sobota, 28 listopada 2015

42. Książka

Mogłabym przysiąc, że odpłynęłam tylko na chwilę. Zerwałam się, obolała, z kocem na plecach, rozglądając się po pokoju. Nathan siedział na łóżku, czytając książkę z regału, który stał w korytarzu. Szczerze powiedziawszy nigdy nie ruszyłam żadnej z tych książek.
-Która godzina?- zaczęłam szukać telefonu. Potem dopiero dotarło do mnie, że został mi ukradziony. Spojrzałam więc na pulpit komputera ze smutnym wyrazem twarzy. Spałam tak dobre trzy godziny.-Mogłeś mnie obudzić.- bąknęłam, rozespana. Owinęłam się kocem. - Lepiej się czujesz w ogóle?
-Tak, dzięki. To była dobra herbata.- zerknął na mnie znad książki znacząco.
-Chcesz coś zjeść?
-No, brawo. Już myślałem, że nie zapytasz.- uśmiechnął się kąśliwie.
-M-mogę zrobić tosty.- rzuciłam. Nie miałam w tej chwili pomysłu na nic innego. Nic innego poza chlebem, serem i odrobiną kiełbasy też nie miałam. No, była jeszcze herbata i cukier. Biednie.
Wystartowałam do kuchni. Niepewnie zaczęłam szykować jedzenie, zastanawiając się, czy starczy mi go do poniedziałku, dopóki nie dostanę przelewu.
-Nie masz go za wiele, co?- czerwonowłosy stanął w wejściu do kuchni. Spłonęłam rumieńcem. Zawstydzona nie wiedziałam, gdzie podziać swój wzrok.- Nie jestem głodny, żartowałem.
-Nie, spoko. Poradzę sobie. Mam jeszcze kasę na żarcie.- uparcie smarowałam tosty margaryną, obkładałam je serem i kiełbasą i pakowałam do nagrzanego tostera. Topiąca się margaryna syczała wypełniając niezręczną dla mnie ciszę.
-Wystarczy zwykłe dziękuję.- odparł, widząc moją zdeterminowaną minę.
-Aż mi głupio...-głos mi się łamał. Łzy jak grochy zbierały mi się pod powiekami.- Bo nie mam jak podziękować.- wydusiłam z siebie, nie patrząc na niego nawet.
-Powiedziałem już, że zwykłe dziękuję wystarczy.- wyciągnął z mojej dłoni nóż, który ściskałam coraz mocniej, żeby tylko się opanować. Stanął obok, przepchnął mnie biodrem i sam zaczął urzędować w kuchni.- Wyjazd. Krzywdę sobie zrobisz, znowu.- przejął pałeczkę w kuchni. Nawet gdy chciałam wyjąć gotowe tosty, smagnął mnie po dłoniach ręcznikiem. Jęknęłam bardziej poirytowana, aniżeli smutna. Cokolwiek zrobił, zadziałało. Może i nie poprawił mi samopoczucia, ale mój obecny humor na pewno się zmienił. Nathan nie protestował tylko, gdy sięgałam po czajnik, choć krojąc kolejny plasterek sera, przyglądał się zaczerwienionej witce na wierzchu mojej dłoni.
Wstawiłam wodę na herbatę. Odsunęłam się, patrząc z pustką w głowie na to jak Nathan radzi sobie w kuchni. Szło mu nadzwyczaj sprawnie i nawet gdy zrobił jedzenie, zaraz posprzątał po sobie. Woda zagotowała się już dawno, czajnik piszczał nieziemsko, wyrywając mnie z tępego wpatrywania się w ruchy mężczyzny. On sam stanął z czajnikiem, czekając, aż będzie do czego nalać gorącej wody. Wpatrywał się we mnie z grymasem, oczekując, że zrobię to dość szybko.
Postawiłam kubki na stole, wsypałam herbatę i odsunęłam się, gdy Nathan podszedł z gorącym czajnikiem, żeby ją przygotować.
-Podano do stołu.- wyłączył toster, przerzucił resztę grzanek na talerz i postawił go między kubkami.
Usiadłam przy wyjściu z pomieszczenia, zaczęłam jeść jednego tosta z przekonaniem, że zjadam swój ostatni posiłek tego dnia, a była już niedziela. Czarnooki wgryzł się w jedzenie nie zwracając uwagi na to, czy to moje ostatnie zapasy, czy nie. Nie miałam apetytu. Zostawiłam jeszcze ciepłą nadgryzioną grzankę na krawędzi talerza.
-Pójdę się położyć, dobra?- podniosłam się z krzesła. On zerknął na mnie znad kubka, ściągnął brwi badawczo.
-No dobra. To będę leciał.- wyminął mnie szybko. W korytarzu wciągnął buty i ubrał płaszcz.
-Jeszcze raz dziękuję.- mruknęłam mu na odchodne.
-Rozchmurz się. Zawsze mogło być gorzej.- pożegnał mnie z uśmiechem. Odprowadziłam go wzrokiem do półpiętra i zamknęłam za sobą drzwi.
Czas się porządnie wyspać.
Zapach tostów unosił się jeszcze w powietrzu dość długo, ale nie miałam apetytu. Nie po ostatnich incydentach.
Westchnęłam ciężko, siadając na łóżko i przekładając na stolik książkę, jaką czytał Nathan, gdy spałam. Nie spojrzałam na tytuł, bardziej zainteresowało mnie to, co wypadło spomiędzy stronic książki, gdy ją podniosłam. Telefon, który nie należał do mnie miał nieodebrane połączenie.
-Głąbie. Zapomniałeś telefonu.- rzuciłam do siebie. Kolejne połączenie sprawiło, że podskoczyłam. Najwidoczniej poprzednie Nathan musiał wyciszyć, gdy spałam. Och, szlag. Rzuciłam telefon na łóżko, starając się to zignorować, ale widziałam, że dzwonił Krystian. Dość subtelnie nazwał go kucem jeszcze kiedy siedziałam u nich w domu.
Odebrać, nie odebrać? Ziewnęłam zastanawiając się coraz mocniej, gdy nadchodziło kolejne połączenie.
Odebrałam, nie mówiąc nic jako pierwsza.
-No, nareszcie. Gdzie zniknąłeś, idioto?!- poznałam zniecierpliwiony głos Krystiana. Otworzyłam usta by coś powiedzieć.
-Cześć, Krystian. Tu Agnieszka.- zaczęłam nieśmiało. Zaniemówił.
-Ale jak, polazł do Ciebie? Daj mi go do telefonu.- westchnął w słuchawkę.
-Krystian, słuchaj. Nathan mi pomógł. Napadli na mnie i ukradli mi telefon. On też trochę oberwał i przyprowadziłam go do siebie, żeby odpoczął, ale już wyszedł.- wyjaśniłam szybko.
-Oddał ci telefon?- spytał podejrzliwie.
-Nie, pewnie zostawił go przypadkiem. Wypadł z książki, którą czytał. Musiał zapomnieć.
-Oddał ci telefon.-prychnął Krystian, utwierdzając samego siebie w tym przekonaniu. Zarumieniłam się znacznie.- Dobra, nie przeszkadzam. Odpoczywaj. Na razie.- rozłączył się, a ja padłam na poduszkę, zupełnie zaskoczona.

wtorek, 10 listopada 2015

41. Nieszczęsna torba

Serce waliło mi jak oszalałe. Nie wiedziałam, za co się zabrać. Chwyciłam go za rękę i pomógł mi się podnieść.
-Pójdę już, lepiej już pójdę.- wydukałam. Sprawdziłam, czy mam przy sobie wszystkie moje rzeczy i ruszyłam do korytarza, by ubrać buty. Już miałam wychodzić, gdy Nathan jeszcze mnie zatrzymał.
-Hej, zapisz sobie mój numer jakbyś czegoś potrzebowała. Wieczorami i tak siedzę na mieście, więc spoko.- zaproponował, opierając się o ścianę w korytarzu. Wolną ręką, trzymaną w kieszeni ścisnęłam telefon. Zaczęłam się zastanawiać, czy ta znajomość mogłaby się jakoś rozwinąć, bo póki co, niespecjalnie się to wszystko układa. Seria bardziej lub mniej przypadkowych potknięć, czyli mały pożar, skaleczenie,  kilka siniaków i zbity łokieć tuż przed wyjściem z tego domu nie wróżyłyby nic dobrego, ale z drugiej strony... Co mi szkodzi. Podałam mu swój telefon. Wstukał numer dość szybko, nawet nie puszczając sygnału do siebie.- Jak będziesz chciała, dzwoń.
-Dzięki. Dzięki za wszystko.- uśmiechnęłam się, czując, że się rumienię.
-Leć już. Zdaje się, że autobus do centrum będzie za pięć minut.- zerknął jeszcze na godzinę.
-To na razie.- opuściłam progi tego domu z ulgą. Samochodu nie było na podjeździe. Krystian musiał chyba wcześnie gdzieś wyjechać.
Szybkim krokiem przeszłam na drugą stronę ulicy, rozglądając się jeszcze, czy autobus nie nadjeżdża. Nie chciałabym się spóźnić. Nie w tej okolicy.
Umknęło mi wszystko. Nie myślałam o wczorajszym dniu do samego wieczora, kiedy to plaster przypomniał mi o sobie, zwyczajnie rozklejając się od nadmiaru wchłoniętej cieczy. Znowu musiałam gdzieś stuknąć tym palcem, naruszając ranę. Szlag.
Telefon leżał obok monitora. Spojrzałam na jego ekran. Cisza. Westchnęłam tylko i poszłam zrobić herbatę.
Piękne wyczucie czasu miały moje koleżanki, które rozdzwoniły się akurat, gdy mnie w pokoju nie było.
-No, co jest?
-Robimy domówkę u Kaśki. Wbijasz?
-Niespecjalnie dobrze się czuję.- rzuciłam wymijająco, zerkając w lustro na swoje siniaki.
-Oj, nie dramatyzuj. Jak to żołądek, wódka z pieprzem raz i po kłopocie. O alko się nie martw, jak nie masz kasy. Najwyżej się później rozliczymy. To jak, wbijasz?
-Nie jestem ogarnięta.- jęknęłam.
-Ja też nie i co? Czekamy na ciebie. Wbijaj, pa!- rozmowa telefoniczna zakończyła się tak szybko, jak się rozpoczęła.
Iść, czy nie iść... Mogłabym jednak opowiedzieć dziewczynom, co się stało ostatnio, żeby uważały na siebie przede wszystkim. Pociągnęłam łyk gorącej herbaty i podniosłam się z krzesła.
-Wyczucie to wy macie w każdym calu. Ostatnia torebka mojej ulubionej herbaty pójdzie się chrzanić.- rzuciłam do siebie z przekąsem.
Przebrałam się więc, ogarnęłam, założyłam moje zwykłe okulary i wzięłam ze sobą parasol. Tak na wszelki wypadek.
Przechadzka po centrum miasta wieczorową porą to nic takiego, zwłaszcza, że mnóstwo ludzi tędy przechodzi i raczej nic mi się nie stanie. Poprawiłam plecak na ramionach, wsadziłam słuchawki do uszu i puściłam muzykę, już nie tak głośno jak ostatnio. Odpaliłam papierosa, rozglądając się dla pewności, czy nikt tylko na to nie czeka, żebym się na chwilę skupiła na jednym szczególe.
Och, szlag by cię, dziewczyno! Zaklęłam pod nosem. Im bardziej dajesz po sobie poznać, że się boisz, tym większe masz szanse na to, że cię ktoś napadnie, głupia!
Stanęłam w miejscu na chwilę, żeby ogarnąć myśli i ujarzmić moje drugie ja, psioczące na mnie samą dość intensywnie.
Lubiłam mój parasol. Był solidny i dostatecznie długi, by móc wspierać się na nim jak o lasce. Lubiłam też wyobrażać sobie, że jestem kimś z kim lepiej nie zadzierać. Zwłaszcza kiedy mam przy sobie moją parasolkę.
Skupiłam się na rytmie chodzenia stukając parasolką o chodnik. Nie zarejestrowałam nawet, że wgapiałam się w mężczyznę ubranego jak włoski mafiozo, który faktycznie miał przy sobie laskę, za którą ja wyobrażałam sobie moją deszczową osłonę.
Długo nie mogłam oderwać od niego wzroku, aż w końcu spostrzegł mnie, uśmiechając się grzecznie i kiwnął mi głową na powitanie. Odwzajemniłam gest i uśmiech, czując się jakoś lepiej z faktem, że taki ktoś zwrócił na mnie swoją uwagę i nie obrzucił mnie przy tym pogardliwym spojrzeniem.
Przyspieszyłam kroku, śmiejąc się jeszcze sama do siebie.
Mój humor jednak prysł, gdy zapiekł mnie palec.
-No, tak. Miałam wejść po plastry do sklepu.- mruknęłam do siebie.
Załatwiłam, co potrzebne i ruszyłam dalej. Osiedle było niedaleko. Trzeci blok od końca, hę? Ruszyłam pewnie w określonym kierunku, przyciszając muzykę do minimum. Widziałam kilku chłopaków siedzących na ławce w parku. Skręciłam w bardziej oświetloną uliczkę, żeby ich wyminąć. Słyszałam jak się z czegoś śmieją. Przełknęłam ślinę.
Będąc już pod klatką schodową, wstukałam numerek na domofonie. Nikt nie odbierał. Światła na trzecim piętrze też się nie paliły, a wiem, że zazwyczaj ktoś w tej kuchni zawsze siedział. Zwłaszcza przy imprezie. Zwątpiłam. Wykręciłam numer do Kaśki.
-Hej, jesteś w domu?
-Zmiana planów! Ruszyliśmy do Białego Kota.
-Ale to po drugiej stronie miasta... Nawet nie wiem, jak tam trafić.
-Trafisz, rusz dupę!
-Jestem pod twoim domem.- syknęłam.- Nie mogliście dać znać, że was tu nie będzie?
-Szczerze ci powiem, że nie byłam pewna, czy w ogóle przyjdziesz...- Kaśka zbiła mnie z pantałyku na dobre. Rozłączyłam się. Byłam wściekła. Wyciągnęły mnie z domu tylko po to, żeby mnie zrobić w ciula... Obróciłam się na pięcie i ruszyłam w drogę powrotną do domu.
Cholera jasna. Ci faceci z ławki zniknęli. Na pewno nie poszli do domu, bo im się znudziło siedzenie tutaj.
Ruszyłam więc szybkim krokiem i jak najkrótszą drogą w stronę centrum. Zauważyłam ich, szli za mną. Widzieli chyba, że nie weszłam do klatki. Spanikowałam. Przyspieszyłam kroku jeszcze bardziej, wyciągając telefon z kieszeni. Trzymali się blisko. Coraz bliżej, aż jeden z nich nie zaszedł mi drogi. Przestraszyłam się, przeskoczyłam nad żywopłotem i puściłam się do biegu, potykając się o własne nogi.
Wybrałam numer bezwiednie.
-Słucham?
-Ktoś mnie goni.- zdążyłam wydukać, przez łzy napływające do moich oczu ze strachu.
-Biegnij w stronę centrum. Gdzie jesteś do cholery?! Od której strony wyjdziesz na główną?!- Nathan był zdenerwowany. Mówił przez zęby.- Wylazłaś po tym jednym incydencie? Niech no ja cię dorwę, dziewucho.- warknął do słuchawki.- W tej chwili bardziej niż tego kogoś możesz się obawiać mnie, głupia.- nie rozłączał się, a ja nie miałam odwagi oderwać telefonu od ucha.
-Piracka, z Pirackiej...Ach!- w tym momencie zostałam szarpnięta za plecak, telefon wypadł mi z ręki. Zrzuciłam szybko balast z ramion i chciałam uciekać dalej, ale się potknęłam.
-Wyskakuj z kasy, młoda.- jeden z dresów nadepnął mi na łydkę tuż pod kolanem. Było to o tyle bolesne, że nie mogłam się ruszyć w żadnym kierunku. Czułam jak ścięgna napinają się coraz mocniej, promieniując bólem.
-Nie mam kasy. Naprawdę...- zasłoniłam głowę rękoma. Musiałam wyglądać żałośnie, słysząc jak zawartość mojego plecaka ląduje na chodniku. Przeklęta torba. Ucisk pod kolanem zniknął, ale z kolei zostałam podźwignięta na równe nogi. Oni mieli nóż. Błysnął w słabym świetle przebijającym się przez konary drzew.- Puśćcie mnie, nie mam nic.
-Telefon działa.- drugi z dresów oznajmił podnosząc moją zgubę.-Dzwoniłaś na psy?!- zauważył akurat, że połączenie zostało zerwane.
-Gorzej.-usłyszałam gdzieś kawałek dalej rozeźlony głos Nathana. Odepchnął jednego z napastników na tyle mocno, że się przewrócił, drugi zaczął uciekać z telefonem. Zdążyłam spojrzeć w jego kierunku, ale zobaczyłam pięść ciśniętą prosto na mnie. Zaledwie w ułamku sekundy pięść otworzyła się. Poczułam ucisk na ramieniu, gdy Nathan ściągnął mnie na ziemię w wyskoku, by zaraz znokautować kolesia z nożem z drugiej ręki. Pacnęłam tyłkiem na twardy chodnik. Bandyta padł tuż obok mnie, ale zaraz podniósł się ten powalony z tyłu. Zaczęłam wycofywać się jak najdalej, żeby tylko nie oberwać. Rzucił się na Nathana od tyłu, bijąc go w głowę. Czerwonowłosy zakolebał się na własnych nogach, ale za chwilę przerzucił go sobie przez plecy na tego nieprzytomnego i dobił go kopniakiem w brzuch. Dres zwinął się w kłębek jęcząc z bólu. Trzęsły mi się ręce. Patrzyłam na to wszystko i po prostu miałam pustkę w głowie. Trzeci dresiarz uciekł z moim telefonem. Mężczyzna jeszcze przez chwilę rozglądał się za nim, sapiąc wściekle. Przełknęłam resztę gęstej śliny.
O, nie. Teraz moja kolej. Przemknęło mi przez myśl, kiedy mój znajomy obrócił się w moją stronę.
-Co ty sobie, kuźwa, wyobrażasz, co?!- naskoczył na mnie. Szarpnął za kurtkę i postawił mnie na nogi. Kopnęłam moją parasolkę przez przypadek. Była połamana. Skrzywiłam się, a wraz ze skrzywieniem się nastąpiła kulminacja wszelkich emocji.
-Tylko nie bij.- nie wiem, co mi przyszło do głowy, że to powiedziałam. Prychnął. Czułam jak próbuje wyładować emocje na zgniataniu materiału mojej kurtki. Oddychał głośno, dość nierównomiernie. Syczał też co chwilę, a to musiało oznaczać, że sam oberwał.
-Nic ci nie zrobili?- przestraszyłam się pytania. Straciłam mowę na chwilę. Zaprzeczyłam tylko gestem, po czym odepchnęłam się od niego i zaczęłam zbierać swoje rzeczy z ziemi. O, tak. Łzy ciekły mi niepomiernie, kapiąc mi na dłonie, kurtkę i wszystkie moje rzeczy, które zgarniałam w ramiona. Plecak był rozdarty. Wpakowałam wszystkie odnalezione przedmioty do tego co z niego zostało. Jeszcze na kolanach przeszłam kawałek w stronę mojej parasolki. Taka ze mnie niezwyciężona postać, co? Moje wszelkie wyobrażenia na temat moich możliwości legły w gruzach. Niemal słyszałam jak się wszystko sypie.
-Hej. Chodźmy stąd lepiej.- mężczyzna pochwycił moje toboły i znów tak, jak dzisiaj rano wyciągnął rękę, by pomóc mi wstać. Wytarłam oczy rękawem i skorzystałam z pomocy.- Odprowadzam cię teraz do domu. Okrężną drogą, bo nie chcę, żeby ktoś zobaczył, że to my tak narozrabialiśmy.
-Ch-chyba ty tak narozrabiałeś.- wydukałam, pociągając nosem.
-O, nie, nie. Ty byłaś przyczyną tego zamieszania, więc siedzimy w tym oboje.- prowadził mnie za rękę, trzymając ją mocno. Tak, żebym się nie wyrwała. Poczułam się jednak bezpieczniej, mimo iż w pierwszym momencie powinnam się go bać. Jest zbyt agresywny, ale... Ale mi zaimponował.
Nie obserwowałam trasy, wgapiałam się w niego i jego wpieniony wyraz twarzy, dopóki on sam na mnie nie spojrzał.- Fajtłapa.- wyciągnął chusteczkę z kieszeni i zaczął wycierać mi policzki z brudu i łez.- Ogarnij się zanim wyjdziemy na główną ulicę.- staliśmy pod światłem.
-Ukradli mi telefon.- sapnęłam nagle.
-Dobrze, że tylko tyle.-parsknął, krzyżując ręce na piersi. Potrząsnął głową i znów jakby stracił chwilowo równowagę. Nie mogłam tego nie zauważyć.
-Dobrze się czujesz?
-Ta, przejdzie mi za chwilę. Chodź już, łajzo.
-Nie mów tak do mnie.- skrzywiłam się.
Wyszliśmy na główną drogę. Stąd było o wiele bliżej do mojego mieszkania, ale Nathan chyba nie czuł się coraz lepiej. Coraz bardziej kręciło mu się w głowie, bo chodził jakby był pijany.
-Chodź na górę, musisz się położyć.- zaczęłam go prowadzić po schodach. Nie protestował. Tym razem otwarcie drzwi wyszło mi zaskakująco szybko. Z trudem wprowadziłam go po schodach i do mieszkania. Cały czas ściskał plecak w dłoni. Kazałam mu go rzucić na podłogę i pociągnęłam Nathana do pokoju. Usadziłam go na łóżku.- Jak się czujesz? Chcesz coś do picia?
-Jest okazja na herbatę.- uśmiechnął się krzywo.
-Połóż się.- byłam roztrzęsiona. Ten weekend jest zbyt emocjonujący. Pobiegłam do kuchni, żeby przynieść mu zimny okład na kark. Moja ulubiona herbata stojąca na biurku była jeszcze letnia. Mocno sparzona, wystarczyłoby tylko dolać gorącej wody. Tak też zrobiłam.
Nathan siedział uparcie, nie chcąc się położyć. Obserwował, jak krzątam się po pokoju. Trzęsły mi się ręce. Dopiero gdy podałam mu kubek z gorącą herbatą, poruszył się.
-No, proszę. Jednak jesteś ogarnięta.
-Tak. Jak nikt nie patrzy.- rzuciłam wymijająco, siadając na krześle przy biurku. W końcu mogłam odetchnąć. Uruchomiłam komputer, słyszałam jak mężczyzna odstawia kubek na podłogę i jednak się kładzie. Westchnął boleśnie.- Chcesz jakąś tabletkę przeciwbólową?- spytałam. Mruknął coś tylko o świetle, że go razi. Machinalnie podniosłam się by je zgasić, zapaliłam tylko lampkę przy biurku, obniżając ją maksymalnie tak, by światło aż tak nie roznosiło się po pokoju. Zasnął.
Oddychał normalnie, więc raczej nie stracił przytomności. Odetchnęłam z ulgą. Przykryłam go kocem i stałam nad nim jeszcze chwilę, przykładając pięść do ust i myśląc intensywnie, co mam teraz zrobić.
Lustro w pokoju przypomniało mi bezczelnie o tym, że wypadałoby mi się ogarnąć.
Zajrzałam do szafy, wyjmując najcieplejsze domowe ubranie, jakie miałam. Szykuje się nieprzespany wieczór, skoro moje łóżko jest zajęte.
-Widzisz, nawet ci oddałam ostatnią saszetkę ulubionej herbaty, a ty jej nie wypiłeś do końca.- burknęłam, podnosząc kubek z podłogi.
Gdy się w końcu wykąpałam i przebrałam w przygotowane ubranie, Nathan dalej spał. Obrócił się w twarzą w stronę ściany. Okład podszedł wodą, więc go zabrałam, żeby nie zamoczył całej poduszki. Opadłam na siedzenie. W internecie jak zwykle nie było nic ciekawego. Najciszej jak mogłam włączyłam muzykę. W końcu miałam czas żeby odetchnąć. Spojrzałam na śpiącego.
 Zawsze sądziłam, że sobie poradzę. Moja ambicja wmawiała mi, że sobie poradzę, a tak zwyczajnie nie było i nie jest. Nadchodzi taki moment w życiu, że człowiek po prostu potrzebuje  pomocnej dłoni. W moim przypadku ta pomocna dłoń właśnie śpi na moim łóżku, poszkodowana.
Westchnęłam w tym samym czasie, w którym Nathan wziął głębszy oddech, otulając się bardziej kocem. Nie mogłam się skupić na przeglądaniu żadnej ze stron. Muzyka leciała w tle, a ja wpatrując się bezwiednie w pulpit, położyłam się na blacie biurka i przymknęłam oczy, nasłuchując czujnie jego oddechu.

poniedziałek, 2 listopada 2015

40. Koc

Spojrzał tylko na zakrwawioną rękojeść noża. Ściągnął brwi.
-Zobacz, co narobiłaś.- sarknął, zamykając klingę w objęciach swojego pojemnika. Wsadził sztylet za pasek spodni i podszedł bliżej. Cofnęłam się gwałtownie, trafiając bokiem na umywalkę. Odbiłam się od niej niezdarnie w kierunku szafki na której leżała bluza, ale Nathan był szybszy. Chwycił mnie za skaleczoną rękę. Wstrzymałam odruch wyrwania ręki z objęcia, bo wiedziałam, że jeśli naruszę skaleczenie, będzie bolało. On też o tym wiedział.
Puść moją rękę, Nathan. Pomyślałam  w końcu, przyglądając się jego twarzy. Teraz to on się martwił. Nie krył się wcale z tym, że nie miał już na sobie bandaży. Obejrzał rozcięcie uważnie i zaczął ciągnąć mnie na korytarz. Syknęłam tylko, pociągnięta dość gwałtownie za rękę.
-Jeśli kudłaty się dowie, że się przeze mnie skaleczyłaś, wyrzuci mnie z chałupy.- burknął tylko, zarzucając mi na plecy koc, który musiał ściągnąć z siebie, gdy tylko znalazł się pod drzwiami łazienki.- Do kuchni, marsz.- dodał, rozkazując mi. Znów zostałam bez specjalnego wyboru. Wycofanie się do toalety i durne protesty to jedynie przejawy dziecinnego zachowania, któremu i tak nie jestem w stanie sprostać, więc posłusznie usiadłam w kuchni na taborecie, podczas gdy Nathan ułożył moją dłoń na stole, sięgając zaraz po apteczkę.
- Odprowadzisz mnie do domu?
- Chyba żartujesz. Zjadłaś tu kolację, miałaś wszystko podane jak na tacy i sobie chcesz tak po prostu wyjść?- czerwonowłosy skrzywił się.
- Nie. Chcę, żebyś mnie odprowadził do domu.- burknęłam.- Nie chcę wam przeszkadzać.
-Ach, tu cię boli. Możesz spać na kanapie. Ja się chętnie rozłożę na normalnym łóżku.- oznajmił, bezpośrednio wpatrując mi się  w oczy. Uniósł przy tym prawą brew, która zdawało mi się była przecięta jakby blizną, ciągnącą się znikomym śladem wzdłuż jego powiek i policzka. Zmrużyłam oczy, próbując mu się przyjrzeć.
-Na co się gapisz?- na to pytanie, nakreśliłam w powietrzu pionową kreskę tuż przy swojej twarzy.
- Masz bliznę na buzi?- spytałam.
-No, takie to dziwne?- odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Intrygujące.- stwierdziłam, wcale nie kłamiąc. Im bardziej przyglądałam się jego twarzy, tym bardziej ta blizna się na niej odznaczała.
-Jeśli masz zamiar się ciągle na mnie gapić, dam ci swoje zdjęcie.- sarknął.- Przestań z łaski swojej.- dodał, już nie tak pewnym tonem głosu. Otrząsnęłam się dopiero kiedy zacisnął plaster na skaleczonym palcu.
-Przesadziłeś. Krew mi do niego nie dopływa.- chciałam strzepnąć założony opatrunek z kciuka.
-Nie będę ci przecież szyć tego palca na żywca. Lepiej, żeby się samo zasklepiło.- wyjaśnił.
-Bardziej niż blizna na twarzy, dziwi mnie ich brak na ręce. Widziałam jak Krystian zrywa ci ubranie z przedramienia.- skrzywiłam się na samo wspomnienie tego wydarzenia. Owinęłam się szczelniej kocem, bo zrobiło mi się cholernie zimno.
-Przywidziało ci się.- zbył mnie krótko. Widocznie nie miał żadnego innego wyjaśnienia.
-Nie wiem...-mruknęłam. Zerknęłam przez okno na latarnię na tyłach domu.- Jakbyś się wtedy nie zjawił, nie chciałabym nawet wiedzieć, co by się mogło wydarzyć w tamtych krzakach.- czułam jak blednę znacznie.
-Przestań to roztrząsać już na początku, będzie ci lżej im mniej będziesz o tym myśleć.- czarnooki podniósł się z miejsca i przemknął w stronę lodówki. Wyciągnął z niej dwie butelki piwa, jedną postawił cicho przed moim nosem.- Mnie by szlag trafił, jakbym się spóźnił z pomocą, albo w ogóle nie był akurat w odpowiednim miejscu i czasie.- przechylił swoją butelkę. Otworzyłam szerzej oczy, gapiąc się na niego. Zupełnie jakby wygłosił referat na temat rzeczy, jakich zwykle słucham na wykładach. Rzeczy niestworzone i niepojęte dla zwykłego śmiertelnika.
-Ale że jak...
-Dziewczyno, to się stało prawie pod moim domem. Jakbyś się czuła, gdyby ci kogoś krzywdzili, kiedy mogłabyś mu pomóc?!
-Beznadziejnie, prawdę mówiąc.- spuściłam wzrok na swoje dłonie. Plaster zabarwił się od spodu czerwienią, ale jeszcze nie przeciekał.
-No, właśnie.
-A policja cię nie spisała?
-Mniejsza o policję. Znajdą mnie, jak będą chcieli.- rzucił z przekąsem.
-Byłeś karany?
-Książkę piszesz?- naskoczył na mnie. Podskoczyłam na krześle. Spuścił z tonu po chwili, przyglądając się mojej reakcji.- Drobne spięcia.
-Nieważne, nie chcę wiedzieć.
-Lepiej dla Ciebie. Czemu nie pijesz?
-Bo jak wypiję piwo, to na drugi dzień mnie nawet bombardowanie nie obudzi.- odrzekłam z pełnym przekonaniem.
-Ha! To się okaże.- uśmiechnął się pewnie.
-Idę spać.
-To idź do drugiego pokoju. Krystian pewnie jeszcze u siebie urzęduje.
- Drugiego, czyli którego?
-Mojego. Reszta jest zamknięta, bo nie mamy współlokatorów.- mruknął niewesoło.
- Dużo musicie płacić za wynajem pokoju?
-Na dwójkę jest sporo za dużo. Brakuje nam przynajmniej dwóch osób.
- Może się ktoś znajdzie. Ach, na przyszłość znajdź lepsze miejsce do ukrycia czegokolwiek. Pakowanie takiego przedmiotu pod poduszkę nie sprawdza się nawet w filmach.
-Co ty nie powiesz?- uniósł brew, spoglądając na mnie z zaciekawieniem.
Wyszłam z kuchni, nie chcąc się wciągać w dalsze rozmowy.
Pokój Nathana był w zasadzie pusty. Jedna stara szafa, w której zapewne mieściły się wszystkie jego rzeczy, dość niskie łóżko i rozklekotany taboret udający szafkę nocną.
Jedyne czego nie mogłam przewidzieć, to to, że drzwi do pokoju się nie domykały. Tak też kiedy tylko udało mi się przysnąć, budziłam się, bo drzwi były otwarte na całą swoją szerokość.
-Serio?- jęknęłam, podnosząc się by zamknąć je po raz trzeci w ciągu nocy.
I nie dość, że pod kocem i pod kołdrą było mi cholernie zimno, to jeszcze te wrota nie chciały się zamknąć.
Owinęłam się kocem najszczelniej jak mogłam, starając się zignorować niepokój związany z otwartymi drzwiami.
Obudziłam się nad ranem. W zasadzie to rozbudziło mnie pogwizdywanie Nathana, który w samych spodniach szukał koszulki w szafie.
Na ciele też miał blizny. Co za człowiek... Zaczął rozrzucać koszulki po pokoju. Jedną z nich cisnął tak, że wylądowała na mojej twarzy, zasłaniając mi cały widok. Szlag. Westchnęłam cicho. Miałam tylko nadzieję, że to kwestia przypadku.
-Wstawaj, podglądaczu!- usłyszałam zbliżające się kroki, a po chwili koszulka zniknęła z mojej twarzy. Mężczyzna wciągnął ją na siebie i stanął nade mną z założonymi rękoma.
-Już, no...- obróciłam się na drugi bok.
-Nie, no już, tylko wstawaj. Śniadanie ci zrobiłem. I tak spóźnię się przez ciebie do roboty.- warknął, zniecierpliwiony.
-Na którą masz do tej pracy?- przetarłam oczy, krzywiąc się jeszcze po dotknięciu żółknących już sińców na twarzy.
-Wyobraź sobie, że już jest dziesiąta.
-Co?!- otrzeźwiałam momentalnie.- Spóźnię się, cholera.- wpadłam w panikę. Dzisiaj miałam przecież ćwiczenia i dość ważne kolokwium do zaliczenia. Zaczęłam się szamotać z kocem, a Nathan parsknął śmiechem.
-Bardzo śmieszne, serio.- odburknęłam drżącym głosem.
-Ale wiesz, że dzisiaj sobota?- usiadł na łóżku obok mnie. Wstrzymałam się z wszelkimi akcjami ewakuacyjnymi z koca. Spłonęłam rumieńcem dopiero po chwili, zażenowana. Odchrząknęłam, próbując schować zbędne emocje do szuflady i nagle znalazłam wyjście z tego cholernego kokonu.
Moje rzeczy o ile dobrze pamiętam suszyły się w łazience na grzejniku, ale kiedy zobaczyłam, że w całej łazience jest mokro i że moje rzeczy zostały schlapane wodą z prysznica, wściekłam się.
-Wszystko jest mokre.- opadły mi ręce.
-Głupoty gadasz.- przeszedł w stronę salonu. Zaczęłam ubierać się w schlapane rzeczy, psiocząc na niego pod nosem. Koniec końców byłam już w swoich ubraniach, w zasadzie gotowa do wyjścia.
-Pójdę już. Dzięki za nocleg i żarcie.- wchodząc do salonu próbowałam złożyć koc jakoś ładnie, żeby nie zostawić po sobie bałaganu. Konstrukcja rozpadała mi się za każdym razem, gdy próbowałam ułożyć go w kostkę.- Och, szlag, by cię...- poirytowana strzepnęłam przykrycie i zrobiłam krok w tym samym momencie, potykając się o jego rąbek. W ułamku sekundy moim oczom ukazała się wizja bliskiego spotkania głowy z kantem szklanego stołu. Wizja by się wykonała, gdyby nie fakt, że po prostu plasnęłam na dywan, a stół zniknął z zasięgu. Zdezorientowana rozejrzałam się po pokoju.
Nathan trzymał stolik nad sobą w jednej ręce, równie skołowany co ja. Dopiero po chwili chwycił go oburącz. Mrugnęłam kilkukrotnie, tłumacząc sobie, że to stało się tak szybko, iż mogło mi się zwyczajnie przywidzieć.
-Ty fajtłapo.- wydusił, odstawiając stolik w inne miejsce.- Wiesz jakie to cholerstwo ciężkie?- wysapał, chwytając się za kolana, skulony. Po chwili podał mi rękę, żebym mogła się podnieść.