środa, 9 stycznia 2013

9. Iskra i kajdanki



Dopiero to sprawiło, ze czerwonowłosy raczył się ocknąć. Zaraz przeskoczył nade mną, stając niemal twarzą w twarz z bestią.
-Jebańcu... Wkurwiony jesteś, co? Boisz się wody, ale przy głodzie to pikuś, huh?- nie widziałam co się działo. Bestia nawet nie zdążyła zrobić kroku czy  warknąć i coś rozniosło ją w drobny mak. Jakimś cudem jednak wszystkie fruwające wnętrzności omijały Nathana jakby miał przed sobą rozłożony trzymetrowej średnicy , niewidzialny parasol. Co to było? Mężczyzna odwrócił się w moim kierunku po chwili, wciąż mając szeroko otwarte lewe oko. Poczułam się dziwnie. W końcu jednak mogłam się ruszyć. Drgnęłam przerażona ale i spokojniejsza, gdy Nathan zamknął oko, a ja podniosłam się odrętwiała.
-No, proszę... Cycki ci urosły?- klęknął przede mną.- Przez jedna noc?
Właściwie już świtało. Może i w moim świecie był środek zimy, ale tutaj to się w jakiś sposób zatarło. Najwidoczniej nie istniały tu pory roku. Absurdalnie dziwne, ale możliwe.
-Nie. Zdaje ci się.- fuknęłam tylko, rozciągając się.
-Żeś się zorientowała, że ta zmora tu przylazła. Z jakiegoś powodu nie mogłaś spać spokojnie, co?- czarnooki uśmiechnął się złośliwie.
-ha, ha. W ogóle nie mogłam spać dla twojej wiadomości. Nawet jeśli to… COŚ na moich plecach się uspokoiło to dodatkowo nie wiem dlaczego to jest tak duże i dlaczego w tym wszystkim muszę być obecna?!- machnęłam ręką na Tribala, który leżał na widoku na ruiny miasta.
-słuchaj, dziecino. Najwidoczniej nie zauważyłaś jeszcze jak bardzo się staramy żeby tobie włos z głowy nie spadł. Ten żołędny dupek odczuwa każdą śmierć, każdy ból i agonię z umieraniem związaną. Ja już kilkukrotnie ratowałem cię z opresji żebyśmy chociaż wyszli z tego cało. Zamknij teraz paszczę, szanowna panienko, bo inaczej sobie pogadamy.- Nathan wywarczał swoje aż nadto dobitnie. Ucichłam. Do rana już nie miałam się po co odzywać. Nie chciałam tez dać po sobie znać, że jest mi zimno. Nie panowała tu najprzyjemniejsza atmosfera. Tribal zdawał się odsypiać wartę, którą zawaliłby, gdyby nie interwencja Nathana. Faktycznie. Jestem najmniej przydatna. Potrafię tylko uciekać.
Hm, przy biodrze, założony za pas miałam pistolet od białowłosego. Chwyciłam go do ręki zastanawiając się czy faktycznie byłabym zdolna kogoś zabić. Zdrętwiałymi z zimna palcami objęłam lufę broni. Po chwili wymierzyłam nią w Nathana.
- Ciekawe, jak to jest kogoś zabić? Jakie było twoje pierwsze morderstwo, Nathan? Też się bałeś?
- Tch! Co to za pytania w ogóle?- raczył na mnie spojrzeć, a widząc ze mierzę do niego z broni, zmrużył oczy.
- Mówiłeś mi przecież ze nie potrafiłam zabić i ginęłam z tego powodu. Wiec co się stanie jeśli przyjmę to brzemię? Nie mam żadnej gwarancji, ze przeżyje.
-Prawda. Gwarancji na to nigdy nie było i raczej nie będzie. Jednak jeśli odważysz się zabić... człowieka...-tu przerwał na chwile obserwując mój wyraz twarzy- Z tej ścieżki nie będzie już odwrotu.
-Zdaję sobie z tego sprawę...-rzuciłam grobowym tonem i upuściłam bron na piasek. Nathan zaraz wykorzystał ten moment. Znów znalazł się nade mną, ale zdążyłam już obrócić się na plecy. Usiadł mi na krzyżu i dość stanowczo i ociężale przeciągnął mi dłońmi po ramionach.
Zaśmiał się, nachylając nade mną.
-Skąd ja znam taki sposób wymigiwania się od całusa. Przecież to nie pierwszy i nie ostatni raz.
-Właśnie, nie ostatni.- fuknęłam podpierając brodę dłońmi. Nagle poczułam głowę Nathana miedzy łopatkami. Moje ciało samo uciekało przed jego dotykiem. Było to tak niezręczne uczucie, ze obiegły mnie dreszcze.- Przestań.
Rozkazy i prośby nic mi nie dawały. Wprost przeciwnie. Nathan nagle objął mnie ramionami, zeskoczył na bok i sprawił, ze musiałam znów położyć się na boku. Nadal nie odrywał głowy od moich pleców. Chciałam tylko mieć święty spokój. Próbowałam oderwać od siebie jego splecione ręce.
Znów przytulił się do mnie bez większego powodu. To takie ...pocieszne. Właściwie... Nawet mi się to podoba. Tak szczerze się przytulic i odwzajemnić to. Reszta nie jest potem ważna.
Położyłam dłonie na jego rękach.
Ciekawe, czy faktycznie jest z nim tak jak to mówił Zero. Ze jest masochista emocjonalnym. Cóż... Nie widzę w tym na razie nawet jakichś skrawków prawdy. Nie chciałam w to po prostu wierzyć. Tak. Był wtedy jedyną osobą, której oczekiwałam w formie ratunku. Poczułam że robi mi się gorąco, gdy tylko o nim pomyśle. Znowu.
Co mnie ruszyło, żeby mu w ten sposób podziękować? Poluzował objęcia. Chyba znów zasnął. Miał podkulone kolano. Położyłam nogi na jego biodrze i przytuliłam go do siebie, obejmując jego głowę rękami. Tak, jego twarz była przy moim biuście. Przymknęłam na moment oczy bawiąc się jego włosami.
Chuchnął raczej specjalnie w koszulkę tak bym się wzdrygnęła od gorąca. Stuknęłam go w głowę z pieści. Skulił się skruszony. I bardzo dobrze.
Ziewnęłam. Może i czuwałam przez noc, ale nadal byłam senna. Nagle odchylił się i ściągnął mnie niżej. Ma niesamowitą siłę. Wcale mu to trudności nie sprawiło, a w moim przypadku objawiło się rumieńcem. Zaraz wyjdzie na jego. Ta gierka była tylko po to, żeby mnie pocałować. No tak. Wiedział, że nie będzie mi to pasować. Automatycznie schyliłam głowę. Uderzyłam go w nos. Zepchnął mnie na bok, wyzywając przez zęby.
Obraził się na mnie? Właściwie to dobrze. Hm... Tez sama nie wiem co mi strzela do łba za każdym razem. Powinnam go zignorować. Ale się nie da! Dziewczyny też nie dadzą mi z nim spokoju. W ogóle... Dziewczyny?! Co one mogą wiedzieć na temat tego bagna? Nic! Nawet nie mam ochoty się już z nimi spotykać.
Zostałam w takiej pozie w jakiej wylądowałam. Szlag by ich wszystkich. Nawet nie wiem na co mi te studia skoro ich nie skończę.
Zachciało mi się zwyczajnie płakać nad swoim losem. Po prostu.
-Gdzie się wybierasz?!- Nathan rzucił pytaniem i to tyle. Zaraz poczułam lodowate zimno ziemi. Wróciłam do siebie? Była jeszcze noc. W kieszeni spodni miałam klucz do klatki schodowej. I dobrze, chociaż tyle.
Będąc już u siebie rzuciłam się na łóżko. Nie miałam siły. Podróże miedzy światami są tak wyczerpujące... Albo po prostu to ja byłam zmęczona tymi emocjami.
Zasnęłam normalnie. Rano obudził mnie ból mięśni. Nie mogłam się ruszyć. Najgorsze było to, że dokładnie wiedziałam dlaczego to wszystko tak na mnie wpływa. Nie mogłam jednak skupić się na tyle, żeby wiedzieć jaki jest dzień tygodnia. Mhm. No tak. W tym mieszkaniu nie jestem najbezpieczniejsza skoro ludzie tacy jak Zero, czy jak się tam zwał, mogą wejść do mojego mieszkania bez problemu. Pewnie.
Teraz brakowało by mi tylko weny jakiejkolwiek i takiej siły by móc zapieczętować cały budynek przed niechcianymi gośćmi. Spojrzałam na swoje dłonie mając jakaś znikomą nadzieję na cuda. Przecież to niemożliwe!
-Tyle lat miałam nadzieje na coś magicznego i tym razem mi się nie uda.-położyłam ręce na łóżku. Zadrżało, przez co z niego zeskoczyłam. Szlag! Złapałam się za głowę w przypływie adrenaliny. Pięknie! I niby dlaczego to łóżko się tak trzęsło?! Pragnęłam jakiejś mocy a konsekwencją tego jest jedynie strach. Jak zawsze.
Kolejna dawka przerażenia przyszła gdy miedzy palcami przebiegły mi czerwone iskry.
-Nie jest dobrze. Nie jest dobrze.- powtarzałam co chwile, mając nadzieje, ze częstotliwość przeskakiwania iskier się uspokoi. Dotknęłam kubka. Rozprysł się na drobne kawałeczki rozgrzewając się przedtem do czerwoności. Uskoczyłam z krzykiem. Już wtedy nawet nie miałam odwagi złapać czegokolwiek. Usiadłam na podłodze mając nadzieję, że to nie działa na mnie sama. Dotknęłam swojego ramienia zaraz będąc gotowa je oderwać od naelektryzowanej dziwnymi iskrami dłoni. Nie działało jednak na moje ciało. Dla następnego testu dotknęłam skarpetki, żeby nie mieć problemu z niszczącym się ubraniem. Nie zadziałało. Odetchnęłam z ulgą. Dziwne. Ta moc rozniosła w drobny mak mój ulubiony kubek, a nie działa na materiał.
Po prostu świetnie. Z dwojga złego lepiej w tę stronę. I dlaczego akurat teraz?! Dlaczego po tym jak Zero mnie 'zapieczętował'?
Podniosłam się z ziemi. Szafa była otwarta, wiec tylko pchnęłam drzwi łokciem by ich nie rozsadzić tak jak kubka, obróciłam się, poderwałam koszulkę do góry i  spojrzałam przez ramie w lustro. Symbole na całych plecach jarzyły się na szczęście przygasającą czerwoną poświatą. O, tak. Oczywiście. Z głośnym westchnieniem opuściłam koszulkę. Za jakie jebane grzechy muszę brać w tym udział? Hm... Powinnam była mieć jeszcze papierosy. Dotknęłam ołówka. Nic się z nim nie stało. Iskry już tez się uspokoiły. Cale szczęście.
Nie zwracając uwagi na zimę za oknem odtworzyłam je. Spalam do południa. Koło 16 robiło się już ciemno. Balkon, hm? Wychyliłam się wypuszczając z płuc chmurkę dymu.  Palce zaraz skostniały mi z zimna i zaczęły szczypać.
Gdzieś z dołu zaraz usłyszałam krzyk. Potem już sama nie wiedziałam co się działo, czując jedynie przez moment mocny i duszący zapach, który mnie chyba unieruchomił.

Siedziałam na ziemi, przykuta do stalowej rury. Nie mogłam zasłonić oczu. Bolały niemiłosiernie przy każdej dawce światła. O głowie już nie wspominając. Szlag. Przyciągam kłopoty. Skup się, dziecino. Zmusiłam się do rozglądnięcia po pomieszczeniu. Puste, bez ludzi, ciemne, jedynie zagracone. Nie chciałabym się doszukiwać jakichś głębszych przesłań w tych przedmiotach.
Zaczęłam zaraz kombinować, żeby się pozbyć tych kajdanek. Zamknęłam oczy. Tak bardzo by się przydało teraz skorzystać z tej destrukcyjnej mocy, ze w pewnej chwili stwierdziłam skołowana, ze to mogło mi się przyśnić. W najgorszym momencie. Szarpnęłam się, jęcząc z bólu, bo kajdany były za ciasne. Zacisnęłam powieki warcząc wściekle na sama siebie. W pewnym momencie poczułam to charakterystyczne odczucie zakwasów w mięśniach. To jest to! Dotknęłam kajdanek. Rozprysnęły się! Całe szczęście! Wstałam jeszcze z lekka się zataczając.
Muszę się stad jakoś wydostać. W pokoju było jedno jedyne okno. Zerknęłam przez nie. Byłam po drugiej stronie rzeki, w pobliżu torów kolejowych. Z dala jarzyła się panorama.
Zaraz zbadałam co nada się na jakąkolwiek broń. Wzięłam do ręki spory klucz francuski. Drzwi. Klucza nie było. Zabarykadowane. Spojrzałam przez dziurkę od klucza. Świetnie. Widziałam jednego kolesia. Wskoczyłam w kąt tuż przy drzwiach i wrzasnęłam 'ratunku'.
- zamknij ryj!- usłyszałam zbliżające się do drzwi kroki. Szczęk zamka i otwierane drzwi. Raz kozie śmierć. Zadaj jeden, a obalający cios w głowę. Szybko! Machnęłam mocno. Oberwał w kark i powalił się na ziemie. Wyrwałam mu klucze z ręki i pistolet z kabury. Wyjrzałam na zewnątrz. Zaraz zamknęłam kolesia w tej graciarni. Wybiegłam z budynku i zaczęłam kierować się w stronę miasta. Z bronią w dłoni?
- Szalona! Pojebana! Policja cię zgarnie i nie uwierzy, że obezwładniłaś porywacza.-syknęłam do siebie.
Zaraz usłyszałam strzał, a po chwili przeokropny ból w nodze. Padłam na ziemie od strzału. Wrzask chyba było słychać w całym lesie. Huk roznosił się w mojej głowie nieznośnie przyćmiewając pozostałe zmysły. Wykrwawię się! Ja nie chce zginać! Zaczęłam czołgać się w stronę, w którą zmierzałam. Za wolno. Łzy leciały mi ciurkiem. Powinnam już się obudzić z tego koszmaru! Podniosłam się i skakałam na jednej nodze, krwawiąc okropnie. Mam broń. Będę się mogła choć odrobinę wybronić zanim mnie zabiją. Kurwa, jaki ból!
-Brać ja!- usłyszałam obcy głos. Przyspieszyłam niemal biegnąc. Wywróciłam się. Już słyszałam tupot tylu stop. Zostało może dziesięć metrów do uczęszczanej drogi. Tylko niech mnie ktoś zauważy! Błagam!
Wtem na piskach w zakręt wpadło jakieś duże auto. Wjechało na drogę na której leżałam, oślepiając mnie. Tamci z tylu zatrzymali się. Ktoś wysiadł z auta i szarpnął mną w górę. Zarzucił sobie na ramie i przeniósł mnie do samochodu. Tyle tylko widziałam do czasu, aż poczułam podmuch rozgrzanego powietrza na skostniałych palcach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz