Zero...-w tej chwili usłyszałam okrzyki gdzieś na dole budynku. Chłopaki mnie namierzyli.
-Chyba nie zamierzasz mnie obronić?- zauważył mój spanikowany wzrok.
-Jeśli to coś da... Postaram się.- wzruszyłam ramionami.
-Nie próbuj. Ja jakoś ucieknę, jak zawsze.- uśmiechnął się boleśnie.
Zmrużyłam oczy. Nathan wparował do pokoju pierwszy i jako pierwszego zauważył Zero. Czułam jego furię, która wybuchła w momencie wejścia do pokoju.
-Tym razem cię zabiję!- warknął. Wpadłam na niego, próbując go zatrzymać.
-Nathan!- wrzasnęłam do niego. Po chwili, w jednej sekundzie znalazłam się tuż przed Zero. Zasłoniłam go swoim ciałem i w tym momencie cos zrobiło mi dziurę w ręce. Zwinęłam się w bólu, z zagłuszającym moje własne myśli wrzaskiem. Demon i Tribal wparowali do pokoju i odciągnęli Nathana.
-Opanuj się! Kurwa!- krzyknął Demon.- Nie pomagasz jej a tylko szkodzisz!
-Zabiję...-jęknęłam.- Zabiję cię, Nathan!- podniosłam się z klęczek. Powłócząc nogami zaczęłam iść w jego stronę. Wymierzyłam mu cios z pięści w twarz. Nie chciał przyjąć tego do wiadomości.
Nie chciał też przyjąć do wiadomości tego, że stanęłam w obronie jego wroga i że to jego  uderzyłam, a nie Zero. Krew lała mi się po ręce, skapując po bezwładnych palcach.- Jesteś z... Siebie... Zadowolo...- myślałam, ze skończyłam mówić, ale padłam na twarz z resztką świadomości. Aż zdziwiona byłam, że udało mi się aż tak długo utrzymać na nogach.
Ocknęłam się. Znów tak gwałtownie jak ostatnio chwyciłam powietrze. Znowu... Czy to naprawdę się dzieje? Czy naprawdę jestem nieśmiertelna? Boję się. Przecież to tak bardzo boli za każdym razem więc czemu daję się zabijać? Zanim otworzyłam oczy, odczekałam aż odzyskam czucie w całym ciele. Zero leżał obok nieprzytomny. Mam nadzieję, że tylko tyle...
-Zero...- podniosłam się, ignorując mroczki przed oczami. Dotknęłam jego chłodnej dłoni i zamarłam. Niemożliwe. Jak mogli go tak zostawić i nie podjąć leczenia?! Spojrzałam na jego rany. Nie miał żadnych dodatkowych. Starych też w sumie nie było, a w zamian za to miał na ciele runy. Wyczerpał swoją moc chcąc się uleczyć? Siedziałam na klęczkach. Nie wiedziałam co zrobić.
-Spokojnie. Odpoczywa. To nic takiego.- odezwał się melodyjnie Tribal.- Zadbałem o to, żeby przeżył.
-Gdzie Nathan?- spytałam już odruchowo. Tribal spochmurniał.
-Nie mógł na ciebie patrzeć. Rozerwał ci cala rękę, ale przynajmniej wiemy, że jesteś nieśmiertelna. Mam jednak do ciebie prośbę, nie narażaj się więcej na to.
-Nie mam najmniejszego zamiaru.- wzdrygnęłam się.-Muszę z nim porozmawiać.- podniosłam się z miejsca. Znów jak nowo narodzona, ale za cenę takiego cierpienia? Nie warto.
Nathan powinien być w drugim pokoju. Na korytarzu spotkałam Demona. Stał wsparty o ścianę z założonymi na piersi rękoma. Gdy mnie spostrzegł, uśmiechnął się nieznacznie. Skinął głową w kierunku dalszej części korytarza.
-Zszedł do piwnicy. Na pewno chcesz z nim teraz rozmawiać?- Demon uniósł brwi obserwując uważnie moje oczy. Skinęłam przyspieszając kroku. Piwnica była ciemna, a drzwi do niej otwarte jakby siłą. Do środka wpadało tyle światła ile dało samo wejście. Potem zasłoniłam jego i tak znikomy dopływ swoim ciałem.
- Nathan, jesteś tu?- spytałam półgłosem. Demon mówił, że powinien tu być. No nic. Zeszłam na dół wcale się nie bojąc. Może to przez jego obecność tam na dole?

niedziela, 13 stycznia 2013

11. Ucieczka



Zachłysnęłam się powietrzem wznosząc tułów do wyprostu. Nie było ich. Walczyli? Zostawili mnie? Spojrzałam na swoje dłonie, których widok po chwili przesłoniły białe, proste włosy. Zwróciłam  na nie uwagę, zaskoczona zupełnie. Wciąż nie mogę uwierzyć, że przeżyłam upadek, a jego skutkiem stały się białe włosy. Musiałam najwidoczniej bardzo szybko osiwieć. Łańcuch wciąż był na mojej szyi. Jak mogli mnie zostawić pod zamkiem?
Podniosłam się z ziemi. Spojrzałam w jedną z witryn. Moja twarz miała dobry kolor, ale nie włosy. Te były jak śnieg, w którym leżałam do tej pory. Zupełnie białe.
Przeniesienie się do domu też nie sprawiło mi większego problemu. Nikogo tam nie zastałam. Czyżby się ze mną  pożegnali już na dobre? Nie do pomyślenia. Stanęłam przed lustrem, poderwałam w górę koszulkę, by sprawdzić czy mam na boku tą bliznę. Nie było po niej śladu. Spojrzałam na swoja twarz. Włosy do tej pory ciemnobrązowe i wręcz falowane teraz były idealnie proste i białe, przez co bardziej było widać kolor mojej cery. Związałam je. Za duża zmiana w kolorze i to z nieznanych powodów... Szlag, gdybym to ja potrafiła samodzielnie odnaleźć Nathana, mogłabym się czegokolwiek dowiedzieć.
Usiadłam do komputera. Kilka wiadomości pojawiło się na mailu, a wszyscy pytali co ze mną jest, o tym, że Nathan był dzisiaj rozkojarzony.
'Przekażcie mu, ze żyję.'- tyle odpisałam. Zaraz... Ciekawe, co z telefonem? Przeraziłam się widząc przez te kilka dni tyle SMS-ów i połączeń.
'Byliśmy u ciebie, ale nie otwierałaś. Nawet mieszkanie zostawiłaś otwarte. Co się z tobą dzieje? Martwię się'-napisała Kasia. Podobna treść wiadomości była od Agi.
Zadzwonić? Nie mam wyboru.
- Cześć Aga...- nie dala mi nawet skończyć.
- Gdzieś ty się podziewała?! Nie dajesz znaku życia od trzech dni. Wiesz jak się bałam o ciebie?
- Przyjedziesz?- spytałam krótko.
- Skończę zajęcia i przyjeżdżam. Musiałam wyjść w trakcie, żeby odebrać.
- Jest tam gdzieś Nathan?
- No, siedzi.- oznajmiła.
- Powiedz mu po zajęciach, że żyję...
-Co..?
- Nie pytaj.- mruknęłam, rozłączając się.
Akurat trwał wykład. Też mi coś...
Dosłałam jej jeszcze wiadomość, żeby kupiła farbę do włosów, bo się przyda. Koniecznie.
'Coś ty zrobiła?'
'I tak mi nie uwierzysz.'
Czekałam do końca wykładu. Aga napisała, że Nathan wystrzelił z wydziału, gdy tylko dowiedział się o tym. Chwilę później po otrzymaniu wiadomości wszedł do mojego mieszkania. Spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. Jego lewe oko błysnęło magicznie.
-Zostawiliście mnie tam.- oznajmiłam drżącym głosem.
-Byłaś martwa...
- To żaden powód! Ja wiem że ty tego chcesz. Mojej śmierci!
-Zmieniłem zdanie. Nie zabiję cię, bo już dawno bym to zrobił, gdyby mi akurat na tym zależało.
- Wymiękłeś?
- Nie mów takich rzeczy, Agnieszka.
- O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego ja żyję i mam białe włosy? Wytłumacz mi to. Co to za gra?
- Jednak się dowiedziałaś.
- No tak! Porwali mnie!- zaczęłam wymachiwać rękami, coraz bardziej wściekła.
- Nie mogłem cię znaleźć.
- Spierdalaj z taka pomocą! To przez ciebie pewnie tak ginęłam w każdym świecie, a nie przez jakieś pierdolone dobre serce! Ty nie potrafiłeś mnie obronić! Słyszysz to?!- patrzyłam na niego ze łzami w oczach.
Podszedł bliżej i przytulił mnie mocno. Wyrywałam mu się. Dostał nawet z główki w nos, ale nie przestawał.
- To ci nie pomoże!- krzyknęłam w jego pierś.
To nie ja trzęsłam się nagle w płaczu. To on. Objął mnie jeszcze mocniej.
Nie płacz. Facetowi nie przystoi. Uderzyłam go w bok z pieści, a po chwili zacisnęłam ja na jego koszuli, szarpiąc za nią w złości. No przestań!
Co miałam zrobić? Tez się popłakałam, bo Nathan okazał się nie być takim twardzielem.
Zaraz do drzwi zapukał następny gość.
-Puść mnie. Muszę otworzyć. To pewnie Aga.
- Ja otworzę.- oznajmił zaraz. Otworzył drzwi, ale nie przywitał gościa tak jak by należało.- Nie wpuszczę cię do środka, słyszysz? To był chwilowy rozejm. Wypierdalaj.

Zaraz usłyszałam głos Demona.
- To od niej zależy, nie od ciebie. Coś późno reagujesz na jej zmiany położenia.- prychnął.
- Wpuść go.- na to polecenie Nathan skarcił mnie wzrokiem, ale usunął się z drogi.
Demon uniósł brwi w zaskoczeniu. Otarłam łzy.
-Dobrze cię widzieć.- sapnął.- Białe włosy to oznaka zmartwychwstania, tak? Wasz kolega z warkoczykiem pod uchem też tak ma. Wiele razy się z nim spotkałem... Ale jakim sposobem ty mogłabyś być nieśmiertelna?
-Ja też tego nie pojmuję.-przyznałam zupełnie szczerze. Zaraz chwyciłam za telefon i napisałam do Agi, żeby jednak nie przyjeżdżała.
Zaczęła dzwonić, a ja cisnęłam telefonem przez okno, które wciąż było otwarte.
Musze zniknąć. To jedyna rada. Ewentualnie wmieszać się w inne otoczenie. Wyjechać do większego miasta.
Mieszkanie opuszczę. Mam nadzieję, że chłopaki pomogą mi w ucieczce.
-Muszę zniknąć, a wy mi w tym pomożecie.- zakomunikowałam.
Nathan stwierdził, że to dobry pomysł. Demon był temu przeciwny.
-Jeśli teraz uciekniesz, obudzisz resztę graczy i będą cię ścigać po ciągłej przez całą przebytą trasę. To zły pomysł.
-Więc co mam zrobić?- spytałam.
-Proponuję wykorzystać teren chroniony. Zapraszam do mnie.
- Nie zgadzam się.- warknął Nathan. Zaraz rzucą się sobie do gardeł!
- Masz jakiś inny pomysł? Na twoim miejscu cieszyłbym się, że ona dalej żyje. Bo wpadłeś w taki amok, że Zero ledwo uszedł z życiem.
- Przynajmniej nauczył się, żeby ze mną nie zadzierać.
- Ale cię idiotycznie sprowokował. Śmiał ci się w twarz.- wypomniał mu Demon. Usiadłam na łóżku patrząc na nich. Robiło się zimniej nie od okna, a od samego Demona.
- Przymknijcie się obaj.- sarknęłam.- Jeszcze tu tylko Tribala brakuje...

Mogłam tego nie mówić. Usiadł w oknie.
-No, siema! Co jest?- spojrzał na mnie i nagle ucichł. Złapał się za usta.- Agnieszka... Co ty tu robisz? Jakim cudem masz objawy po śmierci tak jak ja?
-Włosy? Obudziłam się dzisiaj rano pod zamkiem gdzie mnie zostawili.- oznajmiłam z nieskrywanym wyrzutem nawet nie odpowiadając na właściwe pytanie.
- Nie...- potrząsnął energicznie głową.-... Ja cię stamtąd zabrałem.
Obudziłaś się pod zamkiem, bo tam było miejsce gdzie dusza rozdzieliła się z ciałem. Tam też powróciła do tego, obecnego stanu.
- Więc, co? Jestem nieśmiertelna, tak jak ty?
- Nie mam ochoty tego sprawdzać. Ważne, że jesteś.-oznajmił znowu Tribal. Zeskoczył z okna i potargał mi włosy kiedy tylko zaczęłam się podnosić.

Stwierdziłam, że jestem okropnie głodna.
Należało mi się coś do jedzenia. W końcu przez masę czasu nie miałam nic w ustach. Adrenalina opadała powoli, a żołądek coraz bardziej domagał się jakiegokolwiek posiłku. Pomidory pogniły, została mi do zrobienia jajecznica.
Zrezygnowałam i z tego, prosząc, by któryś z nich skoczył po jakieś szybkie żarcie. Nathan nie chciał mnie zostawić samej.
- Proszę, przecież nic mi nie zrobią.
- No dobrze... Pilnuj się, bo jesteś...-wiedziałam doskonale, że chciał powiedzieć, że należę do niego.- A jeśli nie... Marnie skończycie.- mruknął mierząc wzrokiem obu mężczyzn. Gdy zniknął, Tribal rzucił beztroskim hasłem, że przyniesie mi farbę do włosów i zaraz je ogarniemy, po czym również wyparował.
-Demon... Nie pozbyliście się Zero?
-Eliminacja osób, które podróżują po światach jest niezgodna z kodeksem. Gdybyś sama, jako cel go zabiła, wtedy nie ma takiego problemu.
-No to muszę się nauczyć jakiejś sztuki walki... A dlaczego Nathan go nie wykończył, skoro mógł to zrobić w moim imieniu?
- Wiesz, że to jest myśl? Ale tego chyba nie uwzględnia się po twojej śmierci… Słuchaj, pokaż mi twoje plecy.
- Ale... Nathan zaraz wróci.
-Może zdołam coś z nich odczytać. Spokojnie. To zajmie tylko chwilkę.
-Skoro tak mówisz.- odwróciłam się i zaczęłam podnosić koszulkę, nie będąc pewna czy dobrze robię pozwalając mu patrzeć na te symbole. Przesunął dłońmi po moich plecach. Wzdrygnęłam się mimowolnie. Dotyk jego dłoni nagle zniknął. W tym samym momencie usłyszałam uderzenie. Obróciłam się, a Nathan stał jeszcze w pozie po nokaucie Demona. Potem dopiero zarejestrowałam, że rzeczony Demon leży z rozbitą wargą i robi się wściekły, co tym razem odbiło się gorącem bijącym od niego.
-Nathan!!!- wrzasnęłam.
- Zabiję cię, śmieciu!- krzyknął zupełnie mnie ignorując. Demon podniósł się z miejsca ocierając krew nadgarstkiem, co w tej chwili było jedynie syzyfową pracą.
-Nathan! Uspokój się do kurwy nędzy! On chciał odczytać znaki runiczne na moich plecach!- rzuciłam się na czerwonowłosego. Zmroził mnie spojrzeniem. Zatrzymałam się jedynie na moment, by zaraz chwycić parasolkę z otwartej szafy i zdzielić go nią po brzuchu.
- Nikt tego nie potrafi, to dlaczego on się nagle znalazł i się do ciebie dobiera?! Nie masz na to dowodów!
- Nie krzycz na mnie, jeśli jesteś w moim domu!- znów poczułam dreszcze w całym ciele. Byłam wściekła. Łzy wcisnęły mi się bezczelnie do oczu. Robiło mi się gorąco już nie przez reakcję Demona. Usiadłam chwytając krawędzi łóżka, które po chwili roztrzaskało się w drobny mak obsypując cały pokój drzazgami. Zaklęłam głośno, po czym chwyciłam się za głowę, upadając na sam  materac, resztki po łóżku.