sobota, 28 listopada 2015

42. Książka

Mogłabym przysiąc, że odpłynęłam tylko na chwilę. Zerwałam się, obolała, z kocem na plecach, rozglądając się po pokoju. Nathan siedział na łóżku, czytając książkę z regału, który stał w korytarzu. Szczerze powiedziawszy nigdy nie ruszyłam żadnej z tych książek.
-Która godzina?- zaczęłam szukać telefonu. Potem dopiero dotarło do mnie, że został mi ukradziony. Spojrzałam więc na pulpit komputera ze smutnym wyrazem twarzy. Spałam tak dobre trzy godziny.-Mogłeś mnie obudzić.- bąknęłam, rozespana. Owinęłam się kocem. - Lepiej się czujesz w ogóle?
-Tak, dzięki. To była dobra herbata.- zerknął na mnie znad książki znacząco.
-Chcesz coś zjeść?
-No, brawo. Już myślałem, że nie zapytasz.- uśmiechnął się kąśliwie.
-M-mogę zrobić tosty.- rzuciłam. Nie miałam w tej chwili pomysłu na nic innego. Nic innego poza chlebem, serem i odrobiną kiełbasy też nie miałam. No, była jeszcze herbata i cukier. Biednie.
Wystartowałam do kuchni. Niepewnie zaczęłam szykować jedzenie, zastanawiając się, czy starczy mi go do poniedziałku, dopóki nie dostanę przelewu.
-Nie masz go za wiele, co?- czerwonowłosy stanął w wejściu do kuchni. Spłonęłam rumieńcem. Zawstydzona nie wiedziałam, gdzie podziać swój wzrok.- Nie jestem głodny, żartowałem.
-Nie, spoko. Poradzę sobie. Mam jeszcze kasę na żarcie.- uparcie smarowałam tosty margaryną, obkładałam je serem i kiełbasą i pakowałam do nagrzanego tostera. Topiąca się margaryna syczała wypełniając niezręczną dla mnie ciszę.
-Wystarczy zwykłe dziękuję.- odparł, widząc moją zdeterminowaną minę.
-Aż mi głupio...-głos mi się łamał. Łzy jak grochy zbierały mi się pod powiekami.- Bo nie mam jak podziękować.- wydusiłam z siebie, nie patrząc na niego nawet.
-Powiedziałem już, że zwykłe dziękuję wystarczy.- wyciągnął z mojej dłoni nóż, który ściskałam coraz mocniej, żeby tylko się opanować. Stanął obok, przepchnął mnie biodrem i sam zaczął urzędować w kuchni.- Wyjazd. Krzywdę sobie zrobisz, znowu.- przejął pałeczkę w kuchni. Nawet gdy chciałam wyjąć gotowe tosty, smagnął mnie po dłoniach ręcznikiem. Jęknęłam bardziej poirytowana, aniżeli smutna. Cokolwiek zrobił, zadziałało. Może i nie poprawił mi samopoczucia, ale mój obecny humor na pewno się zmienił. Nathan nie protestował tylko, gdy sięgałam po czajnik, choć krojąc kolejny plasterek sera, przyglądał się zaczerwienionej witce na wierzchu mojej dłoni.
Wstawiłam wodę na herbatę. Odsunęłam się, patrząc z pustką w głowie na to jak Nathan radzi sobie w kuchni. Szło mu nadzwyczaj sprawnie i nawet gdy zrobił jedzenie, zaraz posprzątał po sobie. Woda zagotowała się już dawno, czajnik piszczał nieziemsko, wyrywając mnie z tępego wpatrywania się w ruchy mężczyzny. On sam stanął z czajnikiem, czekając, aż będzie do czego nalać gorącej wody. Wpatrywał się we mnie z grymasem, oczekując, że zrobię to dość szybko.
Postawiłam kubki na stole, wsypałam herbatę i odsunęłam się, gdy Nathan podszedł z gorącym czajnikiem, żeby ją przygotować.
-Podano do stołu.- wyłączył toster, przerzucił resztę grzanek na talerz i postawił go między kubkami.
Usiadłam przy wyjściu z pomieszczenia, zaczęłam jeść jednego tosta z przekonaniem, że zjadam swój ostatni posiłek tego dnia, a była już niedziela. Czarnooki wgryzł się w jedzenie nie zwracając uwagi na to, czy to moje ostatnie zapasy, czy nie. Nie miałam apetytu. Zostawiłam jeszcze ciepłą nadgryzioną grzankę na krawędzi talerza.
-Pójdę się położyć, dobra?- podniosłam się z krzesła. On zerknął na mnie znad kubka, ściągnął brwi badawczo.
-No dobra. To będę leciał.- wyminął mnie szybko. W korytarzu wciągnął buty i ubrał płaszcz.
-Jeszcze raz dziękuję.- mruknęłam mu na odchodne.
-Rozchmurz się. Zawsze mogło być gorzej.- pożegnał mnie z uśmiechem. Odprowadziłam go wzrokiem do półpiętra i zamknęłam za sobą drzwi.
Czas się porządnie wyspać.
Zapach tostów unosił się jeszcze w powietrzu dość długo, ale nie miałam apetytu. Nie po ostatnich incydentach.
Westchnęłam ciężko, siadając na łóżko i przekładając na stolik książkę, jaką czytał Nathan, gdy spałam. Nie spojrzałam na tytuł, bardziej zainteresowało mnie to, co wypadło spomiędzy stronic książki, gdy ją podniosłam. Telefon, który nie należał do mnie miał nieodebrane połączenie.
-Głąbie. Zapomniałeś telefonu.- rzuciłam do siebie. Kolejne połączenie sprawiło, że podskoczyłam. Najwidoczniej poprzednie Nathan musiał wyciszyć, gdy spałam. Och, szlag. Rzuciłam telefon na łóżko, starając się to zignorować, ale widziałam, że dzwonił Krystian. Dość subtelnie nazwał go kucem jeszcze kiedy siedziałam u nich w domu.
Odebrać, nie odebrać? Ziewnęłam zastanawiając się coraz mocniej, gdy nadchodziło kolejne połączenie.
Odebrałam, nie mówiąc nic jako pierwsza.
-No, nareszcie. Gdzie zniknąłeś, idioto?!- poznałam zniecierpliwiony głos Krystiana. Otworzyłam usta by coś powiedzieć.
-Cześć, Krystian. Tu Agnieszka.- zaczęłam nieśmiało. Zaniemówił.
-Ale jak, polazł do Ciebie? Daj mi go do telefonu.- westchnął w słuchawkę.
-Krystian, słuchaj. Nathan mi pomógł. Napadli na mnie i ukradli mi telefon. On też trochę oberwał i przyprowadziłam go do siebie, żeby odpoczął, ale już wyszedł.- wyjaśniłam szybko.
-Oddał ci telefon?- spytał podejrzliwie.
-Nie, pewnie zostawił go przypadkiem. Wypadł z książki, którą czytał. Musiał zapomnieć.
-Oddał ci telefon.-prychnął Krystian, utwierdzając samego siebie w tym przekonaniu. Zarumieniłam się znacznie.- Dobra, nie przeszkadzam. Odpoczywaj. Na razie.- rozłączył się, a ja padłam na poduszkę, zupełnie zaskoczona.

wtorek, 10 listopada 2015

41. Nieszczęsna torba

Serce waliło mi jak oszalałe. Nie wiedziałam, za co się zabrać. Chwyciłam go za rękę i pomógł mi się podnieść.
-Pójdę już, lepiej już pójdę.- wydukałam. Sprawdziłam, czy mam przy sobie wszystkie moje rzeczy i ruszyłam do korytarza, by ubrać buty. Już miałam wychodzić, gdy Nathan jeszcze mnie zatrzymał.
-Hej, zapisz sobie mój numer jakbyś czegoś potrzebowała. Wieczorami i tak siedzę na mieście, więc spoko.- zaproponował, opierając się o ścianę w korytarzu. Wolną ręką, trzymaną w kieszeni ścisnęłam telefon. Zaczęłam się zastanawiać, czy ta znajomość mogłaby się jakoś rozwinąć, bo póki co, niespecjalnie się to wszystko układa. Seria bardziej lub mniej przypadkowych potknięć, czyli mały pożar, skaleczenie,  kilka siniaków i zbity łokieć tuż przed wyjściem z tego domu nie wróżyłyby nic dobrego, ale z drugiej strony... Co mi szkodzi. Podałam mu swój telefon. Wstukał numer dość szybko, nawet nie puszczając sygnału do siebie.- Jak będziesz chciała, dzwoń.
-Dzięki. Dzięki za wszystko.- uśmiechnęłam się, czując, że się rumienię.
-Leć już. Zdaje się, że autobus do centrum będzie za pięć minut.- zerknął jeszcze na godzinę.
-To na razie.- opuściłam progi tego domu z ulgą. Samochodu nie było na podjeździe. Krystian musiał chyba wcześnie gdzieś wyjechać.
Szybkim krokiem przeszłam na drugą stronę ulicy, rozglądając się jeszcze, czy autobus nie nadjeżdża. Nie chciałabym się spóźnić. Nie w tej okolicy.
Umknęło mi wszystko. Nie myślałam o wczorajszym dniu do samego wieczora, kiedy to plaster przypomniał mi o sobie, zwyczajnie rozklejając się od nadmiaru wchłoniętej cieczy. Znowu musiałam gdzieś stuknąć tym palcem, naruszając ranę. Szlag.
Telefon leżał obok monitora. Spojrzałam na jego ekran. Cisza. Westchnęłam tylko i poszłam zrobić herbatę.
Piękne wyczucie czasu miały moje koleżanki, które rozdzwoniły się akurat, gdy mnie w pokoju nie było.
-No, co jest?
-Robimy domówkę u Kaśki. Wbijasz?
-Niespecjalnie dobrze się czuję.- rzuciłam wymijająco, zerkając w lustro na swoje siniaki.
-Oj, nie dramatyzuj. Jak to żołądek, wódka z pieprzem raz i po kłopocie. O alko się nie martw, jak nie masz kasy. Najwyżej się później rozliczymy. To jak, wbijasz?
-Nie jestem ogarnięta.- jęknęłam.
-Ja też nie i co? Czekamy na ciebie. Wbijaj, pa!- rozmowa telefoniczna zakończyła się tak szybko, jak się rozpoczęła.
Iść, czy nie iść... Mogłabym jednak opowiedzieć dziewczynom, co się stało ostatnio, żeby uważały na siebie przede wszystkim. Pociągnęłam łyk gorącej herbaty i podniosłam się z krzesła.
-Wyczucie to wy macie w każdym calu. Ostatnia torebka mojej ulubionej herbaty pójdzie się chrzanić.- rzuciłam do siebie z przekąsem.
Przebrałam się więc, ogarnęłam, założyłam moje zwykłe okulary i wzięłam ze sobą parasol. Tak na wszelki wypadek.
Przechadzka po centrum miasta wieczorową porą to nic takiego, zwłaszcza, że mnóstwo ludzi tędy przechodzi i raczej nic mi się nie stanie. Poprawiłam plecak na ramionach, wsadziłam słuchawki do uszu i puściłam muzykę, już nie tak głośno jak ostatnio. Odpaliłam papierosa, rozglądając się dla pewności, czy nikt tylko na to nie czeka, żebym się na chwilę skupiła na jednym szczególe.
Och, szlag by cię, dziewczyno! Zaklęłam pod nosem. Im bardziej dajesz po sobie poznać, że się boisz, tym większe masz szanse na to, że cię ktoś napadnie, głupia!
Stanęłam w miejscu na chwilę, żeby ogarnąć myśli i ujarzmić moje drugie ja, psioczące na mnie samą dość intensywnie.
Lubiłam mój parasol. Był solidny i dostatecznie długi, by móc wspierać się na nim jak o lasce. Lubiłam też wyobrażać sobie, że jestem kimś z kim lepiej nie zadzierać. Zwłaszcza kiedy mam przy sobie moją parasolkę.
Skupiłam się na rytmie chodzenia stukając parasolką o chodnik. Nie zarejestrowałam nawet, że wgapiałam się w mężczyznę ubranego jak włoski mafiozo, który faktycznie miał przy sobie laskę, za którą ja wyobrażałam sobie moją deszczową osłonę.
Długo nie mogłam oderwać od niego wzroku, aż w końcu spostrzegł mnie, uśmiechając się grzecznie i kiwnął mi głową na powitanie. Odwzajemniłam gest i uśmiech, czując się jakoś lepiej z faktem, że taki ktoś zwrócił na mnie swoją uwagę i nie obrzucił mnie przy tym pogardliwym spojrzeniem.
Przyspieszyłam kroku, śmiejąc się jeszcze sama do siebie.
Mój humor jednak prysł, gdy zapiekł mnie palec.
-No, tak. Miałam wejść po plastry do sklepu.- mruknęłam do siebie.
Załatwiłam, co potrzebne i ruszyłam dalej. Osiedle było niedaleko. Trzeci blok od końca, hę? Ruszyłam pewnie w określonym kierunku, przyciszając muzykę do minimum. Widziałam kilku chłopaków siedzących na ławce w parku. Skręciłam w bardziej oświetloną uliczkę, żeby ich wyminąć. Słyszałam jak się z czegoś śmieją. Przełknęłam ślinę.
Będąc już pod klatką schodową, wstukałam numerek na domofonie. Nikt nie odbierał. Światła na trzecim piętrze też się nie paliły, a wiem, że zazwyczaj ktoś w tej kuchni zawsze siedział. Zwłaszcza przy imprezie. Zwątpiłam. Wykręciłam numer do Kaśki.
-Hej, jesteś w domu?
-Zmiana planów! Ruszyliśmy do Białego Kota.
-Ale to po drugiej stronie miasta... Nawet nie wiem, jak tam trafić.
-Trafisz, rusz dupę!
-Jestem pod twoim domem.- syknęłam.- Nie mogliście dać znać, że was tu nie będzie?
-Szczerze ci powiem, że nie byłam pewna, czy w ogóle przyjdziesz...- Kaśka zbiła mnie z pantałyku na dobre. Rozłączyłam się. Byłam wściekła. Wyciągnęły mnie z domu tylko po to, żeby mnie zrobić w ciula... Obróciłam się na pięcie i ruszyłam w drogę powrotną do domu.
Cholera jasna. Ci faceci z ławki zniknęli. Na pewno nie poszli do domu, bo im się znudziło siedzenie tutaj.
Ruszyłam więc szybkim krokiem i jak najkrótszą drogą w stronę centrum. Zauważyłam ich, szli za mną. Widzieli chyba, że nie weszłam do klatki. Spanikowałam. Przyspieszyłam kroku jeszcze bardziej, wyciągając telefon z kieszeni. Trzymali się blisko. Coraz bliżej, aż jeden z nich nie zaszedł mi drogi. Przestraszyłam się, przeskoczyłam nad żywopłotem i puściłam się do biegu, potykając się o własne nogi.
Wybrałam numer bezwiednie.
-Słucham?
-Ktoś mnie goni.- zdążyłam wydukać, przez łzy napływające do moich oczu ze strachu.
-Biegnij w stronę centrum. Gdzie jesteś do cholery?! Od której strony wyjdziesz na główną?!- Nathan był zdenerwowany. Mówił przez zęby.- Wylazłaś po tym jednym incydencie? Niech no ja cię dorwę, dziewucho.- warknął do słuchawki.- W tej chwili bardziej niż tego kogoś możesz się obawiać mnie, głupia.- nie rozłączał się, a ja nie miałam odwagi oderwać telefonu od ucha.
-Piracka, z Pirackiej...Ach!- w tym momencie zostałam szarpnięta za plecak, telefon wypadł mi z ręki. Zrzuciłam szybko balast z ramion i chciałam uciekać dalej, ale się potknęłam.
-Wyskakuj z kasy, młoda.- jeden z dresów nadepnął mi na łydkę tuż pod kolanem. Było to o tyle bolesne, że nie mogłam się ruszyć w żadnym kierunku. Czułam jak ścięgna napinają się coraz mocniej, promieniując bólem.
-Nie mam kasy. Naprawdę...- zasłoniłam głowę rękoma. Musiałam wyglądać żałośnie, słysząc jak zawartość mojego plecaka ląduje na chodniku. Przeklęta torba. Ucisk pod kolanem zniknął, ale z kolei zostałam podźwignięta na równe nogi. Oni mieli nóż. Błysnął w słabym świetle przebijającym się przez konary drzew.- Puśćcie mnie, nie mam nic.
-Telefon działa.- drugi z dresów oznajmił podnosząc moją zgubę.-Dzwoniłaś na psy?!- zauważył akurat, że połączenie zostało zerwane.
-Gorzej.-usłyszałam gdzieś kawałek dalej rozeźlony głos Nathana. Odepchnął jednego z napastników na tyle mocno, że się przewrócił, drugi zaczął uciekać z telefonem. Zdążyłam spojrzeć w jego kierunku, ale zobaczyłam pięść ciśniętą prosto na mnie. Zaledwie w ułamku sekundy pięść otworzyła się. Poczułam ucisk na ramieniu, gdy Nathan ściągnął mnie na ziemię w wyskoku, by zaraz znokautować kolesia z nożem z drugiej ręki. Pacnęłam tyłkiem na twardy chodnik. Bandyta padł tuż obok mnie, ale zaraz podniósł się ten powalony z tyłu. Zaczęłam wycofywać się jak najdalej, żeby tylko nie oberwać. Rzucił się na Nathana od tyłu, bijąc go w głowę. Czerwonowłosy zakolebał się na własnych nogach, ale za chwilę przerzucił go sobie przez plecy na tego nieprzytomnego i dobił go kopniakiem w brzuch. Dres zwinął się w kłębek jęcząc z bólu. Trzęsły mi się ręce. Patrzyłam na to wszystko i po prostu miałam pustkę w głowie. Trzeci dresiarz uciekł z moim telefonem. Mężczyzna jeszcze przez chwilę rozglądał się za nim, sapiąc wściekle. Przełknęłam resztę gęstej śliny.
O, nie. Teraz moja kolej. Przemknęło mi przez myśl, kiedy mój znajomy obrócił się w moją stronę.
-Co ty sobie, kuźwa, wyobrażasz, co?!- naskoczył na mnie. Szarpnął za kurtkę i postawił mnie na nogi. Kopnęłam moją parasolkę przez przypadek. Była połamana. Skrzywiłam się, a wraz ze skrzywieniem się nastąpiła kulminacja wszelkich emocji.
-Tylko nie bij.- nie wiem, co mi przyszło do głowy, że to powiedziałam. Prychnął. Czułam jak próbuje wyładować emocje na zgniataniu materiału mojej kurtki. Oddychał głośno, dość nierównomiernie. Syczał też co chwilę, a to musiało oznaczać, że sam oberwał.
-Nic ci nie zrobili?- przestraszyłam się pytania. Straciłam mowę na chwilę. Zaprzeczyłam tylko gestem, po czym odepchnęłam się od niego i zaczęłam zbierać swoje rzeczy z ziemi. O, tak. Łzy ciekły mi niepomiernie, kapiąc mi na dłonie, kurtkę i wszystkie moje rzeczy, które zgarniałam w ramiona. Plecak był rozdarty. Wpakowałam wszystkie odnalezione przedmioty do tego co z niego zostało. Jeszcze na kolanach przeszłam kawałek w stronę mojej parasolki. Taka ze mnie niezwyciężona postać, co? Moje wszelkie wyobrażenia na temat moich możliwości legły w gruzach. Niemal słyszałam jak się wszystko sypie.
-Hej. Chodźmy stąd lepiej.- mężczyzna pochwycił moje toboły i znów tak, jak dzisiaj rano wyciągnął rękę, by pomóc mi wstać. Wytarłam oczy rękawem i skorzystałam z pomocy.- Odprowadzam cię teraz do domu. Okrężną drogą, bo nie chcę, żeby ktoś zobaczył, że to my tak narozrabialiśmy.
-Ch-chyba ty tak narozrabiałeś.- wydukałam, pociągając nosem.
-O, nie, nie. Ty byłaś przyczyną tego zamieszania, więc siedzimy w tym oboje.- prowadził mnie za rękę, trzymając ją mocno. Tak, żebym się nie wyrwała. Poczułam się jednak bezpieczniej, mimo iż w pierwszym momencie powinnam się go bać. Jest zbyt agresywny, ale... Ale mi zaimponował.
Nie obserwowałam trasy, wgapiałam się w niego i jego wpieniony wyraz twarzy, dopóki on sam na mnie nie spojrzał.- Fajtłapa.- wyciągnął chusteczkę z kieszeni i zaczął wycierać mi policzki z brudu i łez.- Ogarnij się zanim wyjdziemy na główną ulicę.- staliśmy pod światłem.
-Ukradli mi telefon.- sapnęłam nagle.
-Dobrze, że tylko tyle.-parsknął, krzyżując ręce na piersi. Potrząsnął głową i znów jakby stracił chwilowo równowagę. Nie mogłam tego nie zauważyć.
-Dobrze się czujesz?
-Ta, przejdzie mi za chwilę. Chodź już, łajzo.
-Nie mów tak do mnie.- skrzywiłam się.
Wyszliśmy na główną drogę. Stąd było o wiele bliżej do mojego mieszkania, ale Nathan chyba nie czuł się coraz lepiej. Coraz bardziej kręciło mu się w głowie, bo chodził jakby był pijany.
-Chodź na górę, musisz się położyć.- zaczęłam go prowadzić po schodach. Nie protestował. Tym razem otwarcie drzwi wyszło mi zaskakująco szybko. Z trudem wprowadziłam go po schodach i do mieszkania. Cały czas ściskał plecak w dłoni. Kazałam mu go rzucić na podłogę i pociągnęłam Nathana do pokoju. Usadziłam go na łóżku.- Jak się czujesz? Chcesz coś do picia?
-Jest okazja na herbatę.- uśmiechnął się krzywo.
-Połóż się.- byłam roztrzęsiona. Ten weekend jest zbyt emocjonujący. Pobiegłam do kuchni, żeby przynieść mu zimny okład na kark. Moja ulubiona herbata stojąca na biurku była jeszcze letnia. Mocno sparzona, wystarczyłoby tylko dolać gorącej wody. Tak też zrobiłam.
Nathan siedział uparcie, nie chcąc się położyć. Obserwował, jak krzątam się po pokoju. Trzęsły mi się ręce. Dopiero gdy podałam mu kubek z gorącą herbatą, poruszył się.
-No, proszę. Jednak jesteś ogarnięta.
-Tak. Jak nikt nie patrzy.- rzuciłam wymijająco, siadając na krześle przy biurku. W końcu mogłam odetchnąć. Uruchomiłam komputer, słyszałam jak mężczyzna odstawia kubek na podłogę i jednak się kładzie. Westchnął boleśnie.- Chcesz jakąś tabletkę przeciwbólową?- spytałam. Mruknął coś tylko o świetle, że go razi. Machinalnie podniosłam się by je zgasić, zapaliłam tylko lampkę przy biurku, obniżając ją maksymalnie tak, by światło aż tak nie roznosiło się po pokoju. Zasnął.
Oddychał normalnie, więc raczej nie stracił przytomności. Odetchnęłam z ulgą. Przykryłam go kocem i stałam nad nim jeszcze chwilę, przykładając pięść do ust i myśląc intensywnie, co mam teraz zrobić.
Lustro w pokoju przypomniało mi bezczelnie o tym, że wypadałoby mi się ogarnąć.
Zajrzałam do szafy, wyjmując najcieplejsze domowe ubranie, jakie miałam. Szykuje się nieprzespany wieczór, skoro moje łóżko jest zajęte.
-Widzisz, nawet ci oddałam ostatnią saszetkę ulubionej herbaty, a ty jej nie wypiłeś do końca.- burknęłam, podnosząc kubek z podłogi.
Gdy się w końcu wykąpałam i przebrałam w przygotowane ubranie, Nathan dalej spał. Obrócił się w twarzą w stronę ściany. Okład podszedł wodą, więc go zabrałam, żeby nie zamoczył całej poduszki. Opadłam na siedzenie. W internecie jak zwykle nie było nic ciekawego. Najciszej jak mogłam włączyłam muzykę. W końcu miałam czas żeby odetchnąć. Spojrzałam na śpiącego.
 Zawsze sądziłam, że sobie poradzę. Moja ambicja wmawiała mi, że sobie poradzę, a tak zwyczajnie nie było i nie jest. Nadchodzi taki moment w życiu, że człowiek po prostu potrzebuje  pomocnej dłoni. W moim przypadku ta pomocna dłoń właśnie śpi na moim łóżku, poszkodowana.
Westchnęłam w tym samym czasie, w którym Nathan wziął głębszy oddech, otulając się bardziej kocem. Nie mogłam się skupić na przeglądaniu żadnej ze stron. Muzyka leciała w tle, a ja wpatrując się bezwiednie w pulpit, położyłam się na blacie biurka i przymknęłam oczy, nasłuchując czujnie jego oddechu.

poniedziałek, 2 listopada 2015

40. Koc

Spojrzał tylko na zakrwawioną rękojeść noża. Ściągnął brwi.
-Zobacz, co narobiłaś.- sarknął, zamykając klingę w objęciach swojego pojemnika. Wsadził sztylet za pasek spodni i podszedł bliżej. Cofnęłam się gwałtownie, trafiając bokiem na umywalkę. Odbiłam się od niej niezdarnie w kierunku szafki na której leżała bluza, ale Nathan był szybszy. Chwycił mnie za skaleczoną rękę. Wstrzymałam odruch wyrwania ręki z objęcia, bo wiedziałam, że jeśli naruszę skaleczenie, będzie bolało. On też o tym wiedział.
Puść moją rękę, Nathan. Pomyślałam  w końcu, przyglądając się jego twarzy. Teraz to on się martwił. Nie krył się wcale z tym, że nie miał już na sobie bandaży. Obejrzał rozcięcie uważnie i zaczął ciągnąć mnie na korytarz. Syknęłam tylko, pociągnięta dość gwałtownie za rękę.
-Jeśli kudłaty się dowie, że się przeze mnie skaleczyłaś, wyrzuci mnie z chałupy.- burknął tylko, zarzucając mi na plecy koc, który musiał ściągnąć z siebie, gdy tylko znalazł się pod drzwiami łazienki.- Do kuchni, marsz.- dodał, rozkazując mi. Znów zostałam bez specjalnego wyboru. Wycofanie się do toalety i durne protesty to jedynie przejawy dziecinnego zachowania, któremu i tak nie jestem w stanie sprostać, więc posłusznie usiadłam w kuchni na taborecie, podczas gdy Nathan ułożył moją dłoń na stole, sięgając zaraz po apteczkę.
- Odprowadzisz mnie do domu?
- Chyba żartujesz. Zjadłaś tu kolację, miałaś wszystko podane jak na tacy i sobie chcesz tak po prostu wyjść?- czerwonowłosy skrzywił się.
- Nie. Chcę, żebyś mnie odprowadził do domu.- burknęłam.- Nie chcę wam przeszkadzać.
-Ach, tu cię boli. Możesz spać na kanapie. Ja się chętnie rozłożę na normalnym łóżku.- oznajmił, bezpośrednio wpatrując mi się  w oczy. Uniósł przy tym prawą brew, która zdawało mi się była przecięta jakby blizną, ciągnącą się znikomym śladem wzdłuż jego powiek i policzka. Zmrużyłam oczy, próbując mu się przyjrzeć.
-Na co się gapisz?- na to pytanie, nakreśliłam w powietrzu pionową kreskę tuż przy swojej twarzy.
- Masz bliznę na buzi?- spytałam.
-No, takie to dziwne?- odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Intrygujące.- stwierdziłam, wcale nie kłamiąc. Im bardziej przyglądałam się jego twarzy, tym bardziej ta blizna się na niej odznaczała.
-Jeśli masz zamiar się ciągle na mnie gapić, dam ci swoje zdjęcie.- sarknął.- Przestań z łaski swojej.- dodał, już nie tak pewnym tonem głosu. Otrząsnęłam się dopiero kiedy zacisnął plaster na skaleczonym palcu.
-Przesadziłeś. Krew mi do niego nie dopływa.- chciałam strzepnąć założony opatrunek z kciuka.
-Nie będę ci przecież szyć tego palca na żywca. Lepiej, żeby się samo zasklepiło.- wyjaśnił.
-Bardziej niż blizna na twarzy, dziwi mnie ich brak na ręce. Widziałam jak Krystian zrywa ci ubranie z przedramienia.- skrzywiłam się na samo wspomnienie tego wydarzenia. Owinęłam się szczelniej kocem, bo zrobiło mi się cholernie zimno.
-Przywidziało ci się.- zbył mnie krótko. Widocznie nie miał żadnego innego wyjaśnienia.
-Nie wiem...-mruknęłam. Zerknęłam przez okno na latarnię na tyłach domu.- Jakbyś się wtedy nie zjawił, nie chciałabym nawet wiedzieć, co by się mogło wydarzyć w tamtych krzakach.- czułam jak blednę znacznie.
-Przestań to roztrząsać już na początku, będzie ci lżej im mniej będziesz o tym myśleć.- czarnooki podniósł się z miejsca i przemknął w stronę lodówki. Wyciągnął z niej dwie butelki piwa, jedną postawił cicho przed moim nosem.- Mnie by szlag trafił, jakbym się spóźnił z pomocą, albo w ogóle nie był akurat w odpowiednim miejscu i czasie.- przechylił swoją butelkę. Otworzyłam szerzej oczy, gapiąc się na niego. Zupełnie jakby wygłosił referat na temat rzeczy, jakich zwykle słucham na wykładach. Rzeczy niestworzone i niepojęte dla zwykłego śmiertelnika.
-Ale że jak...
-Dziewczyno, to się stało prawie pod moim domem. Jakbyś się czuła, gdyby ci kogoś krzywdzili, kiedy mogłabyś mu pomóc?!
-Beznadziejnie, prawdę mówiąc.- spuściłam wzrok na swoje dłonie. Plaster zabarwił się od spodu czerwienią, ale jeszcze nie przeciekał.
-No, właśnie.
-A policja cię nie spisała?
-Mniejsza o policję. Znajdą mnie, jak będą chcieli.- rzucił z przekąsem.
-Byłeś karany?
-Książkę piszesz?- naskoczył na mnie. Podskoczyłam na krześle. Spuścił z tonu po chwili, przyglądając się mojej reakcji.- Drobne spięcia.
-Nieważne, nie chcę wiedzieć.
-Lepiej dla Ciebie. Czemu nie pijesz?
-Bo jak wypiję piwo, to na drugi dzień mnie nawet bombardowanie nie obudzi.- odrzekłam z pełnym przekonaniem.
-Ha! To się okaże.- uśmiechnął się pewnie.
-Idę spać.
-To idź do drugiego pokoju. Krystian pewnie jeszcze u siebie urzęduje.
- Drugiego, czyli którego?
-Mojego. Reszta jest zamknięta, bo nie mamy współlokatorów.- mruknął niewesoło.
- Dużo musicie płacić za wynajem pokoju?
-Na dwójkę jest sporo za dużo. Brakuje nam przynajmniej dwóch osób.
- Może się ktoś znajdzie. Ach, na przyszłość znajdź lepsze miejsce do ukrycia czegokolwiek. Pakowanie takiego przedmiotu pod poduszkę nie sprawdza się nawet w filmach.
-Co ty nie powiesz?- uniósł brew, spoglądając na mnie z zaciekawieniem.
Wyszłam z kuchni, nie chcąc się wciągać w dalsze rozmowy.
Pokój Nathana był w zasadzie pusty. Jedna stara szafa, w której zapewne mieściły się wszystkie jego rzeczy, dość niskie łóżko i rozklekotany taboret udający szafkę nocną.
Jedyne czego nie mogłam przewidzieć, to to, że drzwi do pokoju się nie domykały. Tak też kiedy tylko udało mi się przysnąć, budziłam się, bo drzwi były otwarte na całą swoją szerokość.
-Serio?- jęknęłam, podnosząc się by zamknąć je po raz trzeci w ciągu nocy.
I nie dość, że pod kocem i pod kołdrą było mi cholernie zimno, to jeszcze te wrota nie chciały się zamknąć.
Owinęłam się kocem najszczelniej jak mogłam, starając się zignorować niepokój związany z otwartymi drzwiami.
Obudziłam się nad ranem. W zasadzie to rozbudziło mnie pogwizdywanie Nathana, który w samych spodniach szukał koszulki w szafie.
Na ciele też miał blizny. Co za człowiek... Zaczął rozrzucać koszulki po pokoju. Jedną z nich cisnął tak, że wylądowała na mojej twarzy, zasłaniając mi cały widok. Szlag. Westchnęłam cicho. Miałam tylko nadzieję, że to kwestia przypadku.
-Wstawaj, podglądaczu!- usłyszałam zbliżające się kroki, a po chwili koszulka zniknęła z mojej twarzy. Mężczyzna wciągnął ją na siebie i stanął nade mną z założonymi rękoma.
-Już, no...- obróciłam się na drugi bok.
-Nie, no już, tylko wstawaj. Śniadanie ci zrobiłem. I tak spóźnię się przez ciebie do roboty.- warknął, zniecierpliwiony.
-Na którą masz do tej pracy?- przetarłam oczy, krzywiąc się jeszcze po dotknięciu żółknących już sińców na twarzy.
-Wyobraź sobie, że już jest dziesiąta.
-Co?!- otrzeźwiałam momentalnie.- Spóźnię się, cholera.- wpadłam w panikę. Dzisiaj miałam przecież ćwiczenia i dość ważne kolokwium do zaliczenia. Zaczęłam się szamotać z kocem, a Nathan parsknął śmiechem.
-Bardzo śmieszne, serio.- odburknęłam drżącym głosem.
-Ale wiesz, że dzisiaj sobota?- usiadł na łóżku obok mnie. Wstrzymałam się z wszelkimi akcjami ewakuacyjnymi z koca. Spłonęłam rumieńcem dopiero po chwili, zażenowana. Odchrząknęłam, próbując schować zbędne emocje do szuflady i nagle znalazłam wyjście z tego cholernego kokonu.
Moje rzeczy o ile dobrze pamiętam suszyły się w łazience na grzejniku, ale kiedy zobaczyłam, że w całej łazience jest mokro i że moje rzeczy zostały schlapane wodą z prysznica, wściekłam się.
-Wszystko jest mokre.- opadły mi ręce.
-Głupoty gadasz.- przeszedł w stronę salonu. Zaczęłam ubierać się w schlapane rzeczy, psiocząc na niego pod nosem. Koniec końców byłam już w swoich ubraniach, w zasadzie gotowa do wyjścia.
-Pójdę już. Dzięki za nocleg i żarcie.- wchodząc do salonu próbowałam złożyć koc jakoś ładnie, żeby nie zostawić po sobie bałaganu. Konstrukcja rozpadała mi się za każdym razem, gdy próbowałam ułożyć go w kostkę.- Och, szlag, by cię...- poirytowana strzepnęłam przykrycie i zrobiłam krok w tym samym momencie, potykając się o jego rąbek. W ułamku sekundy moim oczom ukazała się wizja bliskiego spotkania głowy z kantem szklanego stołu. Wizja by się wykonała, gdyby nie fakt, że po prostu plasnęłam na dywan, a stół zniknął z zasięgu. Zdezorientowana rozejrzałam się po pokoju.
Nathan trzymał stolik nad sobą w jednej ręce, równie skołowany co ja. Dopiero po chwili chwycił go oburącz. Mrugnęłam kilkukrotnie, tłumacząc sobie, że to stało się tak szybko, iż mogło mi się zwyczajnie przywidzieć.
-Ty fajtłapo.- wydusił, odstawiając stolik w inne miejsce.- Wiesz jakie to cholerstwo ciężkie?- wysapał, chwytając się za kolana, skulony. Po chwili podał mi rękę, żebym mogła się podnieść.

piątek, 30 października 2015

39.Strużka

Nie wiedziałam, czy mogę się w tej chwili odezwać. Nathan starał się nie dotknąć niczego okaleczoną ręką.
-Wszystko w porządku?- spytałam w końcu, przerywając długą ciszę.
-Nie, no brawo. Wspaniałe pytanie! I jak mam ci na nie odpowiedzieć? Jest okej, nic mi się nie stało... Pewnie, że nie jest, bo przecież mam oparzone całe przedramię, sieroto!- parsknął, dodając jeszcze od siebie kilka przekleństw między słowami. Piorunował mnie wzrokiem. Ja, czując gorące plamy na twarzy, podniosłam się z miejsca, by ruszyć do kuchni. Owszem, wstałam z myślą poproszenia Krystiana o podwózkę do domu, lecz gdy Nathan chwycił mnie za ramię obandażowaną ręką, sama skrzywiłam się, wyobrażając sobie ból jaki nim w tym momencie zatrząsł.
-Zostań.- syknął. Nie było jednak w tym nic z rozkazu. Bardziej brzmiało mi to na prośbę. Koniec końców nie wiedziałam jak się zachować.
-Pójdę tylko przebrać spodnie.- odparłam, chcąc go zapewnić, że rezygnuję z poprzednich zamiarów. Wtedy dopiero postanowił puścić moją rękę.- Odpoczywaj, Nathan.-obudziły się we mnie dziwne emocje. Poczucie odpowiedzialności za to co się stało, ciągnęło mnie za drugą rękę w stronę koca, żeby przykryć poszkodowanego. Ostatecznie odważyłam się na rozłożenie przykrycia w powietrzu i rzucenie go na kolana czerwonowłosemu.
-To już mogłaś sobie darować.- uśmiechnął się krzywo. Odchrząknęłam, żeby się opanować.
-Mała rekompensata za ratunek dnia poprzedniego.- rzuciłam.
-Serio...- spojrzał znacząco na bandaże na przedramieniu.
-I drobne skutki uboczne.- Krystian wkroczył do pokoju, a widząc jak stoję nad Nathanem z rąbkiem koca w wolnej dłoni, podczas gdy jego reszta już była na nim rozłożona, uśmiechnął się pobłażliwie.
Zakłopotana, umknęłam do łazienki, podnosząc dresy leżące wciąż na podłodze w korytarzu.
Zamknęłam się w toalecie. Nie wiem, ile czasu tam siedziałam. Wpatrywałam się w lustro, szukając czegoś takiego jak pewność siebie.
-Aga, żyjesz tam jeszcze?
-Tak, tak. Zaraz... Już wychodzę!- rozproszyli mnie. Krystian znosił właśnie talerze do salonu.- Pomogę ci może, co? Co jest do przyniesienia?
-Dzbanek z herbatą, ale musisz uważać, bo jest świeżo zaparzona.- odparł.
-Ona niech się lepiej za nic nie bierze.- Nathan okrył się bardziej kocem. Ściągnęłam brwi. Nie jestem chyba w jego oczach aż taką fajtłapą, że miałabym gdzieś rozlać cały dzbanek herbaty? Ten argument jednak Krystiana przekonał.
-Usiądź, zaraz przyniosę resztę.- wyjaśnił szybko i się ewakuował.

Jedliśmy w spokoju, nie było tematu do rozmów. Niezręczna cisza paraliżowała mnie tym bardziej, że byłam w tej chwili tu uwięziona. Nie wypuszczą mnie na nocny powrót do domu w pojedynkę, Krystian na pewno mnie nie odwiezie, a perspektywa siedzenia tu do rana mnie samą z lekka przerażała, bo przecież to obcy ludzie.
Koniec końców, znużona wpatrywaniem się w szklankę stygnącej herbatki, zaczęłam ziewać.
Ucieszyłam się i ulżyło mi, gdy zostawili mnie w pokoju Krystiana na piętrze. Znałam to pomieszczenie już mało wiele. Gdy zamknęły się za mną drzwi znów podeszłam do komody na której powinien stać sztylet. Nie było go. Czarnooki musiał schować przedmiot, tuż po tym jak nakrył mnie, gdy wyciągałam go z pokrowca. Szkoda, bo chciałam się mu jeszcze przyjrzeć. Usiadłam na świeżo zaścielonym łóżku i nagle przypomniał mi o sobie mój pęcherz. Podniosłam się, niepewnie podeszłam do drzwi. Zastanawiałam się, czy toaleta jest też na piętrze. Koniec końców, nie chwyciłam za klamkę bijąc się z myślami. Tak, trochę się bałam. Całkiem niezręcznie byłoby pocałować klamkę i czekać w przedpokoju na swoją kolej. Tym bardziej, że nie byłam u siebie.
Odetchnęłam, zdobywając się na odwagę. Otworzyłam cicho drzwi i stąpając najostrożniej jak się dało zaczęłam schodzić po schodach. Obaj mężczyźni siedzieli jeszcze w salonie dość głośno debatując. Nie słyszeli mnie, ani nawet nie widzieli. Ja za to widziałam wszystko bardzo dobrze.
Nathan zaczął zdejmować bandaże z oparzonej ręki. Skrzywiłam się.
-Mogłeś sobie darować tą szopkę z bandażami.- syknął, odrzucając bandaż na stół i począł rozmasowywać rzekomo okaleczoną rękę, która teraz była jak nowa. Moje oczy samoistnie otworzyły się bardziej, żeby jednak uwierzyć w to, co zdołałam zauważyć.
-Pochodzisz w nich kilka dni i koniec. Musiałem to zrobić. Myślisz, że uwierzyłaby, gdybyś nagle miał zdrową rękę? Chociaż tutaj żyj istniejącymi tu prawami, Nathan.
-Niby po co? Ustalam własne. Zawsze tak było. Zresztą, i tak już się czaiła, żeby dokładnie obejrzeć sztylet.- sarknął- Nie bój się, schowałem go już.
-Gdzie?
-W twoim pokoju.- odparł. Usłyszałam potem ciche plaśnięcie. Krystian chyba zakrył twarz dłonią.
Czas się wycofać. Ostrożnie zamknęłam drzwi. Skrzyżowałam ręce na piersi. Skoro tak bardzo chcą ukryć ten sztylet, mogę im pomóc. Musiałabym go tylko znaleźć. Sprawdziłam pod łóżkiem, za szafą, za komodą. Na szafie też niczego nie było. Przemieszałam ubrania, wątpiąc już, że go nie znajdę. Położyłam się na łóżku, wsuwając ręce pod poduszkę. Uśmiechnęłam się z przekąsem, czując znajomy kształt i zdobioną rękojeść sztyletu.
- Tu cię mam, bestio. Ciekawe dlaczego tak bardzo nie chcą mi go pokazać.- mruknęłam do siebie samej, ponownie wyciągając sztylet z pochwy. Zerknęłam jeszcze na drzwi, nasłuchując, czy nikt mi się nagle nie wpakuje do pokoju i nie nakryje mnie na zabawie nożem. Im bliżej twarzy znajdował się antyk, tym bardziej odczuwałam ucisk w punkcie między brwiami. W pewnym momencie było to tak intensywne, że musiałam rozmasować to miejsce. Nie mogłam się nadziwić, jak pięknie był zrobiony i czemu stoi w pokoju, a nie przykładowo nad kominkiem w salonie.
Moment zadumy przerwało mi pukanie do drzwi.
-Szlag.- w panice zaczęłam szamotać się z zabezpieczeniem ostrza i dziabnęłam się nim w palec.
-Aga, śpisz już?- Krystian zaczął naciskać na klamkę w drzwiach. Wpakowałam sztylet w spodnie i przykryłam bluzą jeszcze zanim drzwi się otworzyły.- Jeśli chcesz skorzystać z łazienki, przygotowałem ci czyste ręczniki.
-Dzięki. Właśnie miałam iść do toalety.- ściskałam w pięści skaleczony palec, czując, jak zbiera się w niej krew.
-Jakbyś zgłodniała, śmiało korzystaj z kuchni. Będę w pokoju obok. Nie przestrasz się Nathana, lubi się szwendać po nocach.
-Spoko.- uśmiechnęłam się, wymijając Krystiana w progu. Sam chciał mnie pewnie wyciągnąć z pokoju, żeby znaleźć sztylet. Skryłam się w toalecie, zwracając uwagę na Nathana przykrytego kocem po sam czubek nosa, drzemiącego w salonie.
Przedmiot zainteresowania położyłam ostrożnie na szafce i zaczęłam się szykować do kąpieli.
Szlag. Skaleczony palec ani myślał chyba zacząć się goić. Będzie szczypać. Skrzywiłam się.
W tym momencie całą dłoń miałam już we krwi. Skarciłam się sama w lustrze, wkładając dłoń pod bieżącą wodę.
Wpatrując się w spływający strumień mieszany ze strużkami mojej krwi, miałam pustkę w głowie.
Nie ukradłam im tego. Absurdalna myśl pojawiła się w mojej głowie. Nie, przecież go odłożę na miejsce. Poczułam dziwny niepokój, zupełnie jakbym i tak już dokonała kradzieży. Moje oczy spotkały same siebie w lustrze. Zabawne. Miałam w tej chwili zabawny wyraz twarzy. Zupełnie jakby mi to pasowało.
Obróciłam się po ręcznik i zachwiałam się delikatnie, chwytając za kant półki na której ułożyłam sztylet. Szlag.
Widziałam tylko jak spada skosem i ze ślizgiem uderza w drzwi, powodując niemiłosierną ilość zupełnie zbędnego hałasu.
-Co jest, kuźwa...- słyszałam z daleka głos podnoszącego się z kanapy Nathana.-Ej! Co ty tam robisz?
-Ogarniam się do spania.- parsknęłam, niemal rzucając się by podnieść sztylet. Wtem zdobiona pochwa zsunęła się z ostrza, wydobywając z niego dźwięk czystej stali.
-Agnieszka, co ty tam wyprawiasz? Mam wejść do środka?!- nacisnął klamkę, zniecierpliwiony.
-Nie wchodź tu!- zaprotestowałam. Nie miałam na sobie ani bluzy, ani koszulki, stojąc tak w samych spodniach i bieliźnie, gdy czarnooki nie zważając na protesty wpakował się do łazienki. Nie wiedziałam, czy mam schować sztylet, czy zakryć swoje ciało. Koniec końców skończyłam w dziwnej pozie, czerwona na twarzy. Ostrze schowałam za sobą.
-Oddaj sztylet.- warknął.
-Nie mam...- kłamałam w żywe oczy.
-Głupia... Chowasz go za sobą. Odbija się wyraźnie w lustrze. Oddaj sztylet.- poirytowany nachylił się po resztę przedmiotu. Pobladłam znacznie, będąc równocześnie zaskoczoną, że Nathan od kiedy wparował do toalety ani razu nie odwrócił wzroku od mojej twarzy. Lustrował moją reakcję coraz bardziej zdenerwowanym spojrzeniem, a ja poddałam się w końcu. Oddałam sztylet w jego ręce, ale niestety ubrudziłam go od skaleczonego palca.
-Chciałam go tylko obejrzeć.- odparłam skonfundowana. Już dawno nie byłam w takiej sytuacji. Nie, takie coś mi się jeszcze nie zdarzyło.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

38. Ścierka.

Stałam tak jeszcze dobre dziesięć minut, bijąc się z myślami i wpatrując w parasolkę, jakbym ją właśnie przesłuchiwała. Co mi da fakt, że schowam się na klatce, skoro nie dostanę się do mieszkania, a sąsiedzi na pewno mnie nie przenocują. Spojrzałam na telefon i na pustą okolicę. Nie chciałam tam wracać, na pewno nie na piechotę, skoro zaczynało się znów ściemniać, a deszczowa chmura nad miastem wcale nie jest bardziej pomocna i bynajmniej nie rozświetli mi nagle całej drogi do domu Nathana i jego współlokatora. Stuknęłam się w głowę trzonkiem od parasola, by za chwilę usłyszeć wołanie, przytłumione przez nawałnicę. Obróciłam się na schodach, by sprawdzić kto się tak wydziera. Okazało się, że to Krystian.
-Hej, Agnieszka!- wołał mnie, ewidentnie. Dla pewności jednak znów się rozejrzałam po ulicy, sprawdzając czy aby na pewno nie ma tu nikogo innego. Zaskoczeniem nie było to, że krótkowłosy podbiegł do mnie, ale fakt jak cicho to zrobił. Pisnęłam, gdy wskoczył pod parasolkę. Mało nie wypuściłam jej z ręki.- Rudy dzwonił, że zostawiłaś swoją bluzę, a w niej klucze do domu... Raczej nie mam już innego wyjścia, niż zaprosić cię do nas na żarełko. Odwiozę cię z powrotem, jak zjemy. Co ty na to?- woda kapała mu z grzywki, okulary miał zachlapane i był bardziej przemoczony niż ja dzisiaj. Westchnęłam, kiwając głową. Nie widziałam innej opcji. W zasadzie zaślepił mnie zmysł biednego studenta, gdy w monologu Krystiana zjawiła się wzmianka o jedzeniu. Naprawdę nie miałam dzisiaj ochoty na gotowanie, ale zaoferowałam mu swoją pomoc w kuchni.
Zatrzęsłam się z zimna, gdy wsiadłam do nagrzanego samochodu, upychając nogi między reklamówki, stojące na przedzie od strony pasażera.
Zajechaliśmy z powrotem na podwórze. Chciałam wziąć reklamówki, ale Krystian tylko pokręcił palcem, wręcz mi zakazując. Wyszłam z parasolką i tak chwytając za jeden z worków i podreptałam pod drzwi wejściowe.
-Wchodź do środka!- Krystian zaśmiał się, widząc z jaką determinacją usiłuję mu pomóc. Otworzyłam drzwi, strzepując jeszcze parasolkę.- Nathan! Chodź po te reklamówki!- krzyknął jeszcze za kumplem.
-Bla, bla, bla...- czerwonowłosy wyłonił się z salonu, ignorując mnie całkowicie. Dopiero, gdy wrócił z torbami, zupełnie mokry, raczył mnie poinformować o swoim zadowoleniu z tego powodu. Fuknął coś  o rewanżu za fundowanie mi jedzenia.
-Nie ty kupowałeś jedzenie, więc się nie wypowiadaj!- zaraz za nim wkroczył do przedpokoju szarooki.- Usiądź sobie w salonie. Chcesz jakieś piwo, czy może herbatę?- skierował do mnie te słowa.
-Herbatę już piła.
-No to piwo.- odparł z uśmiechem Krystian. Nie miałam nawet szansy zaprotestować, bo obaj mężczyźni znów zaczęli się ze sobą kłócić, przestając zwracać na mnie uwagę. Ruszyłam więc do salonu, żeby po chwili stania w miejscu, przycupnąć na krawędzi kanapy.
-Ćwicz refleks!- kątem oka zauważyłam, że Nathan rzuca we mnie butelką piwa i za chwilę ciska we mnie otwieraczem. Dziwnym dla mnie trafem złapałam na wdechu oba przedmioty. Wypuściłam powietrze z płuc dopiero, gdy Nathan przeskoczył nade mną, by usiąść na kanapie.
-A jakbym tego nie złapała?!
-Płaciłabyś za pranie dywanu.- syknął, zerkając na mnie kątem oka. Obdarzyłam go karcącym spojrzeniem, sądząc, że coś wskóram.- Złapałaś. No, co?!- machnął rękami z wyrzutem o to, że się go czepiam.
-Chodź tu, leniu śmierdzący!- krzyknął Krystian, jedynie wychylając się z kuchni.
-Kuc nie da mi spokoju...- czarnooki z ciężkim westchnieniem zaczął podnosić się z miejsca. Zdusiłam w sobie parsknięcie śmiechem na określenie Krystiana.
-Dlaczego kuc?- spytałam, gdy wyminął mnie w drodze do kuchni.
-Bo miał takie włosy.- Nathan nakreślił kciukiem linię na wysokości swoich nerek, zabierając się za opróżnianie piwa na jednym wdechu. Rozniósł za sobą zapach alkoholu, ale i nie tylko. Poczułam intensywne męskie perfumy, których delikatniejszą wersję pamiętam kiedy Nathan zarzucił mi swój płaszcz  na ramiona.
Złapałam się na tym, że chciałam zachować ten zapach w nozdrzach na dłużej, wciągając powietrze dość głośno.
Otworzyłam sobie piwo, wpatrując się w widoki za oknem i nie zwróciłam uwagi, że piana leje mi się po spodniach.
-Szlag!- na spijanie piany było już za późno. Na szczęście nie zachlapałam dywanu.
-Nie klnij tam!- Nathan był naprawdę nieznośny. Teraz chyba wiem, dlaczego nie mogą znaleźć sobie współlokatorów. Domyśliłam się też chyba, że to mógł być powód dla którego moja imienniczka nic o nim nie wspominała. Zaczerwieniłam się. Przecież uratował mi tyłek, bo gdyby był totalnym dupkiem, pewnie by nie zareagował. Podniosłam się z kanapy. Teraz musiałabym zapytać chociaż o ręcznik.
-Ech, chłopaki... Macie jakiś ręcznik na zbyciu?- stanęłam w wejściu do kuchni. Nathan kroił warzywa, jakby był zawodowym kucharzem, ale gdy na mnie spojrzał, parsknął śmiechem, szczerze uradowany. Tyle było z jego krojenia.
Krystian odlewał makaron, zaparowały mu okulary. Gdy tylko je zdjął, zauważył dość pokaźną plamę na moich spodniach. Musiałam wyglądać jak siedem nieszczęść z tą plamą, w przydużej bluzie i z siniakiem na pół twarzy.
-He... he...- czerwonowłosy śmiał się, aż stracił oddech. Mało się ze śmiechu nie popłakał. Mi zrobiło się naprawdę głupio, poczerwieniałam ze wstydu, a Nathan dostał ścierką po twarzy za swoje zachowanie.
-Dam ci jakieś dresy, dobra?- szarooki poprowadził mnie do swojego pokoju na piętrze i zaczął wyciągać z szafy wszelkiego rodzaju spodenki.- Wybierz sobie coś.
-A nie miałbyś jakichś długich? Trochę u was zimno.- stwierdziłam, patrząc jedynie na rozrzucone ubrania Krystiana.
-Ja nie noszę, niestety. Musiałabyś poszperać w pokoju Nathana.
-To ja zostanę w tych spodniach.
- Nie przesadzaj... Zaraz ci coś ogarnę, poczekaj chwilę.- oznajmił i wyprysnął z pokoju.
Znowu zostałam sama i miałam chwilę na obejrzenie pokoju. Otwarta szafa, niezbyt poukładane ubrania, komoda, skrzynia przy łóżku, stare książki poukładane wszędzie, a nad łóżkiem obraz z dziwnymi kręgami, malowanymi kawą, albo herbatą. Na komodzie stał sztylet, bogato zdobiony o lekko wykrzywionym ostrzu. Widocznie musi być dość wartościowy dla szarookiego, skoro wygląda na wypolerowany i dokładnie oczyszczony. Podeszłam do komody, żeby przyjrzeć się okazowi z bliska. Chciałam go zdjąć z podstawki i wyjąć ostrze z pochwy, żeby zobaczyć sztylet w całej okazałości. Zerknęłam jeszcze za siebie, czy Krystian nie wraca i zamknęłam w dłoni rękojeść, wydostając ostrze z łapek podstawki.
Gdy tylko zdjęłam pokrowiec, poczułam dziwne ukłucie gdzieś między oczami. Wzdrygnęłam się, wolną dłonią przecierając to miejsce. Po chwili poczułam czyjąś dłoń na ramieniu, podskoczyłam w miejscu, upuszczając sztylet.
-Oo~! Uważaj!- Nathan złapał przedmiot w locie, nakreślając w powietrzu łuk czubkiem ostrza. Stanęłam na palcach, zszokowana i wcisnęłam mu pokrowiec w ręce, uciekając z pokoju. Usiadłam w salonie, na fotelu. Ręce mi się trzęsły z wrażenia. Koleś ma niesamowitego skilla.- Nie ruszaj tego, na przyszłość. Jest naostrzony.- czerwonowłosy wkroczył do salonu, jak gdyby nigdy nic. Stanął obok i wyciągnął w moim kierunku zawiniątko w postaci spodni dresowych.
-Dziękuję.- wymknęłam się z salonu, by przebrać spodnie w toalecie, ale poczułam swąd materiału.
W kuchni na palniku leżał ręcznik, z którego oberwał Nathan.- Pali się... Pali się!- upuściłam spodnie i chwyciłam butelkę wody stojącą na szafce przy drzwiach. Wyłączyłam gaz, ale coś było wciąż nie tak. Nathan odepchnął mnie i zgarnął ścierkę do zlewu zalewając ją wodą. Wystraszona, wbiłam się w kąt pomieszczenia, nie mogąc przy tym specjalnie oddychać.
Rękaw koszuli Nathana zajął się ogniem. Ja, sparaliżowana zupełnie nie miałam siły by choćby drgnąć. W pewnym momencie usłyszałam trzask butelki, którą ściskałam w dłoni przez emocje. Chwyciłam nóż, ufając, że jest dostatecznie ostry i odcięłam jednym ciosem szyjkę butelki, ciskając ostrym narzędziem, gdzieś w kąt pomieszczenia. Chlapnęłam wodą raz, nie trafiłam.
Chlapnęłam drugi raz. Nathan bardziej wściekły, aniżeli przestraszony zaczął wyzywać na mnie, że nie trafiam.
-Jak mam trafić, skoro wierzgasz?!- pisnęłam, spanikowana. Zabrał mi butelkę i wylał resztę wody na rękaw. Podleciałam do zlewu, odkręcając kurek.
-Pomyślałaś, brawo.- czerwonowłosy zaciskał zęby z bólu, ale nie miał zamiaru się popłakać.
-Przepraszam...- dopiero teraz zauważyłam jak bardzo miał oparzoną rękę. Oczy zaszkliły mi się od wyrzutów sumienia. Moja wizyta tutaj nie przyniosła nic dobrego.
-Weź nożyczki, rozetniesz resztę materiału.-wciągnął głośno powietrze, szykując się na odrywanie kawałków materiału razem z przypaloną skórą. Zaczęłam szukać nożyczek po szufladach.- Są na stole, głąbie!- na to wszystko wparował do kuchni Krystian.
-Co tu się... Co wyście zrobili?!
-Ja nie... Ścierka się zaczęła palić i chciałam... ale...- nie mogłam pozbierać myśli.-Zadzwonię po karetkę.
-Obejdzie się. Jestem medykiem. Otwórz okno, Agnieszko.- Krystian położył mi dłoń na ramieniu, popychając mnie do działania. Nathan sapnął niecierpliwie.- Podaj mi apteczkę z szafki przy drzwiach.- dodał, chwytając za nożyce i zaczął rozcinać materiał uszkodzonej koszuli czerwonowłosego.
-Idź do salonu.- warknął Nathan, patrząc na mnie wilkiem między kolejnymi falami bólu, zadawanymi przez oczyszczanie rany.
-Przepraszam.- powtórzyłam znowu, patrząc na poszkodowaną rękę i ewakuowałam się po chwili do salonu. Skuliłam się w fotelu, kryjąc twarz w dłoniach.
Tak, miałam wyrzuty sumienia. Tak, czułam, że coś będzie nie tak. No i Nathan skończył z oparzeniem ręki. Słyszałam tylko przytłumione głosy i co jakiś czas echem odbijało się uderzenie w ścianę, czy blat szafki.
-Dobra robota.- Nathan wkroczył do salonu z obandażowaną ręką i rozłożył się na kanapie. Na czole miał jeszcze kropelki potu, co świadczyło zapewne o tym, że był to zbyt bolesny zabieg. Nie wspominając już o przypalonym każdym zakończeniu nerwowym przedramienia, które musiało niesamowicie promieniować w tej chwili.
Nie odezwałam się. Mogłam od razu zareagować.

niedziela, 21 czerwca 2015

37. Parasolka

Zdjęłam płaszcz i sama zatrzęsłam się z zimna. Tu naprawdę było chłodno. Rozwiesiłam mokre ubranie na wieszaku. Zdjęłam też okulary przeciwsłoneczne. Siniak zabolał mnie dlatego, że przeciągnęłam zausznikiem po całej jego długości. Skrzywiłam się. Zrzuciłam buty i ruszyłam do kuchni, gdzie urzędował Nathan.
- Herbata jest w szafce nad czajnikiem. Zrób sobie.- wyszedł z kuchni, zdejmując mokrą koszulkę w progu. Złapałam się na tym, że obserwowałam go tępo, aż nie zniknął za ścianą.
- Ogarnij się.- szepnęłam do siebie, nabierając rumieńców.
Nie było go już dość długo. Zdążyłam wypić gorącą herbatę i przeschnąć trochę, a potem zaczęłam zastanawiać się gdzie jest Nathan. Za oknem się przejaśniło, zaczęło nawet świecić słońce. To był chyba czas, żeby się stąd zabrać. Może czerwonowłosy jest zajęty, bo niby o czym miałby ze mną rozmawiać?
- Nathan! -rozdarłam się, załamał mi się głos.
- Czego?! - usłyszałam rozbawiony odzew z drugiego końca korytarza, wejścia do salonu.
- Ja się chyba będę zmywać.- przedreptałam cichaczem pod salon i stanęłam nieśmiało w progu.
- Mi herbaty nie zrobiłaś.- zerknął na mnie z wyrzutem. Głupio mi się zrobiło.
- Przepraszam.
- Siadaj.- skinął na mnie.
- Naprawdę muszę już spadać. Nawet się przejaśniło.-wytłumaczyłam szybko.
- I co by nie było, musiałbym ci dać albo parasol, albo mój płaszcz, żebyś znów nie zmokła.- stwierdził.- Wtedy ja musiałbym przyjść do Ciebie.
- Nie, ładnie się zrobiło. Nie zmoknę.- stałam uparcie przy swoim. Wtedy też on wyciągnął palec wskazujący w kierunku okna w salonie. Zajrzałam do pokoju i zwątpiłam. Nad miastem wisiała ciemna, ciężka chmura. Zwątpiłam.- No, dobra...
- Wiesz, że przez pewien czas chodziliśmy razem na te same wykłady?- akurat tym mnie zaciekawił.
- Serio? Mam tylko jeden wykład i jakoś Cię na nim nie widziałam.
- Trzymałem się... na uboczu.- wytłumaczył naprędce.
- Widziałam kilka rudych osób, ale to same dziewczyny.- rzuciłam. W tym samym momencie zarobiłam poduszką  w twarz. Krzyknęłam, zaskoczona.
- Zasłużyłaś na to.
- Agnieszka na pewno by cię pamiętała.
- Ach, tak. Znam ją. Mieliśmy okazję zamienić parę słówek.
- Mówiłaby coś o tobie.- skrzywiłam się.
- Nie przypadłem jej do gustu.
-Tym bardziej by o tobie mówiła.- spojrzałam na niego wymownie.- Nawet niekoniecznie o samym charakterze.
- Czyżbym słyszał komplement?-uśmiechnął się zadziornie- Jak się czujesz po wczorajszym?- podniósł się z kanapy i podszedł do szafy. Wyciągnął z niej koszulę i włożył ją na siebie. Odchrząknęłam.
-Na pewno nie będę już chodzić sama po nocach.
-Prawidłowo.- skwitował
-Ale gęba jeszcze mnie boli jak tylko próbuję zacisnąć zęby.- dodałam.
-Niedobrze...-spojrzał na moją twarz badawczo. Coś intrygującego było w tym spojrzeniu. Zupełnie jakby się zamartwiał, a do tej pory nic na to nie wskazywało.
-Ale to nic takiego. To tylko stłuczenie.
-Uwierz, że ten facet będzie cierpiał o wiele dłużej.- odrzekł, już ze stoickim spokojem.
Poczułam się senna. Gorąca herbata rozgrzewała mnie przyjemnie od środka, a trzymając w objęciach rozgrzaną od pleców Nathana poduszkę zaczęłam ziewać.
-Przepraszam.- zakończyłam ziewnięcie tymże hasłem.
-Połóż się, znajdę ci suche ubranie.
-Nie trzeba, serio.- znów zaczęło lać na dworze. Świata na zewnątrz nie było widać. Opadły mi ręce.
Czarnooki ruszył w poszukiwaniu suchego ubrania dla mnie, a ja usiadłam w fotelu. Przez dłuższą chwilę było tak spokojnie, a szum obijających się o szyby kropli deszczu sprawił, że przysnęłam, skulona.

Przez chwilę wydawało mi się, że leżałam w śniegu pod jakimś zamkiem. Zatrzęsłam się z zimna, wciągając głośno powietrze.
Nathan leżał na kanapie obok i oglądał telewizję. Zerknął tylko na mnie znużonym wzrokiem, trzeźwiejąc dopiero, gdy podciągnęłam się w siedzeniu. Jeszcze wilgotne ubrania kleiły się do mojego ciała. To nie było zbyt przyjemne uczucie.
Rozejrzałam się jeszcze po pokoju. Na zewnątrz wciąż padało.
-Przepraszam!- gdy tylko się zorientowałam, co ja właściwie robię. Kto wyobrażałby sobie iść do kogoś nowo poznanego w gościnę i przy tym zasnąć. Spaliłabym się ze wstydu, gdybym tylko potrafiła wykrzesać z siebie ogień, a tak tylko jakieś chochliki oblały mnie rumieńcem zawstydzenia.
-Masz jakiś problem z zasypianiem, czy co?- spojrzał na mnie swoimi onyksowymi oczyma, unosząc prawą brew bardziej niż zwykle, jak zdążyłam zauważyć.
-Nie wiem. Nie. Pierwszy raz mi się to zdarzyło.- wbiłam wzrok w lekko zakurzony stolik stojący naprzeciwko.
-Nie chciałem cię budzić. Suche ubranie masz na oparciu.-dopiero teraz zauważyłam, że Nathan sączył piwo z butelki, przyglądając się jakiemuś durnemu programowi. Zerknęłam na butelkę z dozą tęsknoty w oczach i zdawało mi się, że dość nieświadomie mlasnęłam na wspomnienie smaku tego piwa. Nathan prychnął tylko pod nosem, przymykając oczy, rozbawiony.
-Gdzie toaleta?- spytałam.
-Korytarz, pierwsze drzwi po lewej, tuż przy kuchni.-odparł. Podniosłam się machinalnie, zgarnęłam suche ubrania i ruszyłam na poszukiwania toalety.W samej łazience było chyba najschludniej. Widać, że Nathan sam tu nie mieszka. Mi wystarcza jedna butelka szamponu do włosów, a tutaj stały ich aż cztery. Parasol Nathana  wisiał nad wanną ociekając z resztek deszczówki. Podeszłam do grzejnika, zarzucając na niego suchą bluzę, żeby ją sobie ugrzać i sama się do niego przytuliłam, nabierając energii. Poza tym, że słyszałam grający telewizor, było tu całkiem spokojnie. Spojrzałam na siebie przez lustro.
Ciekawiło mnie przez moment, jakim cudem udało mi się trafić akurat na niego. I jakim cudem mamy wspólnych znajomych, a nie byłam w stanie go poznać wcześniej. Prawda była taka, że przez depresję nie rejestrowałam połowy rzeczy, jakie się działy wokół. Może to dlatego go nie zauważałam.
Idę do domu.
Przebrałam bluzę, zostałam dalej w swoich spodniach bo i tak mi zmokną po drodze. Złożyłam parasol i wyszłam po cichu z łazienki. Czarnookiego nie było w salonie, ani w kuchni. Nie widziałam go także na schodach, ani na korytarzu, więc droga wolna. Wciągnęłam szybko moje buty i skrzywiłam się, bo poczułam się dziwnie niekomfortowo w tym momencie. Nie dość, że buty wydawały z siebie chlapiące dźwięki, to jeszcze upuściłam parasolkę. Przynajmniej tak mi się początkowo wydawało. Szkarłatnowłosy podniósł  z podłogi moją jedyną osłonę przed deszczem. Przestraszyłam się, odskakując w stronę drzwi frontowych.
-Mój Boże!- chwyciłam się za pierś.
-To tylko ja.- zaśmiał się.- Zadzwonię po taksówkę, jeśli tak bardzo chcesz iść do domu.
-Pożycz mi parasol, to wystarczy.- sarknęłam, zbita z tropu.
-Odniosłem wrażenie, że chciałaś go sobie po prostu zabrać.- zmrużył oczy badawczo. Skrzywiłam się. Przyłapał mnie na gorącym uczynku.
-Oddałabym przy następnej okazji.
-O bluzie już nie wspomnę, choć nie jest moja.
-Hm...- tak jak myślałam. Musiał mieć współlokatora i to niejednego, skoro dom był tak duży.
-Twój kolega nie będzie się denerwował?
-Nie będzie.- zapewnił mnie Nathan.- Bo zaraz sama się wytłumaczysz.
-Co?- odskoczyłam od drzwi, gdy tylko ktoś z zewnątrz chwycił za klamkę. Po chwili w wejściu do domu stanął wysoki, dość smukły mężczyzna w krótkich czarnych włosach. Dałabym sobie palec uciąć, że przez czerń przebijały się fioletowe refleksy. Gdy tylko mnie spostrzegł, ściągnął brwi i spojrzał na Nathana dość surowo. Przełknęłam ślinę, bluza zaczęła mi ciążyć na ramionach. Po chwili jednak mężczyzna zrzucił torbę z ramienia i uśmiechnął się już do mnie, wyciągając dłoń na powitanie.
-Cześć, jestem Krystian.- przedstawił się, poprawiając wolną ręką delikatne okulary na dość długim nosie.
-Cześć. Agnieszka.- odparłam krótko.- Ech... Hm, mam nadzieję, że mogłam pożyczyć bluzę. Moje ubrania przemokły.
-To ciebie Nathan wyciągnął wczoraj z opresji. Niezły siniak.- przypomniał mi o pulsującym uszkodzeniu mojej twarzy. Uśmiechnęłam się krzywo.- Wybierasz się do domu?- zdjął okulary i zaczął wycierać z nich kropelki wody chusteczką, którą wyciągnął z kieszeni spodni.- W takim razie mogę cię odwieźć, bo nie zapowiada się na koniec deszczu na dzisiaj.
-Nie trzeba. Wskoczę w autobus.
-Do następnego przystanku jest dziesięć minut drogi stąd.
- Serio, dam radę.- stwierdziłam. Zaczęło się robić niezręcznie. Nie lubiłam takich sytuacji.
-Daj mi chwilkę. Zerknę tylko co muszę jeszcze dokupić. Nathan, chodź.- Krystian wyminął mnie i ruszył wzdłuż korytarza.
-Zrobiłeś coś z gębą, czy byłeś w końcu u fryzjera?- prychnął czerwonowłosy, posyłając mi zdawkowe spojrzenie. Wypuściłam powietrze z płuc. Nathan zabrał ze sobą parasolkę. Wyglądałam przez okienko przy drzwiach, czekając na dogodny moment, ale skoro Krystian zaoferował, że mnie odwiezie, to grzechem by było nie skorzystać.
Nie chciałam w zasadzie przysłuchiwać się rozmowie, ale nawet nie miałam wyboru.
Nathan zaczął wyzywać na Krystiana.
-Wiem doskonale, co robię...- gdy tylko Nathan milknął swoje trzy grosze musiał wciskać w tym momencie Krystian.
-Miałeś jej tylko odnieść dokumenty i od razu przyjść do pracy! Nie było mowy o przyprowadzaniu jej do domu! Ile jeszcze będę cię musiał kryć, co? Do odwołania płacisz cały czynsz za dom, albo przynajmniej dopóki nie znajdziemy współlokatora, który się ciebie nie wystraszy, idioto...O, nie. Nawet o tym nie myśl.- zagroził mu wyraźnie. Przestałam się wsłuchiwać, gdy tylko Nathan zjawił się w korytarzu. Przystanął na chwilę wpatrując się we mnie zupełnie jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili rzucił we mnie parasolką, machnął na mnie ręką i skrył się w salonie. Złapałam ją, a potem usłyszałam tylko dźwięk otwieranego piwa.

Na to wszystko wkroczył Krystian. Zaciskał szczęki, próbując opanować zdenerwowanie.
-Dobra, możemy jechać.- westchnął, przybierając lżejszy wyraz twarzy.
-Mam nadzieję, że nie sprawiam wam kłopotu...-mało brakowało, a zaczęłabym się znów jąkać.
-Nie?! To zapytaj okularnika!- usłyszałam tylko z salonu.
Przez moment wydawało mi się, że Nathan zachowuje się jak dziecko. Wyszłam jednak pospiesznie na zewnątrz.
-Pakuj się do środka. Otworzę bramę.- Krystian rzucił mi kluczyki do samochodu i pobiegł do ogrodzenia.
Usiadłam na miejscu pasażera i zamknęłam za sobą drzwi. Cisza, błoga cisza. Ciężki waniliowy zapach samochodowego odświeżacza wypełnił moje nozdrza, mieszając się z wpuszczonym do środka świeżym powietrzem po deszczu.
Zapięłam pasy.
- No, to jedziemy...- czarnowłosy wparował do samochodu i trzasnął za sobą drzwiami. Ustawił lusterka, zapiął pasy i wsadził kluczyk do stacyjki.
-Bluzę odniosę jutro, jak tylko ją wypiorę.-
- Bez przesady. Możesz ją zatrzymać i tak jest na mnie za mała.
- To ci za nią zapłacę.- chciałam wyciągnąć portfel z kieszeni. Krystian chwycił mnie za ramię.
- Nie wygłupiaj się. Przyjmij to jako rekompensatę za użeranie się z naszym wspólnym znajomym. To gdzie cię wysadzić?
-Najbliżej będzie przy Starym Rynku.
-Jeszcze coś. Jedna malutka sprawa. Nie zgadzaj się na nic, co Nathan ci zaproponuje. Choćby się waliło i paliło, sam ma się ustawić do porządku. Okej?- teraz zauważyłam, że Krystian ma szare oczy, dopiero gdy zmusił mnie, żebym na niego spojrzała.- Ale chyba nie muszę ci o tym mówić.
- Też nie miałam w życiu lekko, ale czasami samemu nie da rady.
- No to powiem ci coś jeszcze. Nie zgódź się, jeśli zapyta cię, czy chcesz z nami mieszkać.- spojrzał na mnie przenikliwie.- I tak obstawiam, że słyszałaś naszą rozmowę, więc wiesz o co chodzi. Nie, żebym miał coś przeciwko kobiecej dłoni w naszej norze.
-Odpada, mam swoje mieszkanie, dość tanie zresztą.
-Jak na centrum miasta?
-Bardzo tanie.- palnęłam. Krystian zatrzymał się na Starym Rynku. Zabrał mi parasolkę i otworzył ją na zewnątrz. Przeszedł naokoło samochodu, przyspieszając, gdy zauważył, że i ja się wychylam. Osłonił mnie przed deszczem.- Dzięki.
-Dasz sobie już radę? Muszę się streszczać zanim zamkną mi spożywczak.- przekazał mi jedyną osłonę przed deszczem.
-Tak, pewnie!- uśmiechnęłam się promiennie. W końcu jestem na swoim terenie.
-To świetnie. Trzymaj się! Miło było poznać!- z tym hasłem zostawił mnie na chodniku. Dotarłam pod moją kamienicę, grzebiąc wolną ręką po kieszeniach w poszukiwaniu kluczy.
-Cudownie... Po prostu rewelacyjnie. Zostawiłam je w swojej bluzie.- jęknęłam sama do siebie, osuwając się na jedyny póki co suchy schodek pod wejściem. Spojrzałam na parasolkę.- To twoja wina.- potrząsnęłam przedmiotem z wyrzutem, myśląc, że to coś zmieni.

niedziela, 7 czerwca 2015

36. Wpadniesz na herbatę?

Cudnie. Obudziłam się z bólem głowy. Opuchlizna z policzka zeszła na tyle, że mogłam ruszać powiekami. Wstałam, zerknęłam na lusterko i pożałowałam, że nie posiadam czegoś co zamaskowałoby siniaki okalające jedną czwartą mojej twarzy.
Całe szczęście, że dziś był piątek, więc do czasu zaniknięcia sińców, będę mogła posiedzieć w domu.
Mój ambitny plan stracił sens, gdy zaczęłam szukać dokumentów i telefonu. Przetrzepałam cały plecak, ale one były przecież w moich kieszeniach, a wczoraj ten koleś wyciągnął mi je z kieszeni. Pobladłam znacznie. Niezbyt ciekawie byłoby wracać w tamto miejsce, ale bardzo możliwe, że moje rzeczy wciąż leżą gdzieś w tych krzakach. Ubrałam się szybko i wyszłam z domu. Zwykłe okulary zamieniłam na te przeciwsłoneczne, mimo tego, że widziałam w nich gorzej. Słońca nie było wcale, wprost przeciwnie. Zapowiadało się na deszcz, a ja wystrzeliłam tak w samej bluzie, nie myśląc o konsekwencjach przeziębienia. W portfelu, który straciłam miałam przecież ostatnie pieniądze i bilet miesięczny na komunikację miejską. Sąsiedzi stracili do mnie zaufanie już dawno temu i raczej nie pożyczą mi pieniędzy. Ciężko mi było podejść do tego miejsca. Zatrzęsły mną dreszcze, bo powiało chłodnym powietrzem. Podeszłam do roślin, które tu rosły, a które zeszłego wieczoru były moją pułapką. Rozchyliłam gałęzie, nurkując pomiędzy nimi, by znaleźć to, na czym mi zależało. Nie było ich tam.
Zaklęłam pod nosem, próbując wydostać się z krzaków. Rozdarłam sobie bluzę i poprawiłam policzek, gdy smagnęła mnie gałąź, ale dałam radę.
Wyglądając zapewne jak siedem nieszczęść, ruszyłam dalej ulicą. Co ja teraz zrobię bez telefonu i pieniędzy? Zaczęłam panikować. Niedobrze. Mogłam chociaż wziąć coś na uspokojenie, zanim wyszłam z domu.
Pechowy dzień się jeszcze nie skończył. Zaczął padać deszcz, a moja bluza nawet nie miała kaptura, więc usiadłam na przystanku, czekając na cud, albo chociaż na koniec ulewy. Absolutnie się nie zapowiadało.
Ludzie chowali się na przystanku w biegu i równie szybko wskakiwali do zatrzymujących się autobusów, a ja dalej siedziałam, nie myśląc nawet o wyściubieniu nosa spod dachu przystanku.
Myśląc o tym, jak mogłabym się zabezpieczyć finansowo, wpatrywałam się tępo we własne buty, słysząc jak przystanek pustoszeje, a deszcz zacina coraz mocniej ograniczając suche miejsce do najgłębszych zakamarków szklanej budowli.
Podkuliłam tylko nogi, bo zaczęło mi moczyć buty.
Ulewa nie miała końca. Rozejrzałam się więc po ulicy. Jedna postać przemykała właśnie po drugiej stronie. Czarny parasol odchylił się, a spod niego wyjrzała obojętna twarz Nathana. Spojrzał po wszystkich znajdujących się na przystanku ludzi z niemą pogardą w spojrzeniu, lecz gdy zauważył mnie, zatrzymał się gwałtownie, mrużąc oczy. Odwróciłam wzrok. Nie spodziewałam się go tu spotkać. Na pewno nie po raz drugi na tej samej ulicy. Poprawiłam kołnierz bluzy, ukrywając rumieńce na twarzy. Może mieszka niedaleko, dlatego też się tak spotkaliśmy.
-Co ty tu robisz w taką ulewę?!- spytał z dozą pretensji w głosie.
-Szukałam swoich dokumentów i telefonu. Myślałam, że je znajdę w tych krzakach.- odpowiedziałam, wzdrygając się.
-Nie znalazłabyś ich, bo ja je mam. Wracałem wczoraj i mnie tknęło, żeby sprawdzić jeszcze raz teren. Właśnie szedłem by ci je oddać, trzymaj.- Nathan wyciągnął zza pazuchy mój portfel i mój telefon.
-Chwała ci.- rozpromieniłam się, wzdychając z ulgą. Jeszcze ciepły portfel obróciłam w dłoniach i zaczęłam sprawdzać jego zawartość.
-Nic nie zginęło.- ubiegł mnie z hasłem.- Na co mi twoje pieniądze, hm?
-Nie wiem.- zatrzasnęłam portfel i schowałam go do kieszeni. To samo stało się z telefonem, a gdy tylko schowałam obie ręce w kieszeniach, wzdrygnęłam się po raz kolejny. Przemoczona miałam nadzieję, że zjawi się tu kolejny autobus, w który będę mogła wskoczyć i odjechać do domu.
-Potrzymaj.- Nathan wyciągnął w moją stronę parasol. Gdy go chwyciłam, zaczął zdejmować swój płaszcz.
-Ej, nie trzeba!- zaczerwieniłam się znacznie, czując, że już nie potrzebuję pomocy, bo nagle zrobiło mi się gorąco. Za późno było na protesty, bo Nathan założył mi na ramiona swój rozgrzany płaszcz. Wymiękłam.
-Wpadniesz na rozgrzewającą herbatę?- uśmiechnął się złośliwie, a ja poczułam, że jeszcze bardziej się rumienię. Wciągnęłam ręce w rękawy jego płaszcza. Tak jak zdążyłam wykalkulować, był za długi, mimo iż ja nie byłam wcale dużo niższa od Nathana. Zapięłam się pod szyję. Wtedy też poczułam jego perfumy.- To oznacza zgodę, chodź.- skinął na mnie. Parasol niewiele mu dawał, bo mu uciekałam. Nie chciałam iść za blisko, a on starał się bym nie zmokła, przez co sam narażał się na przemoknięcie. Po jakimś czasie przerzucił sobie parasol przez ramię, mając gdzieś czy dalej moknę. I tak jego płaszcz dawał mi dostatecznie dużo osłony przed wodą. Okulary jeszcze nigdy tak dobrze mi nie służyły, dzięki czemu mogłam go obserwować. Znów mi się przyglądał, ale to nie miało większego znaczenia w tym momencie, bo zatrzymaliśmy się przed domkiem jednorodzinnym.
Odchylił furtkę i wkroczył na podwórko jako pierwszy, otworzył drzwi i zniknął w głębi korytarza.
Miałam ochotę się wycofać.
I tak byłam przemoknięta.
Jednak wyjrzał i wyszedł już bez parasola na ten deszcz, by złapać mnie za ramię i wciągnąć do domu.
-Nie trzeba...- próbowałam protestować. Był zdenerwowany, jeszcze długo nie puszczał mojej ręki. Za chwilę jednak wzdrygnął się, zmoczony. Strzepnął wodę z grzywki i ruszył dalej, mamrocząc coś pod nosem. Deszcz zaczął tak zacinać, że woda lała się do przedsionka, więc zamknęłam za sobą drzwi i zrobiło się cicho.

czwartek, 14 maja 2015

35. Od nowa.

Zapomniałam już, dlaczego zgłosiłam się do psychiatry. Wszyscy znajomi, mówili mi, że dziwnie się ostatnio zachowywałam. Mogłabym się z tym zgodzić. Nie radziłam sobie sama ze sobą. W dodatku miałam przez cały ten okres dziwne sny. Wracam do żywych.
Odnowiłam kilka starych znajomości i już jest lepiej. Przerwę w studiach musiałam szybko nadrobić. Lekkim usprawiedliwieniem okazało się być orzeczenie lekarskie o niestabilności emocjonalnej. Ciężka sprawa.
Pustkę w głowie psychiatra tłumaczy mi zawsze tym, że nie działałam świadomie. Rzeczy, które widziałam były snami. W internecie od razu stwierdziliby u mnie schizofrenię. Wybroniłam się tym, że już nie mam ataków apatii i nie wpadam w stan paniki, gdy coś nietypowego zacznie się dziać w okolicy.
Fakt faktem, że teraz częściej oglądam się za siebie, jakby ktoś mnie stale obserwował, ale na to też mam odpowiedź, bo w dużym mieście trudno jest o to, by nikt na ciebie nawet nie spojrzał.
To jest tym zabawniejsze, że jesteś wtedy bardziej anonimowy.
Do tej pory nie bałam się chodzić sama po mieście. Nadal tak jest. Słuchawki na uszach, zagłuszająca wszystko muzyka i wieczorne, samotne spacery po starym mieście.
Skończyłam z oglądaniem anime, choć ciężko było przez to przebrnąć. Lekarz stwierdził, że mam zbyt wybujałą wyobraźnię, nawet jak na swój wiek i że w tym wieku powinnam już potrafić nad nią zapanować.
Pokręciłam głową. Może to faktycznie nie przynosi mi nic dobrego. Dziwne sny się uspokoiły, a ja patrzę teraz na świat trzeźwym okiem.
Wyciągnęłam papierosa z paczki, odpaliłam go, przystając na moment w ciemniejszym punkcie ulicy. Gdy ruszyłam dalej zatrzymały mnie czyjeś ramiona. Słuchawki wypadły mi z uszu ściągnięte przez napastnika.
-Nie wydzieraj się.- warknął mężczyzna. Zmrożona strachem nie miałam nawet odwagi pisnąć słowa i dopiero gdy cisnął mną w krzaki w pobliżu, wydusiłam z siebie okrzyk. Plecak zaplątał się w gałęzie. Nie mogłam się przez to podnieść i próbować ucieczki.
-Zostaw mnie!- płaczliwym tonem odezwałam się do mężczyzny. Nie wiedziałam, co mi za chwilę zrobi. Czy chce mnie okraść, czy zgwałcić? Szamotałam się, gdy powalił się na mnie, grzebiąc mi w kieszeniach. Mój kolejny krzyk został zduszony jego ręką. Po chwili dostałam z pięści w policzek. Zamroczyło mnie nie wiem na ile czasu, ale gdy się ocknęłam mężczyzna był właśnie odciągany przez kogoś innego. Słyszałam odgłosy walki. Jakimś cudem wydostałam się z krzaków i zamarłam, widząc czerwonowłosego mężczyznę w długim płaszczu, okładającego pięściami niedoszłego złodzieja.
Upadłam na chodnik, nie mogąc ruszyć się z miejsca. Przyglądałam się wciąż tym scenom, nie będąc w stanie nawet pisnąć słowem. Puchnący wciąż policzek zamknął mi przymusem prawe oko. Łzy cieknące z obojga nie pozwalały mi nawet spojrzeć na twarz wybawiciela. Gdy skończył okładać mężczyznę wyciągnął telefon z kieszeni i zadzwonił na policję. Gdy upewnił się, że oprawca jest nieprzytomny, podszedł do mnie.
-Nic ci nie jest?- zapytał.
-Chyba nie.- wydukałam tylko roztrzęsiona całą sytuacją.
-Widziałem wszystko z drugiego końca ulicy. Miałaś sporo szczęścia, że skończyło się tylko na rozbitym policzku.- oznajmił, chwytając mnie za brodę i obracając moją twarz w kierunku światła, żeby zbadać, w jakim stanie jest moja facjata. Po chwili zaledwie przyjechała policja.- Odprowadzę Cię do domu, jeśli powiesz, że jestem twoim znajomym.
Przytaknęłam tylko, bo co mogłabym zrobić? I tak mieszkałam sama, a droga do samego domu jest jeszcze daleka.
Policja spisała zeznania. Zabrała półprzytomnego już mężczyznę do radiowozu. Dziwiłam się tylko, że nie zabrali też czerwonowłosego, bo przecież go pobił.
Dostałam pouczenie, by bardziej na siebie uważać. Mój obrońca zapewniał, że odprowadzi mnie bezpiecznie do domu, gdy potwierdziłam, że jest moim znajomym i tak nas puścili.
Nie mogłam się pozbierać. Emocje rozbujały się na dobre, gdy tylko znaleźliśmy się przy bardziej uczęszczanej drodze.
On niósł mój plecak. Usiadłam na ławce i rozpłakałam się. Policzek pulsował coraz gwałtowniej.
Mężczyzna usiadł zaraz obok.
-Jeśli nie chcesz, żebym cię odprowadził, zadzwonię po taksówkę.
-Nie mam pieniędzy na taksówkę!- myślałam, że mówię to normalnie, ale ja na niego krzyknęłam.
-Uspokój się!- ściągnął brwi gwałtownie, gdy tylko na niego spojrzałam. Ucichłam. Kiwając głową spuściłam wzrok na swoje brudne od kurzawy dłonie.
-Dzięki.- wydukałam.- Nie wiem, co by mi zrobił, gdyby cię tam nie było.- pociągnęłam nosem. Mężczyzna zrzucił mój plecak ze swojego ramienia. Poczułam, że mnie do siebie przytula i zaczyna kiwać na boki.- M-możesz już przestać.
-Chodźmy dalej.- stwierdził, podnosząc się z miejsca.
Ruszyłam dalej, musiałam prowadzić. Mężczyzna nie odzywał się za specjalnie. Zdziwiło mnie jego zachowanie na ławce. Który obcy facet przytula się w taki sposób do nowo poznanej dziewczyny?
-Jak masz na imię?- spytałam po dłuższym czasie marszu. Zatrzymał się, lustrując moją twarz.
Uniosłam brwi, oczekując odpowiedzi.
-Nathan. Na imię mam Nathan.- odparł po chwili zastanowienia.
-Kto dał ci takie imię? Dość niecodzienne.- uśmiechnęłam się do niego.- Nie wnikam. Ja jestem Agnieszka.
-Dobrze wiedzieć. Prowadź dalej, bo czas leci.-rozłożył ramiona, jakby był gotów na każdą trasę. Zaciągnęłam grzywkę na prawy policzek. Cały czas czułam na sobie spojrzenie Nathana, dopóki nie doprowadziłam go pod moją kamienicę. Spojrzał na nią tęsknym wzrokiem, jakby już tu kiedyś był.
-Może wejdziesz na herbatę?- co ja robię...
Zapraszanie obcych ludzi do swojego mieszkania nie należy do najrozsądniejszych. Zupełnie jak chadzanie samotnie po wielkim mieście.
-Nie, muszę już lecieć. Uważaj na siebie.
-Jesteś pewny?
-Nie.- odparł. Wpatrywał się we mnie dziwnym wzrokiem.- Jaką masz tą herbatę?
-Jakaś owocowa, czarna, zielona...- odparłam zbita z tropu.- To jak?- zaczerwieniłam się.
Przymknął tylko oczy i uśmiechnął się pobłażliwie.
-Może następnym razem. Uważaj na siebie.- odrzekł, wciąż przyglądając mi się w dość znajomy mi sposób. Ściągnęłam brwi na tyle na ile pozwoliło mi to zapuchnięte oko i policzek.- I lepiej od razu zrób sobie zimny okład na ten policzek, bo wyglądasz jak Rocky Balboa.- parsknął całkiem poważnie. Roześmiałam się. Podeszłam do niego i wyciągnęłam rękę.
-Jeszcze raz dziękuję za pomoc.
-Jak zawsze.- rzucił z przekąsem, ściskając pewnie moją dłoń.
To hasło "jak zawsze" trochę zbiło mnie z pantałyku.
Odwróciłam się, nie przeciągając rozmowy i zaczęłam wpisywać kod do klatki. Gdy zerknęłam w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą znajdował się Nathan, jego już nie było. Nawet nie widziałam, żeby się gdzieś oddalał. Schowałam się w swojej kamienicy i zamknęłam drzwi. Odetchnęłam z ulgą, będąc już w swoim mieszkaniu. Woreczek z lodem znalazł się zaraz na mojej twarzy. Nie będę mogła pokazać się na wydziale przez dobre kilka dni, jeśli opuchlizna mi nie zejdzie.
Zobaczymy, jak to będzie wyglądać jutro.

niedziela, 19 kwietnia 2015

34. Zapomnienie.

Długo musiałam czekać, zanim mogłam już ruszyć się z miejsca. Po pewnym czasie nawet miękkie posłanie zaczyna gdzieniegdzie uwierać. Obserwowałam Clariusa uważnie dopóki w pomieszczeniu nie zjawił się Demon. Wciągnęłam głośno powietrze, gdy tylko na mnie spojrzał.
-Uspokój się, Demonie. Jest niegroźna, nie może się jeszcze ruszyć.- Clarius wyprzedził go zdecydowanie z wyjaśnieniami, niemalże stając na jego drodze do mnie. Zablokował tym samym dopływ lodowatego powietrza, które nagle znalazło się wokół czarnowłosego.
-Co ona tu robi?!
-To część planu. Czyżbyś zapomniał?- blondyn skrzyżował ręce na piersi.
-Jest niebezpieczna, widziałeś runy na jej plecach?
-Niestety, nie jesteśmy na tyle blisko, żeby dała je sobie przeczytać.- niebieskooki uśmiechnął się, zerkając na mnie. Już i tak mocno nadszarpnął moją psychikę, porwał mnie, a teraz zgrywa tego łagodniejszego porywacza. Demon wyminął go i podszedł do łóżka, na którym leżałam.
-Widzisz, Agnieszko. Gdybyś była mądrzejsza, inaczej byśmy to rozegrali.- sarknął, uśmiechając się szelmowsko. W jednym momencie chwycił mnie za ramię, a w drugim leżałam już na ziemi, zwrócona do niej twarzą. Przez moje palce przemknęły iskry. Zdusiłam to w sobie, a w zasadzie starałam się, by były najmniej widoczne akurat w tym momencie.  Demon przeszedł przez łóżko, by stanąć nade mną i zadrzeć bluzę tak, by Clarius mógł zobaczyć runy na moich plecach. Poczułam piekący ból rozchodzący się od kręgosłupa przez łopatki aż do każdego koniuszka mojego ciała. Jeśli czegoś z tym teraz nie zrobię, rozsadzi mnie od wewnątrz. Poruszyłam się.- Mówiłeś, że nie jest w stanie się poruszyć.- czarnowłosy ściął wzrokiem Clariusa.
-Nie była, dobre pół godziny temu. Zważając na fakt w jakiej obecnie jesteście relacji i czując, jaka energia się w niej kumuluje, radziłbym ci się odsunąć, jeśli nie chcesz uszczerbku na zdrowiu, Demon.-odparł na to właściciel pomieszczenia. Zacisnęłam powieki, by opanować rozedrgane od nadmiaru energii dłonie. Kroki blondyna zaczęły się zbliżać. Demon z kolei zaczął się wycofywać, by zrobić mu miejsce.
Spięłam się jeszcze bardziej, bo nie wiedziałam co zrobi. Clarius nachylił się tylko i chłodną dłonią przesunął wzdłuż mojego kręgosłupa. Poczułam dreszcze w całym ciele. Przez chwilę zaledwie straciłam oddech, bo wydostała się ze mnie dawka energii, która odepchnęła od nas jakiekolwiek powietrze. Szyby apartamentu zatrzęsły się pod natężeniem energii.
-Kumulowanie w sobie energii nie prowadzi do niczego dobrego.- stwierdził, zaciągając bluzę z powrotem na swoje miejsce. Pomógł mi usiąść.
Spojrzałam na swoje dłonie. Nie drżały już, a iskry  nie przemieszczały się między palcami, mimo, że czułam wciąż napływającą do nich energię.
-Co mi zrobiłeś?!- zlustrowałam mężczyznę wzrokiem.
-Widzisz, gdybyś skumulowała w sobie za dużo energii, mogłabyś rozsadzić w drobne kawałeczki pole, które izoluje nas tymczasowo od tego chaosu, tam na dole.- Clarius podniósł się z miejsca, poprawiając poły swojej marynarki.
-Rozpętałeś tam piekło, a teraz chcesz od niego uciekać?!- czegoś tu nie pojmowałam.
-Od niego nie da się uciec. Można je zapieczętować.- odrzekł, wpatrując się we mnie. Nie wiedziałam, jak zareagować. Zrobiło mi się gorąco, gdy tylko połączyłam ze sobą fakty.
-Potrzebujecie mnie do tego. Chcecie mnie wykorzystać, żeby to wszystko zamknąć we mnie?
-Narobiłaś wystarczająco dużo szkód, przenosząc się między światami. Ten łańcuch to jedyne co może zatrzymać rozwój tego chaosu, a masz go w tej chwili na sobie. Czujesz jego wibracje?
-Nie, nic z tych rzeczy. Nie chcę tego! Nigdy nie chciałam!- myślałam, że zaraz wbiję się w podłogę. Zaczęłam panikować.
-Nie bądź śmieszna! Nie możesz nic zrobić, Nathan cię już nie uratuje. Podejrzewam, że już nie żyje, po tym jak rozbiłaś barierę Zero.- parsknął Demon. Łzy napłynęły mi do oczu.
Co oni próbują wskórać, mówiąc mi takie rzeczy?! Przecież to nie moja wina. To wszystko dzieje się tak szybko, a ja mam się poddać jakiemuś łańcuchowi?!
Moje ręce powędrowały do tajemniczego naszyjnika. Pociągnęłam za jego kółka i pożałowałam, gdy zaczął się zaciskać na mojej szyi, parząc ją i moje dłonie. To mi nie pomogło.
-Powiedzcie mi, że jest jakiś sposób by się tego pozbyć.- załkałam, spanikowana.
- Chciałbym powiedzieć, że znam alternatywę dla tego zakończenia. W najlepszym wypadku wszystko wróci do normy, a ty nie będziesz o niczym pamiętać. W najgorszym, zginiemy wszyscy i poza chaosem nie pozostanie na tym świecie nic. To tylko hipotetyczne założenia, jednak nawet do nich nie mamy pewności.
-Nie chcę.
-Nie masz wyjścia. Tym razem się stąd nie wydostaniesz.- Clarius zmienił wyraz twarzy. Z tą swoją obojętnością zdawał się jeszcze groźniejszy niż rozeźlony Nathan. Pasowali do siebie z Demonem.

Nie pozostało mi nic więcej, jak poświęcić się i zamknąć w sobie to całe piekło. Spojrzałam za okno. Ja miałabym robić za naczynie dla tego całego zła? Miałabym zapomnieć o tym wszystkim, co się to tej pory wydarzyło?
Obaj mężczyźni opuścili pomieszczenie, zostawiając mnie tu samą. Mam więc przemyśleć sprawę.
To na tym polega ta cała gra, o której kiedyś wspominał Demon. Na schwytaniu naczynia... Na możliwości zapomnienia dotychczasowego życia.
Czy oni wszyscy naprawdę chcą utracić te wszystkie wspomnienia?
Czy ja chcę je utracić?
-Niedorzeczne.- uśmiechnęłam się do siebie przez łzy. To tak nie działa. Wstałam z podłogi i podeszłam do okna. Te wszystkie zmiany, te drzewa, te budynki zmieniające się przez cały czas. Te bestie krążące po ruinach, ci ludzie, oszalali, zabijający się nawzajem.
Ja miałabym temu wszystkiemu zapobiec, albo to rozprzestrzenić.
Wybór był już dla mnie oczywisty.
-I tak byście mnie zmusili.- dotknęłam łańcucha. Zapulsował delikatnie, po czym spostrzegłam zbliżającą się od granic miasta falę energii. Zacieśniała się coraz szybciej zmieniając za sobą otoczenie. Straciłam oddech, czując jak fala uderza w moje ciało. Łańcuch rozgorzał gwałtownie, wibrując, podczas gdy ja próbowałam złapać powietrze w płuca.- Zaczęło się...?
Potem dopiero poczułam każdy nerw swojego ciała. O dziwo, rozniosło się to przyjemnym dreszczem po każdym jego skrawku. Zaskoczona tym wszystkim zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu. Nie wiedziałam co się dzieje. Nie spodziewałam się, że to nie będzie bolesne.
Przeliczyłam się, gdy nastąpiła kolejna fala.
Padłam na podłogę jak kłoda. Miliardy rozgrzanych do czerwoności igieł wbijały się w każdą pojedynczą komórkę mojego ciała. Ból był nie do zniesienia. Nie miałam nawet siły krzyczeć, a łańcuch wciąż był gorętszy od tego promieniującego odczucia. Zdawało mi się, że to trwa wieki, lata. Ból przesłonił mi myśli, lecz gdy w końcu ustąpił poczułam się rześko. Jak nigdy.
Usiadłam z powrotem, z zaciekawieniem wpatrując się w to, co działo się na dole.
Czułam się gdzieś wewnątrz, że jestem jego częścią.
-Clarius.- wypowiedziałam jego imię, gdy tylko wszedł do pomieszczenia.- To się już zaczęło.- dodałam słabo, czując, że coś ciepłego leci mi z nosa. Po chwili na moją dłoń skapnęła kropla krwi, która wyparowała, gdy tylko się z nią zetknęła.
Znów zaczęły mi drżeć dłonie, gdy zorientowałam się, że nadchodzi kolejna fala energii, a krąg wokół miasta zacieśnia się gwałtownie.
-Wiem.
- Nie miałam wyboru, prawda?
- Zapewniam, że to ten właściwy.- patrzył na zbliżającą się ku wieży falę. Tym razem ta zabierała ze sobą wszystko. Wiedziałam, że umyka mi coś ważnego. Moja ostatnia chwila w życiu, a ja nie jestem w stanie pomyśleć o najważniejszych momentach mojej egzystencji? Filmy kłamią.



Clarius nie podszedł do dziewczyny gdy padła bez ducha na podłogę. Miał nadzieję, że teraz to wszystko się zakończy, ale tak nie było.
Coraz częstsze pulsowania energii sprawiały, że jego bariery przestawały działać, kruszejąc z każdą następną falą. Tak też działo się z łańcuchem na szyi Agnieszki.
Każde ogniwo rozpadało się. Po czasie również tutaj natężenie chaosu stawało się nie do zniesienia.
-Zło konieczne.- podszedł do niej, sprawdzając jej stan. Nie oddychała.  Jej włosy zabarwiły się na brązowo, znaki runiczne na plecach zaczęły zanikać.

Czerwonowłosy wiedział doskonale, że dzieje się coś niedobrego.
-Zero, powiedz, że to nie jest prawda.-wysyczał przez zaciśnięte zęby Nathan.- Powiedz, że ona jeszcze żyje.
-Nie potrafię.-Zero odpychał od siebie jakąkolwiek myśl odnośnie jej śmierci. Przecież to oznaczałoby, że ich plan się nie powiódł. Śmierć naczynia oznaczała zgubę ich wszystkich, ale tak się nie działo.

Następny impuls zaczął kierować się w stronę wieży. Kolejne bestie zostały przez niego pochłonięte.
Ruiny, krew, pył unoszący się w powietrzu razem ze stęchlizną i hałas ucichły, zaniknęły.
Obaj stali teraz na spokojnej ulicy w środku nocy.
Wieża zniknęła z pola ich widzenia.
-Udało się.- Zero uśmiechnął się, pełen ulgi. Nathan ściął go rozeźlonym spojrzeniem. Miał nieodpartą ochotę rozwalić mu łeb o krawężnik.
- Co się niby udało?! To, że mieliśmy zapomnieć o przeszłości? Nie wiem, co jest udanego w tym, że nie zapamiętam połowy swojego życia!- mężczyzna chwycił Zero za koszulkę i uniósł go. Zrzedła mu mina.
-Nie mów, że ty...
-Całe życie jej szukałem.- warknął, a łzy napłynęły mu do oczu. Odepchnął Zero od siebie.- Nie, nie zapomniałem niczego, co się do tej pory stało. Ty też nie powinieneś, kretynie.- odwrócił się i odszedł. Zero został sam z mieszanymi myślami. Spojrzał na swoje pokryte kulistymi bliznami ręce. Zacisnął pięści.
-Pewnie, że nie zapomnę.- westchnął, podnosząc się z asfaltu i odchodząc w swoją stronę.

c.d.n.
____
Taka duża przerwa. Przepraszam.