piątek, 25 stycznia 2013

14. Pułapka


Rozdarłam bardziej dziurę w ubraniu Zero. Wbiłam igłę w jego najwidoczniejszą żyłę. W tym samym momencie do pokoju wkroczył sam Nathan.
-Co tu się dzieje?
-Zrobię to samo, co zrobił Nathan, żeby uleczyć mnie.- wtoczyłam od razu całą dawkę krwi do żył Zero. Nathan odepchnął Demona, chwycił mnie za szyję i powalił na ziemię. Pisk w mojej głowie towarzyszący głośnemu hukowi, wzmógł jego wrzask.
-Co ty odpierdalasz?! Mam cię za to zabić?!- wrzasnął mi w twarz jednocześnie mnie dusząc. Oczywiście, że się szamotałam. Podniósł pięść, będąc niemal gotowym do tego by mnie uderzyć. Zwątpiłam, zaczęłam panikować, bo on mnie nie puszczał, a nikt inny nie reagował. Łykałam łapczywie powietrze przedostające się jeszcze przez przyciśniętą krtań.
-Na...Nah...-wypuszczałam z siebie tylko początkową sylabę jego imienia, kiedy zaczęło mi się już kręcić w głowie, a łzy same cisnęły się do oczu.
-Dlaczego?!- uderzył pięścią w podłoże tuż przy moim uchu.- Dlaczego ratujesz kogoś, kto dwukrotnie próbował cię zabić?! Wiesz, co teraz zrobiłaś?!- rozluźnił ucisk. Rozkaszlałam się. Nie miałam pojęcia, co zrobiłam nie tak. Skuliłam się zaraz łapiąc za potylicę. To uderzenie było solidne, a wywołało u mnie zawroty. On nie żartował.- Zawiązałaś z nim wieczysty pakt. Tak długo jak ty będziesz żyć, tak długo ekspresowo będą leczyć się jego rany…
-Nathan...-moje oczy na nowo się zaszkliły. On też zrobił to nawet mnie nie znając. Nie... On to zrobił, żeby mnie nie stracić. Zerknęłam na niego.
-Przekazując dalej swoją krew sprawiasz, że nasz pakt traci na mocy diametralnie. Nie chcę cię stracić...
-Przecież ja...
-Nie chodzi o nieśmiertelność!-zaprotestował.- Tu chodzi o to, że nie mogę zrobić tego po raz drugi, bo kolejna dawka może cię wyniszczyć.
-Nie rozumiem.- podniosłam się powoli ignorując nieprzyjemne odczucie.- Jakie będą tego skutki?
- Może i fakt, że jesteś nieśmiertelna jakoś cię ratuje, ale na pewno do swojej śmierci będziesz cierpieć niewysłowione katusze. Tak z Tobą już raz było.- oznajmił, a mnie dopadło echo wyobraźni. Poczułam jak w jednej chwili drętwieją mi wszystkie kończyny, a przy każdym najdrobniejszym usilnym ruchu zjawiał się palący ból, promieniujący od czubków palców, aż do kręgosłupa.
Odczucie zniknęło, słabnąc powoli. Leżałam na czyichś kolanach. Nie mogłam przez dłuższą chwilę skupić wzroku na jednym punkcie, dopóki nie przyzwyczaiłam oczu do wątłego światła ulicznej latarni, wpadającego do klitki przez brudne okno.
Tribal uśmiechnął się szeroko.
-W końcu wstałaś.
-Co? Gdzie są wszyscy? Zero przeżył? Wybudził się?
-Owszem, ale postanowił nas opuścić bez słowa. Właściwie nie dziwię mu się takiej postawy.- Nathan jest teraz jedną, wściekłą kulką.- oznajmił. Nie dziwiło mnie już nawet rozdrażnienie Nathana. Wszystko wyglądało na to, że robiłam mu wiecznie na złość. Łańcuch na mojej szyi zawibrował. Wraz z moim westchnieniem zmieniło się otoczenie.
Co ja robiłam na placu w środku miasta?! W dodatku nie byłam tam sama. Obcy ludzie czaili się w cieniu każdej ciemniejszej uliczki. Poczułam ciepło na szyi. Łańcuch robił się coraz gorętszy, a ja coraz bardziej się bałam, co będzie dalej. Znów tak jak ostatnio jedna uliczka była  pusta. Tylko dlaczego ta najciemniejsza?! Miałam jakiś wybór? Poczułam dość nieprzyjemne mrowienie na plecach, aż zdrętwiały mi koniuszki palców. Spociłam się ze strachu. To nie mogło być to samo miasto. To musiał być jeden z alternatywnych światów. Jak mnie tu ściągnęli? Ja tego nie chciałam! Nie długo musiałam się doszukiwać odpowiedzi, bo w moim kierunku śmignęło kilka ostrzy. Zdążyłam im umknąć jedynie narażając na ścięcie kilku włosów. Akurat padłam na ziemię, gdy powoli na moją koszulkę opadły chyba moje stare włosy. Ciemnego koloru. Aż dziwne... Nie to było teraz ważne! Musiałam jak najprędzej podnieść się z ziemi i uciekać. Szybko! Próbowałam wrócić z powrotem do rudery, ale zamiast tego padłam tylko na kolana niczym szmaciana lalka. Znałam to uczucie. Nagłe dreszcze spłynęły po całym moim ciele. Spojrzałam w niebo, a to, co ujrzałam mnie całkowicie sparaliżowało. Niebo nad miastem skrzyło się od ciemnozłotych symboli. Krawędź miasta! Tam będę mogła przeskoczyć. Byle jak najdalej stąd. Udało się, jednak dalej nie byłam sama. Ci sami ludzie podążali za mną, jakby wiedzieli, że się przenoszę i przede wszystkim w jakie miejsce. Cały czas jednak się ukrywali, jakby to nie ich obecność miała wzbudzać postrach. Gdzie bym nie poszła i tak będą mnie śledzić. Panika odebrała mi wszystkie realne wyjścia z sytuacji. Rozglądałam się naokoło, a po chwili dopiero zorientowałam się, że bezgłośnie nawoływałam Nathana przez cały ten czas.
Nikt się nie zjawiał, byłam zdana sama na siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz