piątek, 25 stycznia 2013

15. Słupy


Otoczyli mnie nagle z każdej ze stron. Rozglądałam się, coraz bardziej spanikowana. Nawet ci, którzy się ukrywali stanęli teraz w kręgu. Obława. Inaczej nazwać tego nie mogłam. Panika rosła z każdą chwilą, a ja nie miałam najmniejszych szans. Łańcuch rozgorzał odnawiając boleśnie pręgi na karku. Czułam, że chcą mi go zabrać. Oni mnie przecież zabiją! W pewnym momencie zauważyłam, że mam związane ręce. Nie chcę znów czuć tego strasznego bólu! Nie zniosę po raz wtóry tego tępego uczucia, jakbym nie była w swoim ciele! Nie umrę!
Nie chcę! Nie dam się! Nie mogę przegrać!
Rozejrzałam się jeszcze raz, siłując się z niewidocznymi dla mego oka więzami. Ciśnięte przez kogoś ostrze smagnęło moje ramię. Po zaledwie chwili bluza zabarwiła się szkarłatem.
Cztery osoby wyciągały w moim kierunku pięści.
Przeraźliwy strach o własne życie i panika nie dawały mi trzeźwo myśleć. Poczułam piekący ból na plecach, a po chwili zaledwie to znajome odrętwienie tym razem w całym ciele.
Ta energia rozsadzała mnie od wewnątrz. Rozpychałam się łokciami by zerwać jak najprędzej te niewidzialne liny. Ja musiałam przeżyć. Ja muszę walczyć do samego końca! Krzyk mi pomagał. Dawał mi więcej tej energii. Wtem odrętwienie dotarło do koniuszków palców. Zapiekły. Tupnięcie mojej nogi rozerwało uwięź, a szkarłatne iskry rozeszły się w cztery strony. Do trzymających mnie przeciwników. Wybuch.
Upadłam na chodnik daleko od jego epicentrum. Pięć słupów ziemi i gruzów wznosiło się wysoko obleczone czerwonymi iskrami i rozrzucało po okolicy rozżarzone fragmenty bruku z drogi. Przeniosłam się chyba instynktownie. Obserwowałam to z brzegu. Musiałam uciekać. Powtarzałam sobie w myślach miejsce, nie mogąc podnieść się przez to nawet na kolana.
Spojrzałam w górę. Symbole na niebie zaczęły zanikać, aż przez moment w ogóle ich nie było. Najwidoczniej osoba je kontrolująca musiała się rozkojarzyć. Muszę wydostać się z pułapki. Czekałam na kolejne takie śnieżenie. Padłam na podłogę w swoim mieszkaniu. Szybko pozamykałam wszelkie dostępne wejścia na cztery spusty. Wpakowałam się z powrotem do pokoju, przewaliłam materac do góry nogami a spod niego wyciągnęłam kiedyś ciśnięty pod łóżko nóż. Chwyciłam go przez rękaw, żeby się nie rozpadł. Wciąż między palcami przeskakiwały mi iskry. Chwilę potem wciągnęłam cienkie rękawiczki, zgarnęłam z biurka moje fajki i odpaliłam jedną. Drżąc cała usiadłam w kącie pokoju już swobodniej trzymając nóż w dłoni. Zapiekło mnie ramię. Rana była na tyle głęboka, że bez wizyty w szpitalu się nie obejdzie...
Zaraz...
Papieros wypadł mi z ust. Co ja najlepszego zrobiłam? Mój pakt z Nathanem przestał działać? Rana nie goiła się wcale, a krew dalej swobodnie z niej broczyła. Adrenalina opadła, a ja zaczęłam zalewać się łzami nie tyle z bólu, co przez sam fakt, że straciłam możliwość szybkiego zaleczenia się. I przede wszystkim, czy to nie przez to Nathan się nie zjawił...? To tylko moja wina! Znów ogarnęła mnie zwyczajna panika. Nie mogłam nawet w tych spazmach złapać oddechu, a każdy szmer powodował u mnie coraz większe przerażenie.
Nie. Nawet oni mi nie pomogą. Dostałam szansę i ją straciłam. Taka moja kara. Nie doceniałam tego. Gdyby nie to, że byłam w fatalnej rozsypce, już szukałabym jakiejś drogi ucieczki. Do kogo by się zgłosić? Nie mogę tu zostać.
Kasia... Przemknęła mi przez myśl. Ona byłaby w stanie mi uwierzyć. Był środek nocy. Nie mogłabym tak sobie wparować jej do mieszkania. Od tak sobie stanę na jej balkonie i zapukam do okna? Przecież to szaleństwo, albo co najmniej nieodpowiednie.  Załkałam po raz kolejny. Dlaczego nikogo tu ze mną teraz nie ma?! Dlaczego czuję taką cholerną pustkę?! Jęknęłam z bólu, kryjąc twarz pod białymi włosami, klejącymi się do niej przez łzy. A one i tak nie przestawały lecieć. Zastanawiało mnie jak żałośnie muszę wyglądać w tej chwili. Jak łatwym celem jestem przez swoje słabości? Zaczęłam ocierać te łzy, ale prawa, zraniona ręka zaczęła odmawiać mi posłuszeństwa. Musiałam tu gdzieś mieć bandaż. Nie znalazłam go więc do rozdarcia poszła bawełniana koszulka. Zawiązałam ją tuż nad raną i owinęłam materiałem już samą ranę, potem zakończyłam opatrywać samą siebie, zawiązując szmatkę  niżej. Powinna się trzymać... Nafaszerowałam się lekami przeciwbólowymi. Po mieszkaniu chodziłam z nożem założonym za pasek od spodni. Wędrowałam tak w zasadzie bezmyślnie. Zupełnie jakbym na coś czekała.
Na śmierć? Przecież miałam jakieś wyjście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz