piątek, 25 stycznia 2013

13. Intrygujące rozdanie


Mój wzrok zaskakująco szybko przygotował się do ciemności i rozpoznawania kształtów i co jaśniejszych barw. Znalazłam jego dłonie, skrzyżowane, a on siedział oparty o ścianę z rozstawionymi nogami i głową pochyloną nisko. Poruszyłby się, gdyby się zorientował, że tu jestem. Tak jednak nie było. Po chwili usłyszałam spokojny i jednostajny oddech. Opadłam na kolana przy nim. Podparłam się jedną ręką, a drugą zaczęłam delikatnie odgarniać włosy z jego twarzy. Nie obudził się. Wyglądał jak dziecko. Poruszył się dopiero po lekkim całusie w policzek. Znów zagarnął włosy na twarz. Żal by mi było go teraz zostawić. Pogłaskałam go delikatnie po głowie. Otworzył odrobinę oczy, tak że zauważyłam tylko blask, który zdążyły wyłapać. Znów je zamknął wzdychając. Najwidoczniej robił to nieświadomie. Tak... Tak smutno wyglądał i tak niewinnie. Przytuliłabym go do siebie. Przysunęłam się. Oparłam czoło na jego ramieniu zamykając oczy. W pewnym momencie poczułam jak mi to ramię ucieka a po chwili zaczyna mnie obejmować, tłumacząc się westchnieniem ulgi. Nie chciałam nic mówić, psuć tej ciszy. On chyba był tego samego zdania. Wplotłam swoją prawą rękę w jego lewą, która mnie obejmowała i oparłam się cała o niego. Ułożył swój policzek na mojej głowie. Zaraz jednak podniosłam ją, patrząc na niego. Sama tego chciałam. Otrzymał pocałunek w lewy kącik ust. Patrzyłam dalej zastanawiając się, jak te jego podchody nabrały sensu. W końcu coś czuję. Spłonęłam rumieńcem. Znów wyciągnęłam się lekko by go pocałować. Najpierw tylko muśnięcie warg. Potem delikatne cmoknięcie  z mojej strony, a następnie reszta była już udziałem nas obojga. Miękkie, kształtne i gorące usta spotkały się z moimi. Po chwili to one zaczęły rządzić, a ja zgodziłam się na to. Zacisnął objęcia. Podobało mu się. To pierwszy taki raz gdy robiłam to z miłości. Sama. Ruszyłam się. Zaczął bardziej pochylać się nade mną, aż w końcu położył mnie na starym dywanie, wciąż obdarowując śmielszymi choć delikatnymi pocałunkami. Jego słodkie usta. Zatraciłabym się w tym, gdyby mi pozwolił. On tego chciał. Tego zatracenia się w zwykłej namiętności. Moje serce już od dawna szalało tak, że mógł usłyszeć każde jego uderzenie. Puls podbił się jeszcze wyżej gdy chwycił mnie za udo i zaczął sunąć wzdłuż talii by przeciągnąć palec po mojej szyi i objąć moją twarz. Każdy jego ruch zwyczajnie mnie podniecał.
-Nie zrobię ci tego.- mruknął prawie bezgłośnie, kończąc pocałunki. Poczułam się zawiedziona. Pomógł mi usiąść. Proszę, jeden więcej.
-To nic.- odparłam szeptem, obejmując go i całując go delikatnie w szyję i obojczyk. Zgodziłam się na taki układ. Swoją drogą nie dziwie się, że nie chce zagłębiać się w ten związek. To nie miałoby sensu, skoro jestem nieśmiertelna. A może to wszystko wróci do normy jeśli pozbędę się łańcucha?- Ty naprawdę jesteś masochistą...-mruknęłam sama do siebie. Zero miał rację.
Dopiero kiedy zaczęłam mu ulegać, przestał mnie zaskakiwać w taki czy inny sposób. Byłam prawdziwie niepocieszona.
-Możliwe.- mruknął.-Słuchaj, Agnieszka. Ja cię przepraszam za tą ostatnią akcję.
-Nie poznaję cię.- odparłam szybko, podnosząc się z podłogi.-Nie przeprosiłbyś mnie za coś takiego, a jeszcze zagroziłbyś mi czymś gorszym. Tak źle i tak niedobrze...-westchnęłam.- Nie przyjmuje przeprosin.- syknęłam. W zasadzie sama nie wiedząc czemu. Stojąc już w progu wejścia do piwnicy zastanawiałam się czy tego nie cofnąć, ale byłam bardziej przerażona niż podczas tego wyrzutu. Trudno mi było ochłonąć. Jeszcze długo byłam po prostu czerwona na twarzy. Z chęcią bym się popłakała, ale zlecieli by się wszyscy chcąc pytać, co się dzieje. Usiadłam w pustym pokoju na parterze. Wyzbierałam z podłogi stare, pobrudzone karty. Uzbierały się ich dwie talie. Zaczęłam nimi rzucać, widząc i czując jak w międzyczasie miedzy palcami przeskakują mi znajome, szkarłatne iskry. Cisnęłabym całą talię na ziemię, gdyby nie pewien fakt, że rzucona przeze mnie karta wbiła się głęboko w ścianę, a nie powinna, bo była zrobiona z kilkuwarstwowego, starego papieru. Zresztą ściana była betonowa. Po chwili karta rozpłynęła się w powietrzu, a dziura po niej została.
-O rety...-wydostało się z moich ust. Musiałam wrócić do mieszkania. Szybko.
Ktoś dobijał się do domofonu. Miałam kilka talii kart u siebie więc upchnęłam je po kieszeniach. Wróciłam do tamtej rudery z pełnym najpotrzebniejszych rzeczy plecakiem.
-Demon...- zdążyłam tuz po powrocie rozejrzeć się po pokoju. Faktycznie, stał tam od dłuższego czasu.
-Wiedziałem, że zaraz tu wrócisz.-oznajmił dla spokoju. Musiał tu stać od momentu, w którym przeniosłam się do swojego mieszkania.
-Nie mogę tam wrócić na stałe, rozumiesz? Oni wiedzą gdzie mieszkam. Moi znajomi wiedzą gdzie mieszkam... Nie zniosę ignorowania ich siedząc po cichu w mieszkaniu. Właścicielowi powiem, żeby wszystkie rzeczy wyrzucił i pozwolił wprowadzić się komuś innemu.
-Rozumiem- podszedł i klęknął przy moim plecaku. Zaczął w nim szperać.- Na co ci tyle kart?
-Spójrz na ścianę i obserwuj.- nie byłam pewna czy to teraz zadziała, ale cisnęłam naładowaną iskrami kartą w ścianę, wbiła się niemal całkowicie.
-Chyba rozumiem jak to działa, wiesz? Jednak daj mi nad tym jeszcze trochę popracować.- obserwował to bardzo uważnie.
-Może Zero będzie wiedział?-rzuciłam.
-Tak. Jeśli się obudzi.-Demon spojrzał na mnie pobłażliwie.
-Jeśli...?- powtórzyłam jedno słowo podejrzliwie. Coś nie pasowało mi w tym jego tonie głosu.
- Jest w ciężkim stanie, mimo, że nałożył już na siebie leczące runy. Z tego co zdążyłem wywnioskować, wciąż przesyła do nich swoją energię, a to już go doszczętnie wyniszcza. Przeżyje, ale pewnie nie za długo.
-Można mu ją jakoś przesłać?
-Nie ma takiej opcji. To praktycznie niemożliwe.-oznajmił wyraźnie zmartwiony moją postawą. Chyba nie rozumiał dlaczego chcę uratować Zero... Ja też tego nie wiedziałam, ale byłam pewna, że dobrze chcę postąpić.
-Musi być jakiś sposób. Zero ma dużą wiedzę. Kto wie, czy nie największą z całej naszej piątki? Chciałabym chociaż ocalić w tym wszystkim jednego człowieka...-westchnęłam ciężko.- I dowiedzieć się, dlaczego i na co stałam się celem tych wszystkich ludzi. Nathan wspominał coś o straż...-zatrzymałam się wpół zdania, uderzając pięścią w udo, które kiedyś było zranione.- Demon.- spojrzałam w jego oczy.- Jest szansa by go wyleczyć! Załatw mi sporą strzykawkę.- zniżyłam głos tak by tylko on mnie usłyszał. Ściągnął brwi wyraźnie zadziwiony i nie będący do końca pewnym mojego pomysłu. Skinął jednak głową i opuścił pokój, a ja z całym plecakiem ruszyłam do pomieszczenia, w którym leżał ledwo żywy Zero. Torbę postawiłam pod ścianą, klęknęłam obok głowy chorego.
-Szkoda by cię było stracić. Sama nawet nie wiem, czemu tak myślę...- przyznałam się szczerze. Pogładziłam jego zimne czoło. Musiał to poczuć, bo się poruszył. Był naprawdę wyczerpany.- Przestań dalej pompować z siebie energię, Zero.-szepnęłam nachylając się nad nim. Zanim wrócił Demon podwiązałam sobie rękę powyżej łokcia, a kiedy przyszedł, szybko powiązał fakty.
-Do pełna. Wbijaj się.- zacisnęłam zęby kiedy przebijał się z igłą przez skórę. Po chwili pojemniczek wypełnił się do pełna ciemną, szkarłatną cieczą.
-Co ty chcesz zrobić?- spytał, gdy odebrałam mu strzykawkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz