niedziela, 7 czerwca 2015

36. Wpadniesz na herbatę?

Cudnie. Obudziłam się z bólem głowy. Opuchlizna z policzka zeszła na tyle, że mogłam ruszać powiekami. Wstałam, zerknęłam na lusterko i pożałowałam, że nie posiadam czegoś co zamaskowałoby siniaki okalające jedną czwartą mojej twarzy.
Całe szczęście, że dziś był piątek, więc do czasu zaniknięcia sińców, będę mogła posiedzieć w domu.
Mój ambitny plan stracił sens, gdy zaczęłam szukać dokumentów i telefonu. Przetrzepałam cały plecak, ale one były przecież w moich kieszeniach, a wczoraj ten koleś wyciągnął mi je z kieszeni. Pobladłam znacznie. Niezbyt ciekawie byłoby wracać w tamto miejsce, ale bardzo możliwe, że moje rzeczy wciąż leżą gdzieś w tych krzakach. Ubrałam się szybko i wyszłam z domu. Zwykłe okulary zamieniłam na te przeciwsłoneczne, mimo tego, że widziałam w nich gorzej. Słońca nie było wcale, wprost przeciwnie. Zapowiadało się na deszcz, a ja wystrzeliłam tak w samej bluzie, nie myśląc o konsekwencjach przeziębienia. W portfelu, który straciłam miałam przecież ostatnie pieniądze i bilet miesięczny na komunikację miejską. Sąsiedzi stracili do mnie zaufanie już dawno temu i raczej nie pożyczą mi pieniędzy. Ciężko mi było podejść do tego miejsca. Zatrzęsły mną dreszcze, bo powiało chłodnym powietrzem. Podeszłam do roślin, które tu rosły, a które zeszłego wieczoru były moją pułapką. Rozchyliłam gałęzie, nurkując pomiędzy nimi, by znaleźć to, na czym mi zależało. Nie było ich tam.
Zaklęłam pod nosem, próbując wydostać się z krzaków. Rozdarłam sobie bluzę i poprawiłam policzek, gdy smagnęła mnie gałąź, ale dałam radę.
Wyglądając zapewne jak siedem nieszczęść, ruszyłam dalej ulicą. Co ja teraz zrobię bez telefonu i pieniędzy? Zaczęłam panikować. Niedobrze. Mogłam chociaż wziąć coś na uspokojenie, zanim wyszłam z domu.
Pechowy dzień się jeszcze nie skończył. Zaczął padać deszcz, a moja bluza nawet nie miała kaptura, więc usiadłam na przystanku, czekając na cud, albo chociaż na koniec ulewy. Absolutnie się nie zapowiadało.
Ludzie chowali się na przystanku w biegu i równie szybko wskakiwali do zatrzymujących się autobusów, a ja dalej siedziałam, nie myśląc nawet o wyściubieniu nosa spod dachu przystanku.
Myśląc o tym, jak mogłabym się zabezpieczyć finansowo, wpatrywałam się tępo we własne buty, słysząc jak przystanek pustoszeje, a deszcz zacina coraz mocniej ograniczając suche miejsce do najgłębszych zakamarków szklanej budowli.
Podkuliłam tylko nogi, bo zaczęło mi moczyć buty.
Ulewa nie miała końca. Rozejrzałam się więc po ulicy. Jedna postać przemykała właśnie po drugiej stronie. Czarny parasol odchylił się, a spod niego wyjrzała obojętna twarz Nathana. Spojrzał po wszystkich znajdujących się na przystanku ludzi z niemą pogardą w spojrzeniu, lecz gdy zauważył mnie, zatrzymał się gwałtownie, mrużąc oczy. Odwróciłam wzrok. Nie spodziewałam się go tu spotkać. Na pewno nie po raz drugi na tej samej ulicy. Poprawiłam kołnierz bluzy, ukrywając rumieńce na twarzy. Może mieszka niedaleko, dlatego też się tak spotkaliśmy.
-Co ty tu robisz w taką ulewę?!- spytał z dozą pretensji w głosie.
-Szukałam swoich dokumentów i telefonu. Myślałam, że je znajdę w tych krzakach.- odpowiedziałam, wzdrygając się.
-Nie znalazłabyś ich, bo ja je mam. Wracałem wczoraj i mnie tknęło, żeby sprawdzić jeszcze raz teren. Właśnie szedłem by ci je oddać, trzymaj.- Nathan wyciągnął zza pazuchy mój portfel i mój telefon.
-Chwała ci.- rozpromieniłam się, wzdychając z ulgą. Jeszcze ciepły portfel obróciłam w dłoniach i zaczęłam sprawdzać jego zawartość.
-Nic nie zginęło.- ubiegł mnie z hasłem.- Na co mi twoje pieniądze, hm?
-Nie wiem.- zatrzasnęłam portfel i schowałam go do kieszeni. To samo stało się z telefonem, a gdy tylko schowałam obie ręce w kieszeniach, wzdrygnęłam się po raz kolejny. Przemoczona miałam nadzieję, że zjawi się tu kolejny autobus, w który będę mogła wskoczyć i odjechać do domu.
-Potrzymaj.- Nathan wyciągnął w moją stronę parasol. Gdy go chwyciłam, zaczął zdejmować swój płaszcz.
-Ej, nie trzeba!- zaczerwieniłam się znacznie, czując, że już nie potrzebuję pomocy, bo nagle zrobiło mi się gorąco. Za późno było na protesty, bo Nathan założył mi na ramiona swój rozgrzany płaszcz. Wymiękłam.
-Wpadniesz na rozgrzewającą herbatę?- uśmiechnął się złośliwie, a ja poczułam, że jeszcze bardziej się rumienię. Wciągnęłam ręce w rękawy jego płaszcza. Tak jak zdążyłam wykalkulować, był za długi, mimo iż ja nie byłam wcale dużo niższa od Nathana. Zapięłam się pod szyję. Wtedy też poczułam jego perfumy.- To oznacza zgodę, chodź.- skinął na mnie. Parasol niewiele mu dawał, bo mu uciekałam. Nie chciałam iść za blisko, a on starał się bym nie zmokła, przez co sam narażał się na przemoknięcie. Po jakimś czasie przerzucił sobie parasol przez ramię, mając gdzieś czy dalej moknę. I tak jego płaszcz dawał mi dostatecznie dużo osłony przed wodą. Okulary jeszcze nigdy tak dobrze mi nie służyły, dzięki czemu mogłam go obserwować. Znów mi się przyglądał, ale to nie miało większego znaczenia w tym momencie, bo zatrzymaliśmy się przed domkiem jednorodzinnym.
Odchylił furtkę i wkroczył na podwórko jako pierwszy, otworzył drzwi i zniknął w głębi korytarza.
Miałam ochotę się wycofać.
I tak byłam przemoknięta.
Jednak wyjrzał i wyszedł już bez parasola na ten deszcz, by złapać mnie za ramię i wciągnąć do domu.
-Nie trzeba...- próbowałam protestować. Był zdenerwowany, jeszcze długo nie puszczał mojej ręki. Za chwilę jednak wzdrygnął się, zmoczony. Strzepnął wodę z grzywki i ruszył dalej, mamrocząc coś pod nosem. Deszcz zaczął tak zacinać, że woda lała się do przedsionka, więc zamknęłam za sobą drzwi i zrobiło się cicho.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz