niedziela, 21 czerwca 2015

37. Parasolka

Zdjęłam płaszcz i sama zatrzęsłam się z zimna. Tu naprawdę było chłodno. Rozwiesiłam mokre ubranie na wieszaku. Zdjęłam też okulary przeciwsłoneczne. Siniak zabolał mnie dlatego, że przeciągnęłam zausznikiem po całej jego długości. Skrzywiłam się. Zrzuciłam buty i ruszyłam do kuchni, gdzie urzędował Nathan.
- Herbata jest w szafce nad czajnikiem. Zrób sobie.- wyszedł z kuchni, zdejmując mokrą koszulkę w progu. Złapałam się na tym, że obserwowałam go tępo, aż nie zniknął za ścianą.
- Ogarnij się.- szepnęłam do siebie, nabierając rumieńców.
Nie było go już dość długo. Zdążyłam wypić gorącą herbatę i przeschnąć trochę, a potem zaczęłam zastanawiać się gdzie jest Nathan. Za oknem się przejaśniło, zaczęło nawet świecić słońce. To był chyba czas, żeby się stąd zabrać. Może czerwonowłosy jest zajęty, bo niby o czym miałby ze mną rozmawiać?
- Nathan! -rozdarłam się, załamał mi się głos.
- Czego?! - usłyszałam rozbawiony odzew z drugiego końca korytarza, wejścia do salonu.
- Ja się chyba będę zmywać.- przedreptałam cichaczem pod salon i stanęłam nieśmiało w progu.
- Mi herbaty nie zrobiłaś.- zerknął na mnie z wyrzutem. Głupio mi się zrobiło.
- Przepraszam.
- Siadaj.- skinął na mnie.
- Naprawdę muszę już spadać. Nawet się przejaśniło.-wytłumaczyłam szybko.
- I co by nie było, musiałbym ci dać albo parasol, albo mój płaszcz, żebyś znów nie zmokła.- stwierdził.- Wtedy ja musiałbym przyjść do Ciebie.
- Nie, ładnie się zrobiło. Nie zmoknę.- stałam uparcie przy swoim. Wtedy też on wyciągnął palec wskazujący w kierunku okna w salonie. Zajrzałam do pokoju i zwątpiłam. Nad miastem wisiała ciemna, ciężka chmura. Zwątpiłam.- No, dobra...
- Wiesz, że przez pewien czas chodziliśmy razem na te same wykłady?- akurat tym mnie zaciekawił.
- Serio? Mam tylko jeden wykład i jakoś Cię na nim nie widziałam.
- Trzymałem się... na uboczu.- wytłumaczył naprędce.
- Widziałam kilka rudych osób, ale to same dziewczyny.- rzuciłam. W tym samym momencie zarobiłam poduszką  w twarz. Krzyknęłam, zaskoczona.
- Zasłużyłaś na to.
- Agnieszka na pewno by cię pamiętała.
- Ach, tak. Znam ją. Mieliśmy okazję zamienić parę słówek.
- Mówiłaby coś o tobie.- skrzywiłam się.
- Nie przypadłem jej do gustu.
-Tym bardziej by o tobie mówiła.- spojrzałam na niego wymownie.- Nawet niekoniecznie o samym charakterze.
- Czyżbym słyszał komplement?-uśmiechnął się zadziornie- Jak się czujesz po wczorajszym?- podniósł się z kanapy i podszedł do szafy. Wyciągnął z niej koszulę i włożył ją na siebie. Odchrząknęłam.
-Na pewno nie będę już chodzić sama po nocach.
-Prawidłowo.- skwitował
-Ale gęba jeszcze mnie boli jak tylko próbuję zacisnąć zęby.- dodałam.
-Niedobrze...-spojrzał na moją twarz badawczo. Coś intrygującego było w tym spojrzeniu. Zupełnie jakby się zamartwiał, a do tej pory nic na to nie wskazywało.
-Ale to nic takiego. To tylko stłuczenie.
-Uwierz, że ten facet będzie cierpiał o wiele dłużej.- odrzekł, już ze stoickim spokojem.
Poczułam się senna. Gorąca herbata rozgrzewała mnie przyjemnie od środka, a trzymając w objęciach rozgrzaną od pleców Nathana poduszkę zaczęłam ziewać.
-Przepraszam.- zakończyłam ziewnięcie tymże hasłem.
-Połóż się, znajdę ci suche ubranie.
-Nie trzeba, serio.- znów zaczęło lać na dworze. Świata na zewnątrz nie było widać. Opadły mi ręce.
Czarnooki ruszył w poszukiwaniu suchego ubrania dla mnie, a ja usiadłam w fotelu. Przez dłuższą chwilę było tak spokojnie, a szum obijających się o szyby kropli deszczu sprawił, że przysnęłam, skulona.

Przez chwilę wydawało mi się, że leżałam w śniegu pod jakimś zamkiem. Zatrzęsłam się z zimna, wciągając głośno powietrze.
Nathan leżał na kanapie obok i oglądał telewizję. Zerknął tylko na mnie znużonym wzrokiem, trzeźwiejąc dopiero, gdy podciągnęłam się w siedzeniu. Jeszcze wilgotne ubrania kleiły się do mojego ciała. To nie było zbyt przyjemne uczucie.
Rozejrzałam się jeszcze po pokoju. Na zewnątrz wciąż padało.
-Przepraszam!- gdy tylko się zorientowałam, co ja właściwie robię. Kto wyobrażałby sobie iść do kogoś nowo poznanego w gościnę i przy tym zasnąć. Spaliłabym się ze wstydu, gdybym tylko potrafiła wykrzesać z siebie ogień, a tak tylko jakieś chochliki oblały mnie rumieńcem zawstydzenia.
-Masz jakiś problem z zasypianiem, czy co?- spojrzał na mnie swoimi onyksowymi oczyma, unosząc prawą brew bardziej niż zwykle, jak zdążyłam zauważyć.
-Nie wiem. Nie. Pierwszy raz mi się to zdarzyło.- wbiłam wzrok w lekko zakurzony stolik stojący naprzeciwko.
-Nie chciałem cię budzić. Suche ubranie masz na oparciu.-dopiero teraz zauważyłam, że Nathan sączył piwo z butelki, przyglądając się jakiemuś durnemu programowi. Zerknęłam na butelkę z dozą tęsknoty w oczach i zdawało mi się, że dość nieświadomie mlasnęłam na wspomnienie smaku tego piwa. Nathan prychnął tylko pod nosem, przymykając oczy, rozbawiony.
-Gdzie toaleta?- spytałam.
-Korytarz, pierwsze drzwi po lewej, tuż przy kuchni.-odparł. Podniosłam się machinalnie, zgarnęłam suche ubrania i ruszyłam na poszukiwania toalety.W samej łazience było chyba najschludniej. Widać, że Nathan sam tu nie mieszka. Mi wystarcza jedna butelka szamponu do włosów, a tutaj stały ich aż cztery. Parasol Nathana  wisiał nad wanną ociekając z resztek deszczówki. Podeszłam do grzejnika, zarzucając na niego suchą bluzę, żeby ją sobie ugrzać i sama się do niego przytuliłam, nabierając energii. Poza tym, że słyszałam grający telewizor, było tu całkiem spokojnie. Spojrzałam na siebie przez lustro.
Ciekawiło mnie przez moment, jakim cudem udało mi się trafić akurat na niego. I jakim cudem mamy wspólnych znajomych, a nie byłam w stanie go poznać wcześniej. Prawda była taka, że przez depresję nie rejestrowałam połowy rzeczy, jakie się działy wokół. Może to dlatego go nie zauważałam.
Idę do domu.
Przebrałam bluzę, zostałam dalej w swoich spodniach bo i tak mi zmokną po drodze. Złożyłam parasol i wyszłam po cichu z łazienki. Czarnookiego nie było w salonie, ani w kuchni. Nie widziałam go także na schodach, ani na korytarzu, więc droga wolna. Wciągnęłam szybko moje buty i skrzywiłam się, bo poczułam się dziwnie niekomfortowo w tym momencie. Nie dość, że buty wydawały z siebie chlapiące dźwięki, to jeszcze upuściłam parasolkę. Przynajmniej tak mi się początkowo wydawało. Szkarłatnowłosy podniósł  z podłogi moją jedyną osłonę przed deszczem. Przestraszyłam się, odskakując w stronę drzwi frontowych.
-Mój Boże!- chwyciłam się za pierś.
-To tylko ja.- zaśmiał się.- Zadzwonię po taksówkę, jeśli tak bardzo chcesz iść do domu.
-Pożycz mi parasol, to wystarczy.- sarknęłam, zbita z tropu.
-Odniosłem wrażenie, że chciałaś go sobie po prostu zabrać.- zmrużył oczy badawczo. Skrzywiłam się. Przyłapał mnie na gorącym uczynku.
-Oddałabym przy następnej okazji.
-O bluzie już nie wspomnę, choć nie jest moja.
-Hm...- tak jak myślałam. Musiał mieć współlokatora i to niejednego, skoro dom był tak duży.
-Twój kolega nie będzie się denerwował?
-Nie będzie.- zapewnił mnie Nathan.- Bo zaraz sama się wytłumaczysz.
-Co?- odskoczyłam od drzwi, gdy tylko ktoś z zewnątrz chwycił za klamkę. Po chwili w wejściu do domu stanął wysoki, dość smukły mężczyzna w krótkich czarnych włosach. Dałabym sobie palec uciąć, że przez czerń przebijały się fioletowe refleksy. Gdy tylko mnie spostrzegł, ściągnął brwi i spojrzał na Nathana dość surowo. Przełknęłam ślinę, bluza zaczęła mi ciążyć na ramionach. Po chwili jednak mężczyzna zrzucił torbę z ramienia i uśmiechnął się już do mnie, wyciągając dłoń na powitanie.
-Cześć, jestem Krystian.- przedstawił się, poprawiając wolną ręką delikatne okulary na dość długim nosie.
-Cześć. Agnieszka.- odparłam krótko.- Ech... Hm, mam nadzieję, że mogłam pożyczyć bluzę. Moje ubrania przemokły.
-To ciebie Nathan wyciągnął wczoraj z opresji. Niezły siniak.- przypomniał mi o pulsującym uszkodzeniu mojej twarzy. Uśmiechnęłam się krzywo.- Wybierasz się do domu?- zdjął okulary i zaczął wycierać z nich kropelki wody chusteczką, którą wyciągnął z kieszeni spodni.- W takim razie mogę cię odwieźć, bo nie zapowiada się na koniec deszczu na dzisiaj.
-Nie trzeba. Wskoczę w autobus.
-Do następnego przystanku jest dziesięć minut drogi stąd.
- Serio, dam radę.- stwierdziłam. Zaczęło się robić niezręcznie. Nie lubiłam takich sytuacji.
-Daj mi chwilkę. Zerknę tylko co muszę jeszcze dokupić. Nathan, chodź.- Krystian wyminął mnie i ruszył wzdłuż korytarza.
-Zrobiłeś coś z gębą, czy byłeś w końcu u fryzjera?- prychnął czerwonowłosy, posyłając mi zdawkowe spojrzenie. Wypuściłam powietrze z płuc. Nathan zabrał ze sobą parasolkę. Wyglądałam przez okienko przy drzwiach, czekając na dogodny moment, ale skoro Krystian zaoferował, że mnie odwiezie, to grzechem by było nie skorzystać.
Nie chciałam w zasadzie przysłuchiwać się rozmowie, ale nawet nie miałam wyboru.
Nathan zaczął wyzywać na Krystiana.
-Wiem doskonale, co robię...- gdy tylko Nathan milknął swoje trzy grosze musiał wciskać w tym momencie Krystian.
-Miałeś jej tylko odnieść dokumenty i od razu przyjść do pracy! Nie było mowy o przyprowadzaniu jej do domu! Ile jeszcze będę cię musiał kryć, co? Do odwołania płacisz cały czynsz za dom, albo przynajmniej dopóki nie znajdziemy współlokatora, który się ciebie nie wystraszy, idioto...O, nie. Nawet o tym nie myśl.- zagroził mu wyraźnie. Przestałam się wsłuchiwać, gdy tylko Nathan zjawił się w korytarzu. Przystanął na chwilę wpatrując się we mnie zupełnie jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili rzucił we mnie parasolką, machnął na mnie ręką i skrył się w salonie. Złapałam ją, a potem usłyszałam tylko dźwięk otwieranego piwa.

Na to wszystko wkroczył Krystian. Zaciskał szczęki, próbując opanować zdenerwowanie.
-Dobra, możemy jechać.- westchnął, przybierając lżejszy wyraz twarzy.
-Mam nadzieję, że nie sprawiam wam kłopotu...-mało brakowało, a zaczęłabym się znów jąkać.
-Nie?! To zapytaj okularnika!- usłyszałam tylko z salonu.
Przez moment wydawało mi się, że Nathan zachowuje się jak dziecko. Wyszłam jednak pospiesznie na zewnątrz.
-Pakuj się do środka. Otworzę bramę.- Krystian rzucił mi kluczyki do samochodu i pobiegł do ogrodzenia.
Usiadłam na miejscu pasażera i zamknęłam za sobą drzwi. Cisza, błoga cisza. Ciężki waniliowy zapach samochodowego odświeżacza wypełnił moje nozdrza, mieszając się z wpuszczonym do środka świeżym powietrzem po deszczu.
Zapięłam pasy.
- No, to jedziemy...- czarnowłosy wparował do samochodu i trzasnął za sobą drzwiami. Ustawił lusterka, zapiął pasy i wsadził kluczyk do stacyjki.
-Bluzę odniosę jutro, jak tylko ją wypiorę.-
- Bez przesady. Możesz ją zatrzymać i tak jest na mnie za mała.
- To ci za nią zapłacę.- chciałam wyciągnąć portfel z kieszeni. Krystian chwycił mnie za ramię.
- Nie wygłupiaj się. Przyjmij to jako rekompensatę za użeranie się z naszym wspólnym znajomym. To gdzie cię wysadzić?
-Najbliżej będzie przy Starym Rynku.
-Jeszcze coś. Jedna malutka sprawa. Nie zgadzaj się na nic, co Nathan ci zaproponuje. Choćby się waliło i paliło, sam ma się ustawić do porządku. Okej?- teraz zauważyłam, że Krystian ma szare oczy, dopiero gdy zmusił mnie, żebym na niego spojrzała.- Ale chyba nie muszę ci o tym mówić.
- Też nie miałam w życiu lekko, ale czasami samemu nie da rady.
- No to powiem ci coś jeszcze. Nie zgódź się, jeśli zapyta cię, czy chcesz z nami mieszkać.- spojrzał na mnie przenikliwie.- I tak obstawiam, że słyszałaś naszą rozmowę, więc wiesz o co chodzi. Nie, żebym miał coś przeciwko kobiecej dłoni w naszej norze.
-Odpada, mam swoje mieszkanie, dość tanie zresztą.
-Jak na centrum miasta?
-Bardzo tanie.- palnęłam. Krystian zatrzymał się na Starym Rynku. Zabrał mi parasolkę i otworzył ją na zewnątrz. Przeszedł naokoło samochodu, przyspieszając, gdy zauważył, że i ja się wychylam. Osłonił mnie przed deszczem.- Dzięki.
-Dasz sobie już radę? Muszę się streszczać zanim zamkną mi spożywczak.- przekazał mi jedyną osłonę przed deszczem.
-Tak, pewnie!- uśmiechnęłam się promiennie. W końcu jestem na swoim terenie.
-To świetnie. Trzymaj się! Miło było poznać!- z tym hasłem zostawił mnie na chodniku. Dotarłam pod moją kamienicę, grzebiąc wolną ręką po kieszeniach w poszukiwaniu kluczy.
-Cudownie... Po prostu rewelacyjnie. Zostawiłam je w swojej bluzie.- jęknęłam sama do siebie, osuwając się na jedyny póki co suchy schodek pod wejściem. Spojrzałam na parasolkę.- To twoja wina.- potrząsnęłam przedmiotem z wyrzutem, myśląc, że to coś zmieni.

niedziela, 7 czerwca 2015

36. Wpadniesz na herbatę?

Cudnie. Obudziłam się z bólem głowy. Opuchlizna z policzka zeszła na tyle, że mogłam ruszać powiekami. Wstałam, zerknęłam na lusterko i pożałowałam, że nie posiadam czegoś co zamaskowałoby siniaki okalające jedną czwartą mojej twarzy.
Całe szczęście, że dziś był piątek, więc do czasu zaniknięcia sińców, będę mogła posiedzieć w domu.
Mój ambitny plan stracił sens, gdy zaczęłam szukać dokumentów i telefonu. Przetrzepałam cały plecak, ale one były przecież w moich kieszeniach, a wczoraj ten koleś wyciągnął mi je z kieszeni. Pobladłam znacznie. Niezbyt ciekawie byłoby wracać w tamto miejsce, ale bardzo możliwe, że moje rzeczy wciąż leżą gdzieś w tych krzakach. Ubrałam się szybko i wyszłam z domu. Zwykłe okulary zamieniłam na te przeciwsłoneczne, mimo tego, że widziałam w nich gorzej. Słońca nie było wcale, wprost przeciwnie. Zapowiadało się na deszcz, a ja wystrzeliłam tak w samej bluzie, nie myśląc o konsekwencjach przeziębienia. W portfelu, który straciłam miałam przecież ostatnie pieniądze i bilet miesięczny na komunikację miejską. Sąsiedzi stracili do mnie zaufanie już dawno temu i raczej nie pożyczą mi pieniędzy. Ciężko mi było podejść do tego miejsca. Zatrzęsły mną dreszcze, bo powiało chłodnym powietrzem. Podeszłam do roślin, które tu rosły, a które zeszłego wieczoru były moją pułapką. Rozchyliłam gałęzie, nurkując pomiędzy nimi, by znaleźć to, na czym mi zależało. Nie było ich tam.
Zaklęłam pod nosem, próbując wydostać się z krzaków. Rozdarłam sobie bluzę i poprawiłam policzek, gdy smagnęła mnie gałąź, ale dałam radę.
Wyglądając zapewne jak siedem nieszczęść, ruszyłam dalej ulicą. Co ja teraz zrobię bez telefonu i pieniędzy? Zaczęłam panikować. Niedobrze. Mogłam chociaż wziąć coś na uspokojenie, zanim wyszłam z domu.
Pechowy dzień się jeszcze nie skończył. Zaczął padać deszcz, a moja bluza nawet nie miała kaptura, więc usiadłam na przystanku, czekając na cud, albo chociaż na koniec ulewy. Absolutnie się nie zapowiadało.
Ludzie chowali się na przystanku w biegu i równie szybko wskakiwali do zatrzymujących się autobusów, a ja dalej siedziałam, nie myśląc nawet o wyściubieniu nosa spod dachu przystanku.
Myśląc o tym, jak mogłabym się zabezpieczyć finansowo, wpatrywałam się tępo we własne buty, słysząc jak przystanek pustoszeje, a deszcz zacina coraz mocniej ograniczając suche miejsce do najgłębszych zakamarków szklanej budowli.
Podkuliłam tylko nogi, bo zaczęło mi moczyć buty.
Ulewa nie miała końca. Rozejrzałam się więc po ulicy. Jedna postać przemykała właśnie po drugiej stronie. Czarny parasol odchylił się, a spod niego wyjrzała obojętna twarz Nathana. Spojrzał po wszystkich znajdujących się na przystanku ludzi z niemą pogardą w spojrzeniu, lecz gdy zauważył mnie, zatrzymał się gwałtownie, mrużąc oczy. Odwróciłam wzrok. Nie spodziewałam się go tu spotkać. Na pewno nie po raz drugi na tej samej ulicy. Poprawiłam kołnierz bluzy, ukrywając rumieńce na twarzy. Może mieszka niedaleko, dlatego też się tak spotkaliśmy.
-Co ty tu robisz w taką ulewę?!- spytał z dozą pretensji w głosie.
-Szukałam swoich dokumentów i telefonu. Myślałam, że je znajdę w tych krzakach.- odpowiedziałam, wzdrygając się.
-Nie znalazłabyś ich, bo ja je mam. Wracałem wczoraj i mnie tknęło, żeby sprawdzić jeszcze raz teren. Właśnie szedłem by ci je oddać, trzymaj.- Nathan wyciągnął zza pazuchy mój portfel i mój telefon.
-Chwała ci.- rozpromieniłam się, wzdychając z ulgą. Jeszcze ciepły portfel obróciłam w dłoniach i zaczęłam sprawdzać jego zawartość.
-Nic nie zginęło.- ubiegł mnie z hasłem.- Na co mi twoje pieniądze, hm?
-Nie wiem.- zatrzasnęłam portfel i schowałam go do kieszeni. To samo stało się z telefonem, a gdy tylko schowałam obie ręce w kieszeniach, wzdrygnęłam się po raz kolejny. Przemoczona miałam nadzieję, że zjawi się tu kolejny autobus, w który będę mogła wskoczyć i odjechać do domu.
-Potrzymaj.- Nathan wyciągnął w moją stronę parasol. Gdy go chwyciłam, zaczął zdejmować swój płaszcz.
-Ej, nie trzeba!- zaczerwieniłam się znacznie, czując, że już nie potrzebuję pomocy, bo nagle zrobiło mi się gorąco. Za późno było na protesty, bo Nathan założył mi na ramiona swój rozgrzany płaszcz. Wymiękłam.
-Wpadniesz na rozgrzewającą herbatę?- uśmiechnął się złośliwie, a ja poczułam, że jeszcze bardziej się rumienię. Wciągnęłam ręce w rękawy jego płaszcza. Tak jak zdążyłam wykalkulować, był za długi, mimo iż ja nie byłam wcale dużo niższa od Nathana. Zapięłam się pod szyję. Wtedy też poczułam jego perfumy.- To oznacza zgodę, chodź.- skinął na mnie. Parasol niewiele mu dawał, bo mu uciekałam. Nie chciałam iść za blisko, a on starał się bym nie zmokła, przez co sam narażał się na przemoknięcie. Po jakimś czasie przerzucił sobie parasol przez ramię, mając gdzieś czy dalej moknę. I tak jego płaszcz dawał mi dostatecznie dużo osłony przed wodą. Okulary jeszcze nigdy tak dobrze mi nie służyły, dzięki czemu mogłam go obserwować. Znów mi się przyglądał, ale to nie miało większego znaczenia w tym momencie, bo zatrzymaliśmy się przed domkiem jednorodzinnym.
Odchylił furtkę i wkroczył na podwórko jako pierwszy, otworzył drzwi i zniknął w głębi korytarza.
Miałam ochotę się wycofać.
I tak byłam przemoknięta.
Jednak wyjrzał i wyszedł już bez parasola na ten deszcz, by złapać mnie za ramię i wciągnąć do domu.
-Nie trzeba...- próbowałam protestować. Był zdenerwowany, jeszcze długo nie puszczał mojej ręki. Za chwilę jednak wzdrygnął się, zmoczony. Strzepnął wodę z grzywki i ruszył dalej, mamrocząc coś pod nosem. Deszcz zaczął tak zacinać, że woda lała się do przedsionka, więc zamknęłam za sobą drzwi i zrobiło się cicho.