wtorek, 8 stycznia 2013

4. Mara senna, całkiem na jawie


Ruszyłam do pokoju pragnąc się czymś zając. Nie mogłam się nawet skoncentrować. Po kilku godzinach stwierdziłam, że może by jednak otworzyć mu drzwi. Przekręciłam tylko klucz i zamknęłam się w pokoju. Usiadłam na łóżku po turecku. Na głowę narzuciłam kołdrę i zamknęłam oczy.
Słysząc, że ktoś wchodzi do pokoju, drgnęłam. Usłyszałam westchnienie.
-Jesteś beztalenciem.- rzucił.- Tak marnie mnie broniłaś wtedy. Chyba nawet nie wiedziałaś, że to robisz. Nie czujesz bólu do cholery? On spalił by cię na popiół.-dodał rozgoryczony. Naciągnęłam nakrycie na twarz nie chcąc na niego spojrzeć. Fakt faktem było to nadto dziecinne zachowanie, ale nie potrafiłam inaczej. W ogóle boję się, że wszystko zniszczę. I wcale nie chodzi mi tu o świat, a o moje życie. Każda najdrobniejsza decyzja prowadzi do różnych konsekwencji. I właśnie ich boję się najbardziej. Ech.
-Nie odezwiesz się teraz?- poczułam ciężar na łóżku. Usiadł obok. Potrząsnęłam głową.
Mało brakowało bym się popłakała. Znowu.
-Po co tu przylazłeś?!
-Wiem jak się teraz czujesz.
-Smęty...- rzuciłam.
-Jesteś żałosna.
- Tak, wiem. Jestem tego świadoma. Jeśli to wszystko co chciałeś mi powiedzieć, żegnam.
-Nie możesz spać. -odparł na to spokojnie.- Zostanę tu i będę cię pilnował.
-Po co?!- zdarłam kołdrę z głowy. Spojrzałam na niego rozeźlona.- Zaraz wypędzę cię siłą.
Nathan zaśmiał się.
-Chociaż się połóż. Jeśli cię teraz zaatakują, padniesz ze zmęczenia po minucie.
-Jeśli cię widzę to znaczy tyle, że się znowu przeniosłam?
- Nie, tym razem to ja odwiedzam ten świat. Tak samo jak za pierwszym razem, gdy cię spotkałem.-zniknął gdy to powiedział. Po chwili poczułam jego brodę na swoim ramieniu. Nie mogłam drgnąć. Każdy mój mięsień odczuwał zaniepokojenie- Połóż się. To ci dobrze zrobi.
- Położę się kiedy będę chciała.-wstałam ziewając. Niemożliwe! Pierwszy raz od tych kilku dni poczułam się naprawdę senna. Wyszłam z pokoju i usiadłam na krześle w kuchni. Przymknęłam oczy zaledwie na moment i zasnęłam oparta o stół. Mało tego. Kiedy się obudziłam Nathan zajadał się moimi zapasami. Byłam obolała, ale bardziej rześka niż do tej pory.
-I jak? Jednak zasnęłaś.-oznajmił z delikatnym uśmieszkiem.- Wiedziałem, że tak będzie.
- Czy to przez ten pierdolony sojusz?!
- Nie przypominam sobie, żebym wyznaczał taki warunek.
-No to są jeszcze jakieś warunki? Cudownie!
-To ty się tylko nie przyzwyczajaj do tego, że będę cię ratował z każdych tarapatów. Nie próbuj mnie szukać. Sojusz może i jest dożywotni, ale wygasa na odległość. Zobaczymy, czy dasz sobie radę sama, samiusieńka.-wysyczał.- A teraz żegnam. - wstał od stołu i zniknął mi z oczu. Za oknem już świtało. Nie byłam pewna czy mogę wyjść bezpiecznie z domu. Niczego nie byłam pewna! Teraz Nathan zaserwował mi taki strzał w twarz, że zaniemówiłam. Nie miałam zamiaru go szukać. Chwyciłam za łańcuch na szyi. Chciałam go zerwać, ale zaczął parzyć, co automatycznie wiązało się z paniką.
Jednak wyszłam z domu. Ośmieliłam się to zrobić wbrew sobie i mniemaniu Nathana o tym, że nie dam sobie rady. Nóż, który wtedy rzucił pod łóżko, wyciągnęłam i postanowiłam trzymać przy sobie w razie potrzeby.
Tak. Wiem jedno. Chcą mnie zabić dla jednego łańcuszka. Wtedy to wszystko się przecież zaczęło. Na zewnątrz widziałam sąsiadów. Ucieszyłam się, skoro są i przywitałam ich z uśmiechem.

Tak. Moje myśli to kłębek popierdolonych strzępków wspomnień, które nie chcą się ułożyć i uparcie się tylko plączą. Cóż... Dzisiaj było nawet ciepło. Słońce grzało przyjemnie i aż chciało się wychodzić na świeże powietrze, czy spacer. Usiadłam na ławce w parku. Nie byłam rozkojarzona, ale jakimś cudem wszystko ucichło. I to zaraz po tym jak mrugnęłam.
-No nie.- podniosłam się, gdy spostrzegłam, że z kilku stron nadchodzą ludzie. Obejrzałam się dookoła i zrobiłam kilka kroków w kierunku czystej drogi. Wtem poczułam, że ktoś owija ramię wokół mojej szyi, obraca w stronę przeciwników i przykłada do mojej skroni pistolet.
-Chcecie ją żywą?!-krzyknął. Ja zajęta szamotaniem sie z wrogiem nie mogłam przypomnieć sobie kim jest jego właściciel. Gdzieś już ten głos słyszałam. Po chwili przede mną i tym kto mnie trzymał zjawił się Nathan. Wtedy też urwał mi się film.

Cholera. Nie prosiłam się o takie życie. Bolała mnie głowa, a gdy tylko otworzyłam oczy to się wzmogło. Wiał lekki, chłodny wiatr. Wszystko było takie ciemniejsze. Okazało się, że miałam na nosie okulary przeciwsłoneczne. Usiadłam, chwytając się za głowę.
- Świetnie. Wstałaś już.-usłyszałam melodyjne powitanie. Zdjęłam okulary. Obok siedział białowłosy mężczyzna z warkoczykiem przy lewym uchu. Uśmiechał się. Zignorowałam go. Zaraz, zaraz. Zdaje mi się, że już go gdzieś widziałam, ale nie mogłam sobie za nic przypomnieć gdzie i w jakich okolicznościach.- Zaskakujące, że udało mi się ciebie znaleźć.
- Niby jakim cudem?
- Chociażby dlatego, że silnych do siebie ciągnie.- siedział tuż obok mnie. Po chwili położył dłoń na mojej. To mnie sparaliżowało. Absolutnie nie wiedziałam czemu.-Spotkaliśmy się już. Nie pamiętasz? We śnie, moja droga. Uratowałem cię.- sprawił, że musiałam na niego spojrzeć. Faktycznie. Tak było. Przyśnił mi się. To dlatego był taki prawdziwy. Uśmiechnął się widząc moją reakcję i znów zaćwierkał.
- A może to nie był sen? Jak myślisz?
- Niemożliwe, żebym już wtedy...-zwątpiłam. Wykorzystał moją nieuwagę, przysunął się bardziej i złożył na mych ustach pocałunek. Wtedy też stało się coś dziwnego. Poczułam energetyzujący chłód. Zawiał mocny wiatr odrzucający nasze włosy. Oderwałam się od niego.
-Zgiń.- rzuciłam krótko wstając z podłogi. Wtedy też zorientowałam się, że stoję na dachu dziesięciopiętrowego budynku.
- Masz duży potencjał. Jakby nie było, nie szukałbym cię na darmo.- w chwili gdy to powiedział stanęłam na krawędzi dachu.- Poza tym nie maskując się ściągasz na siebie sporą ilość wrogów.- to, co mówił mnie nie interesowało. Zmrużyłam oczy oceniając jakie mam szanse na przeżycie. Marne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz