wtorek, 8 stycznia 2013

5. I stało się


Co ja w ogóle robię?! Przecież zginę! Zakołysałam się nie na swoją korzyść.
Ryzyko stania na krawędzi, szmato. Poczułam grunt pod nogami. Klęknęłam z wrażenia. Stałam już na dole, a jeszcze chwilę temu nic nie wskazywało na to żebym wyszła z tego bez szwanku. Białowłosy wychylił się z góry i pomachał mi, gdy tylko na niego spojrzałam. Usiadłam na ziemi cała się trzęsąc nie tyle ze strachu, co z wrażenia. Mężczyzna, który mnie ogłuszył podczas mojego spaceru stanął nade mną z szerokim uśmiechem na twarzy. Wyciągał do mnie rękę.
-No? Jak tam? Dziwne, że jeszcze tego nie potrafiłaś. Patrząc po twojej reakcji stwierdzam, że tego nie robiłaś.
-Nie, nie, nie! Ty nie powinieneś istnieć! Zgiń!- zamknęłam oczy łapiąc się za głowę.
-Ech... To smu-...- urwała się jego wypowiedź. Stałam sama.
Mrugnięcie. Każda sekunda. Natłok. Moc. Drgawki.
Znalazł mnie sąsiad. Tylko tyle słyszałam od pielęgniarki, która się mną opiekowała. Wylądowałam w szpitalu. Powodem było zbyt długie omdlenie. Ponadto było zimno, więc doszło do tego jeszcze zapalenie płuc. Zajebiście! Jeszcze choroby mi było trzeba. Co prawda długo miałam kaszel, ale nie sądziłam, że to doprowadzi mnie do takiego stanu. Uciekać, Uciekać! Dlaczego nagle muszę być przykuta do łóżka?!
Nosz, kurwa... Zaczęłam kaszleć. Dosłownie wszystko mnie bolało, w tym głowa. I to niemiłosiernie mocno. Moje rzeczy? Pewnie, że ich tu nie ma. Jakby nie było spałam kilka dni.  Rekonwalescencji chyba nie będzie końca przez miesiąc. Spojrzałam przez okno. Och, dzisiaj będzie cieplej, bo niebo jest zachmurzone. Sufit, hm... Szary, nie wiedzieć czemu. Sterylizowana biel jakoś nie wchodziła w rachubę. Szkoda. Dziwne mniemanie o szpitalu naszło mi na myśl. Może im się nie chce? Jak nikomu? Lenie.
Czarno-biały, okrągły zegarek na ścianie tykał irytująco. Najchętniej bym go zrzuciła. I stało się. Spadł, powodując że podskoczyłam, a łóżko zaskrzypiało nieznośnie. Świetnie. To nie najlepszy omen. Przyszedł lekarz. Spojrzałam na niego i zaniemówiłam. Nathan stał nade mną w lekarskim kitlu. Zaskakujące było to, że tak wpasował się w otoczenie. Nie miał na oku opaski, a ono było przymknięte.
-Jak się pani dzisiaj  czuje?- zaczął. Patrzyłam na niego. Uśmiechnął się złośliwie. - No, odpowiadaj.
-Co ty tutaj robisz?
- Wyciągam cię stąd. Byle kto może wejść do szpitala i wlać ci truciznę do kroplówki. -stwierdził dość stanowczo. Nie jesteś chora. To tylko efekt uboczny nagłych przeskoków. Wstawaj i chodź.
- Że jak?! Mam tak po prostu wyjść ze szpitala?
- No, do swojego świata w takim stanie nie wrócisz.- gdy to powiedział zauważyłam, że szpital opustoszał. Nawet nie zorientowałam się kiedy doszło do przeniesienia... Nienawidzę tego! Zastanawia mnie jedno. Jakim cudem zawsze kiedy jestem w innym świecie Nathan jest w pobliżu? Wspominał coś kiedyś o tym, że możliwym jest by przenieść jakąś osobę dzięki swoim intencjom. Zerknęłam na niego krzywo.
-Ty cholero...-wydostało się z mych ust.
- Tak, pewnie. A teraz wyłaź z tego zapróchniałego wyra, bo ci zrobię krzywdę.
-Nie zrobisz tego.
-Zrobiłem raz, zrobię i drugi.- ton jego głosu sprawił, że się zawahałam. Zeszłam z łóżka. Łańcuch na mojej szyi był ciepły. Wprost emanował tym ciepłem, co się nie zdarzało. Zawsze był zimny, nie ważne w jakich warunkach bym się nie znajdowała.
-Nathan. Powiedz mi jedno. Dlaczego się na mnie uwziąłeś?
-Bo masz coś, co należy do mnie.- wyjął nóż zza pazuchy i przyłożył mi go do szyi. Zdrętwiałam cała, nie wiedząc co on zrobi. Gdy poczułam, że napina łańcuch znajdujący się na niej zrozumiałam, że to o to chodzi.
-Nie chciałam go.-mruknęłam.
-Czyż to nie oczywiste? Jednakowoż zdaj sobie sprawę z tego, że ten łańcuch znaczy tyle co...- zaczął się zastanawiać nad odpowiedzią. Patrzył na mnie dziwnym wzrokiem. Zmrużył otwarte oko. Błysnęło dziwnie. Pożądliwie. Jakby Nathan miał nieodpartą ochotę by poderżnąć mi gardło. Pociągnął mocniej za naszyjnik, co spowodowało, że się do niego zbliżyłam. Zrobiłam się czerwona na twarzy. Po chwili Nathan zaczął otwierać lewe oko. Łańcuch zrobił się dotkliwie cieplejszy, a ja tylko bardziej się przestraszyłam. Ręce mi się spociły. Mogłam tylko czekać, aż coś się stanie. Mężczyzna wypuścił sztylet z ręki. Po chwili i równie niespodziewanie objął mnie mocno. Jakbym za chwilę miała zniknąć. Z mojego gardła wydostał się jedynie cienki, zachrypnięty odgłos zaskoczenia. Nie sądziłam, że to tak znów się potoczy.
-Po co to robisz? To nie jest miłe.
-Pytasz po co? Jesteś częścią mnie. Chcę cię wchłonąć.- rzekł jadowicie. Zostałam oblana zimnymi dreszczami. Byłam nimi zmoczona od czubka głowy po same stopy. Przecież to niemożliwe, a zabrzmiało jakby mówił prawdę. Jego oddech hulał wśród moich włosów. Był ciepły, tak samo jak sam Nathan. Ty naprawdę istniejesz. Czuję twoja siłę, czuję twoje ciepło. Skurczybyku! Cokolwiek teraz na mnie testujesz, zaczyna działać. Nie wiedziałam, co począć w takiej chwili. Gdzieś w głębi czułam aprobatę dla jego zachowania. Nawet było mi to na rękę, ale stykało się to ze zdaniem obecnej mnie, zdezorientowanej dzieciny. Gdy zaczął zsuwać ręce niżej, wygięłam się, żeby nie zjechał do poziomu moich pośladków.
- Zostaw mnie.- zadrżałam, a wymawiając te słowa sprawiłam, że jego włosy zapachniały intensywniej. Tylko tego mi brakowało!
Musiałabym być głupia, żeby oprzeć się pokusie. Ale nie. To za szybko. Nie te zasady. Przecież to morderca! Przejebane. Uch.
Zamknęłam oczy, pragnąc by zniknął, ale tylko sprawiłam, że straciłam grunt pod nogami. Nathan przechylił się przez balustradę czując mój ciężar. Krzyknęłam mu do ucha.
-Nie puszczaj! Nie puszczaj!- zaszlochałam. Zaśmiał się, co tylko  mój płacz rozbudziło.
-Okej, okej.- Zaczął huśtać mną na boki, by po chwili przerzucić mnie nad balustrada na ziemię. Gdy już widziałam podłoże pod sobą odetchnęłam przymykając oczy. Wtedy też poczułam, że nie wylądowałam na samej ziemi.
- Złaź. ze mnie.- warknął na mnie czerwono włosy. Cała się trzęsłam z emocji. Kiwnęłam głowa, ale się nie ruszyłam. Nie wiedziałam jak! Po prostu ciało odmówiło mi posłuszeństwa!- Złaź!- powtórzył, a gdy i to nie dało rezultatu chwycił mnie w talii i zrzucił z siebie. Zderzyłam się z ziemią, odzyskując możliwość ruchu, ale mężczyzna chyba nie chciał mnie tak po prostu zrzucić. Znów siedział mi na brzuchu. Uśmiechał się szelmowsko i blokował mi ręce.
Nie będę mu przecież pluć w twarz!
- Puść mnie, Nathan!- rozkazałam. Prychnął tylko i zaczął się nachylać nade mną. Musnął mój policzek swoim po czym szepnął mi do ucha.
- Nie pozwolę ci zginać, ani całować cię obcym facetom.- po czym delikatnie ukąsił mnie w ucho. Poczułam dreszcze. Dlaczego tak to sformułował? Głupie pytanie napłynęło na me usta.
-Czemu?
-Odpowiedź jest banalna.-mruknął, patrząc na mnie obojgiem oczu. W jego zazwyczaj zasłoniętym oku zauważyłam coś niepokojącego. W lewej źrenicy wypisane były świetliste symbole. Zniżyłam wzrok, by się nie zarumienić. Jednocześnie byłam w szoku, że on to coś tam ukrywa. Mniejsza o symbole... - będę twoim fatum. Pokieruję twoim marnym życiem. Nie zaznasz spokoju. Czyż to nie oczywiste?- dotknął mojego czoła swoim, a po chwili pocałował me usta cały czas wpatrując się pewnie w moje oczy. Zawtórowałam Mu! Moje wargi same się układały jakby w pamięci miały jego sposób całowania! Co ja robię? I dlaczego sprawia mi to przyjemność?! Zacisnęłam powieki by się skupić. Przestań go całować, szmato! Myślałam, ze znów nic nie mogę zrobić. Faktycznie tak było.
-Dobrze...- mruknął usatysfakcjonowany.- Od dzisiaj chodzę na twoją uczelnię.- rzucił nagle. Zaniemówiłam po raz enty.
-Jak to?
- Wkurzają mnie twoje pytania.- sapnął.- Twój świat, moja działka...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz