czwartek, 14 maja 2015

35. Od nowa.

Zapomniałam już, dlaczego zgłosiłam się do psychiatry. Wszyscy znajomi, mówili mi, że dziwnie się ostatnio zachowywałam. Mogłabym się z tym zgodzić. Nie radziłam sobie sama ze sobą. W dodatku miałam przez cały ten okres dziwne sny. Wracam do żywych.
Odnowiłam kilka starych znajomości i już jest lepiej. Przerwę w studiach musiałam szybko nadrobić. Lekkim usprawiedliwieniem okazało się być orzeczenie lekarskie o niestabilności emocjonalnej. Ciężka sprawa.
Pustkę w głowie psychiatra tłumaczy mi zawsze tym, że nie działałam świadomie. Rzeczy, które widziałam były snami. W internecie od razu stwierdziliby u mnie schizofrenię. Wybroniłam się tym, że już nie mam ataków apatii i nie wpadam w stan paniki, gdy coś nietypowego zacznie się dziać w okolicy.
Fakt faktem, że teraz częściej oglądam się za siebie, jakby ktoś mnie stale obserwował, ale na to też mam odpowiedź, bo w dużym mieście trudno jest o to, by nikt na ciebie nawet nie spojrzał.
To jest tym zabawniejsze, że jesteś wtedy bardziej anonimowy.
Do tej pory nie bałam się chodzić sama po mieście. Nadal tak jest. Słuchawki na uszach, zagłuszająca wszystko muzyka i wieczorne, samotne spacery po starym mieście.
Skończyłam z oglądaniem anime, choć ciężko było przez to przebrnąć. Lekarz stwierdził, że mam zbyt wybujałą wyobraźnię, nawet jak na swój wiek i że w tym wieku powinnam już potrafić nad nią zapanować.
Pokręciłam głową. Może to faktycznie nie przynosi mi nic dobrego. Dziwne sny się uspokoiły, a ja patrzę teraz na świat trzeźwym okiem.
Wyciągnęłam papierosa z paczki, odpaliłam go, przystając na moment w ciemniejszym punkcie ulicy. Gdy ruszyłam dalej zatrzymały mnie czyjeś ramiona. Słuchawki wypadły mi z uszu ściągnięte przez napastnika.
-Nie wydzieraj się.- warknął mężczyzna. Zmrożona strachem nie miałam nawet odwagi pisnąć słowa i dopiero gdy cisnął mną w krzaki w pobliżu, wydusiłam z siebie okrzyk. Plecak zaplątał się w gałęzie. Nie mogłam się przez to podnieść i próbować ucieczki.
-Zostaw mnie!- płaczliwym tonem odezwałam się do mężczyzny. Nie wiedziałam, co mi za chwilę zrobi. Czy chce mnie okraść, czy zgwałcić? Szamotałam się, gdy powalił się na mnie, grzebiąc mi w kieszeniach. Mój kolejny krzyk został zduszony jego ręką. Po chwili dostałam z pięści w policzek. Zamroczyło mnie nie wiem na ile czasu, ale gdy się ocknęłam mężczyzna był właśnie odciągany przez kogoś innego. Słyszałam odgłosy walki. Jakimś cudem wydostałam się z krzaków i zamarłam, widząc czerwonowłosego mężczyznę w długim płaszczu, okładającego pięściami niedoszłego złodzieja.
Upadłam na chodnik, nie mogąc ruszyć się z miejsca. Przyglądałam się wciąż tym scenom, nie będąc w stanie nawet pisnąć słowem. Puchnący wciąż policzek zamknął mi przymusem prawe oko. Łzy cieknące z obojga nie pozwalały mi nawet spojrzeć na twarz wybawiciela. Gdy skończył okładać mężczyznę wyciągnął telefon z kieszeni i zadzwonił na policję. Gdy upewnił się, że oprawca jest nieprzytomny, podszedł do mnie.
-Nic ci nie jest?- zapytał.
-Chyba nie.- wydukałam tylko roztrzęsiona całą sytuacją.
-Widziałem wszystko z drugiego końca ulicy. Miałaś sporo szczęścia, że skończyło się tylko na rozbitym policzku.- oznajmił, chwytając mnie za brodę i obracając moją twarz w kierunku światła, żeby zbadać, w jakim stanie jest moja facjata. Po chwili zaledwie przyjechała policja.- Odprowadzę Cię do domu, jeśli powiesz, że jestem twoim znajomym.
Przytaknęłam tylko, bo co mogłabym zrobić? I tak mieszkałam sama, a droga do samego domu jest jeszcze daleka.
Policja spisała zeznania. Zabrała półprzytomnego już mężczyznę do radiowozu. Dziwiłam się tylko, że nie zabrali też czerwonowłosego, bo przecież go pobił.
Dostałam pouczenie, by bardziej na siebie uważać. Mój obrońca zapewniał, że odprowadzi mnie bezpiecznie do domu, gdy potwierdziłam, że jest moim znajomym i tak nas puścili.
Nie mogłam się pozbierać. Emocje rozbujały się na dobre, gdy tylko znaleźliśmy się przy bardziej uczęszczanej drodze.
On niósł mój plecak. Usiadłam na ławce i rozpłakałam się. Policzek pulsował coraz gwałtowniej.
Mężczyzna usiadł zaraz obok.
-Jeśli nie chcesz, żebym cię odprowadził, zadzwonię po taksówkę.
-Nie mam pieniędzy na taksówkę!- myślałam, że mówię to normalnie, ale ja na niego krzyknęłam.
-Uspokój się!- ściągnął brwi gwałtownie, gdy tylko na niego spojrzałam. Ucichłam. Kiwając głową spuściłam wzrok na swoje brudne od kurzawy dłonie.
-Dzięki.- wydukałam.- Nie wiem, co by mi zrobił, gdyby cię tam nie było.- pociągnęłam nosem. Mężczyzna zrzucił mój plecak ze swojego ramienia. Poczułam, że mnie do siebie przytula i zaczyna kiwać na boki.- M-możesz już przestać.
-Chodźmy dalej.- stwierdził, podnosząc się z miejsca.
Ruszyłam dalej, musiałam prowadzić. Mężczyzna nie odzywał się za specjalnie. Zdziwiło mnie jego zachowanie na ławce. Który obcy facet przytula się w taki sposób do nowo poznanej dziewczyny?
-Jak masz na imię?- spytałam po dłuższym czasie marszu. Zatrzymał się, lustrując moją twarz.
Uniosłam brwi, oczekując odpowiedzi.
-Nathan. Na imię mam Nathan.- odparł po chwili zastanowienia.
-Kto dał ci takie imię? Dość niecodzienne.- uśmiechnęłam się do niego.- Nie wnikam. Ja jestem Agnieszka.
-Dobrze wiedzieć. Prowadź dalej, bo czas leci.-rozłożył ramiona, jakby był gotów na każdą trasę. Zaciągnęłam grzywkę na prawy policzek. Cały czas czułam na sobie spojrzenie Nathana, dopóki nie doprowadziłam go pod moją kamienicę. Spojrzał na nią tęsknym wzrokiem, jakby już tu kiedyś był.
-Może wejdziesz na herbatę?- co ja robię...
Zapraszanie obcych ludzi do swojego mieszkania nie należy do najrozsądniejszych. Zupełnie jak chadzanie samotnie po wielkim mieście.
-Nie, muszę już lecieć. Uważaj na siebie.
-Jesteś pewny?
-Nie.- odparł. Wpatrywał się we mnie dziwnym wzrokiem.- Jaką masz tą herbatę?
-Jakaś owocowa, czarna, zielona...- odparłam zbita z tropu.- To jak?- zaczerwieniłam się.
Przymknął tylko oczy i uśmiechnął się pobłażliwie.
-Może następnym razem. Uważaj na siebie.- odrzekł, wciąż przyglądając mi się w dość znajomy mi sposób. Ściągnęłam brwi na tyle na ile pozwoliło mi to zapuchnięte oko i policzek.- I lepiej od razu zrób sobie zimny okład na ten policzek, bo wyglądasz jak Rocky Balboa.- parsknął całkiem poważnie. Roześmiałam się. Podeszłam do niego i wyciągnęłam rękę.
-Jeszcze raz dziękuję za pomoc.
-Jak zawsze.- rzucił z przekąsem, ściskając pewnie moją dłoń.
To hasło "jak zawsze" trochę zbiło mnie z pantałyku.
Odwróciłam się, nie przeciągając rozmowy i zaczęłam wpisywać kod do klatki. Gdy zerknęłam w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą znajdował się Nathan, jego już nie było. Nawet nie widziałam, żeby się gdzieś oddalał. Schowałam się w swojej kamienicy i zamknęłam drzwi. Odetchnęłam z ulgą, będąc już w swoim mieszkaniu. Woreczek z lodem znalazł się zaraz na mojej twarzy. Nie będę mogła pokazać się na wydziale przez dobre kilka dni, jeśli opuchlizna mi nie zejdzie.
Zobaczymy, jak to będzie wyglądać jutro.