wtorek, 10 listopada 2015

41. Nieszczęsna torba

Serce waliło mi jak oszalałe. Nie wiedziałam, za co się zabrać. Chwyciłam go za rękę i pomógł mi się podnieść.
-Pójdę już, lepiej już pójdę.- wydukałam. Sprawdziłam, czy mam przy sobie wszystkie moje rzeczy i ruszyłam do korytarza, by ubrać buty. Już miałam wychodzić, gdy Nathan jeszcze mnie zatrzymał.
-Hej, zapisz sobie mój numer jakbyś czegoś potrzebowała. Wieczorami i tak siedzę na mieście, więc spoko.- zaproponował, opierając się o ścianę w korytarzu. Wolną ręką, trzymaną w kieszeni ścisnęłam telefon. Zaczęłam się zastanawiać, czy ta znajomość mogłaby się jakoś rozwinąć, bo póki co, niespecjalnie się to wszystko układa. Seria bardziej lub mniej przypadkowych potknięć, czyli mały pożar, skaleczenie,  kilka siniaków i zbity łokieć tuż przed wyjściem z tego domu nie wróżyłyby nic dobrego, ale z drugiej strony... Co mi szkodzi. Podałam mu swój telefon. Wstukał numer dość szybko, nawet nie puszczając sygnału do siebie.- Jak będziesz chciała, dzwoń.
-Dzięki. Dzięki za wszystko.- uśmiechnęłam się, czując, że się rumienię.
-Leć już. Zdaje się, że autobus do centrum będzie za pięć minut.- zerknął jeszcze na godzinę.
-To na razie.- opuściłam progi tego domu z ulgą. Samochodu nie było na podjeździe. Krystian musiał chyba wcześnie gdzieś wyjechać.
Szybkim krokiem przeszłam na drugą stronę ulicy, rozglądając się jeszcze, czy autobus nie nadjeżdża. Nie chciałabym się spóźnić. Nie w tej okolicy.
Umknęło mi wszystko. Nie myślałam o wczorajszym dniu do samego wieczora, kiedy to plaster przypomniał mi o sobie, zwyczajnie rozklejając się od nadmiaru wchłoniętej cieczy. Znowu musiałam gdzieś stuknąć tym palcem, naruszając ranę. Szlag.
Telefon leżał obok monitora. Spojrzałam na jego ekran. Cisza. Westchnęłam tylko i poszłam zrobić herbatę.
Piękne wyczucie czasu miały moje koleżanki, które rozdzwoniły się akurat, gdy mnie w pokoju nie było.
-No, co jest?
-Robimy domówkę u Kaśki. Wbijasz?
-Niespecjalnie dobrze się czuję.- rzuciłam wymijająco, zerkając w lustro na swoje siniaki.
-Oj, nie dramatyzuj. Jak to żołądek, wódka z pieprzem raz i po kłopocie. O alko się nie martw, jak nie masz kasy. Najwyżej się później rozliczymy. To jak, wbijasz?
-Nie jestem ogarnięta.- jęknęłam.
-Ja też nie i co? Czekamy na ciebie. Wbijaj, pa!- rozmowa telefoniczna zakończyła się tak szybko, jak się rozpoczęła.
Iść, czy nie iść... Mogłabym jednak opowiedzieć dziewczynom, co się stało ostatnio, żeby uważały na siebie przede wszystkim. Pociągnęłam łyk gorącej herbaty i podniosłam się z krzesła.
-Wyczucie to wy macie w każdym calu. Ostatnia torebka mojej ulubionej herbaty pójdzie się chrzanić.- rzuciłam do siebie z przekąsem.
Przebrałam się więc, ogarnęłam, założyłam moje zwykłe okulary i wzięłam ze sobą parasol. Tak na wszelki wypadek.
Przechadzka po centrum miasta wieczorową porą to nic takiego, zwłaszcza, że mnóstwo ludzi tędy przechodzi i raczej nic mi się nie stanie. Poprawiłam plecak na ramionach, wsadziłam słuchawki do uszu i puściłam muzykę, już nie tak głośno jak ostatnio. Odpaliłam papierosa, rozglądając się dla pewności, czy nikt tylko na to nie czeka, żebym się na chwilę skupiła na jednym szczególe.
Och, szlag by cię, dziewczyno! Zaklęłam pod nosem. Im bardziej dajesz po sobie poznać, że się boisz, tym większe masz szanse na to, że cię ktoś napadnie, głupia!
Stanęłam w miejscu na chwilę, żeby ogarnąć myśli i ujarzmić moje drugie ja, psioczące na mnie samą dość intensywnie.
Lubiłam mój parasol. Był solidny i dostatecznie długi, by móc wspierać się na nim jak o lasce. Lubiłam też wyobrażać sobie, że jestem kimś z kim lepiej nie zadzierać. Zwłaszcza kiedy mam przy sobie moją parasolkę.
Skupiłam się na rytmie chodzenia stukając parasolką o chodnik. Nie zarejestrowałam nawet, że wgapiałam się w mężczyznę ubranego jak włoski mafiozo, który faktycznie miał przy sobie laskę, za którą ja wyobrażałam sobie moją deszczową osłonę.
Długo nie mogłam oderwać od niego wzroku, aż w końcu spostrzegł mnie, uśmiechając się grzecznie i kiwnął mi głową na powitanie. Odwzajemniłam gest i uśmiech, czując się jakoś lepiej z faktem, że taki ktoś zwrócił na mnie swoją uwagę i nie obrzucił mnie przy tym pogardliwym spojrzeniem.
Przyspieszyłam kroku, śmiejąc się jeszcze sama do siebie.
Mój humor jednak prysł, gdy zapiekł mnie palec.
-No, tak. Miałam wejść po plastry do sklepu.- mruknęłam do siebie.
Załatwiłam, co potrzebne i ruszyłam dalej. Osiedle było niedaleko. Trzeci blok od końca, hę? Ruszyłam pewnie w określonym kierunku, przyciszając muzykę do minimum. Widziałam kilku chłopaków siedzących na ławce w parku. Skręciłam w bardziej oświetloną uliczkę, żeby ich wyminąć. Słyszałam jak się z czegoś śmieją. Przełknęłam ślinę.
Będąc już pod klatką schodową, wstukałam numerek na domofonie. Nikt nie odbierał. Światła na trzecim piętrze też się nie paliły, a wiem, że zazwyczaj ktoś w tej kuchni zawsze siedział. Zwłaszcza przy imprezie. Zwątpiłam. Wykręciłam numer do Kaśki.
-Hej, jesteś w domu?
-Zmiana planów! Ruszyliśmy do Białego Kota.
-Ale to po drugiej stronie miasta... Nawet nie wiem, jak tam trafić.
-Trafisz, rusz dupę!
-Jestem pod twoim domem.- syknęłam.- Nie mogliście dać znać, że was tu nie będzie?
-Szczerze ci powiem, że nie byłam pewna, czy w ogóle przyjdziesz...- Kaśka zbiła mnie z pantałyku na dobre. Rozłączyłam się. Byłam wściekła. Wyciągnęły mnie z domu tylko po to, żeby mnie zrobić w ciula... Obróciłam się na pięcie i ruszyłam w drogę powrotną do domu.
Cholera jasna. Ci faceci z ławki zniknęli. Na pewno nie poszli do domu, bo im się znudziło siedzenie tutaj.
Ruszyłam więc szybkim krokiem i jak najkrótszą drogą w stronę centrum. Zauważyłam ich, szli za mną. Widzieli chyba, że nie weszłam do klatki. Spanikowałam. Przyspieszyłam kroku jeszcze bardziej, wyciągając telefon z kieszeni. Trzymali się blisko. Coraz bliżej, aż jeden z nich nie zaszedł mi drogi. Przestraszyłam się, przeskoczyłam nad żywopłotem i puściłam się do biegu, potykając się o własne nogi.
Wybrałam numer bezwiednie.
-Słucham?
-Ktoś mnie goni.- zdążyłam wydukać, przez łzy napływające do moich oczu ze strachu.
-Biegnij w stronę centrum. Gdzie jesteś do cholery?! Od której strony wyjdziesz na główną?!- Nathan był zdenerwowany. Mówił przez zęby.- Wylazłaś po tym jednym incydencie? Niech no ja cię dorwę, dziewucho.- warknął do słuchawki.- W tej chwili bardziej niż tego kogoś możesz się obawiać mnie, głupia.- nie rozłączał się, a ja nie miałam odwagi oderwać telefonu od ucha.
-Piracka, z Pirackiej...Ach!- w tym momencie zostałam szarpnięta za plecak, telefon wypadł mi z ręki. Zrzuciłam szybko balast z ramion i chciałam uciekać dalej, ale się potknęłam.
-Wyskakuj z kasy, młoda.- jeden z dresów nadepnął mi na łydkę tuż pod kolanem. Było to o tyle bolesne, że nie mogłam się ruszyć w żadnym kierunku. Czułam jak ścięgna napinają się coraz mocniej, promieniując bólem.
-Nie mam kasy. Naprawdę...- zasłoniłam głowę rękoma. Musiałam wyglądać żałośnie, słysząc jak zawartość mojego plecaka ląduje na chodniku. Przeklęta torba. Ucisk pod kolanem zniknął, ale z kolei zostałam podźwignięta na równe nogi. Oni mieli nóż. Błysnął w słabym świetle przebijającym się przez konary drzew.- Puśćcie mnie, nie mam nic.
-Telefon działa.- drugi z dresów oznajmił podnosząc moją zgubę.-Dzwoniłaś na psy?!- zauważył akurat, że połączenie zostało zerwane.
-Gorzej.-usłyszałam gdzieś kawałek dalej rozeźlony głos Nathana. Odepchnął jednego z napastników na tyle mocno, że się przewrócił, drugi zaczął uciekać z telefonem. Zdążyłam spojrzeć w jego kierunku, ale zobaczyłam pięść ciśniętą prosto na mnie. Zaledwie w ułamku sekundy pięść otworzyła się. Poczułam ucisk na ramieniu, gdy Nathan ściągnął mnie na ziemię w wyskoku, by zaraz znokautować kolesia z nożem z drugiej ręki. Pacnęłam tyłkiem na twardy chodnik. Bandyta padł tuż obok mnie, ale zaraz podniósł się ten powalony z tyłu. Zaczęłam wycofywać się jak najdalej, żeby tylko nie oberwać. Rzucił się na Nathana od tyłu, bijąc go w głowę. Czerwonowłosy zakolebał się na własnych nogach, ale za chwilę przerzucił go sobie przez plecy na tego nieprzytomnego i dobił go kopniakiem w brzuch. Dres zwinął się w kłębek jęcząc z bólu. Trzęsły mi się ręce. Patrzyłam na to wszystko i po prostu miałam pustkę w głowie. Trzeci dresiarz uciekł z moim telefonem. Mężczyzna jeszcze przez chwilę rozglądał się za nim, sapiąc wściekle. Przełknęłam resztę gęstej śliny.
O, nie. Teraz moja kolej. Przemknęło mi przez myśl, kiedy mój znajomy obrócił się w moją stronę.
-Co ty sobie, kuźwa, wyobrażasz, co?!- naskoczył na mnie. Szarpnął za kurtkę i postawił mnie na nogi. Kopnęłam moją parasolkę przez przypadek. Była połamana. Skrzywiłam się, a wraz ze skrzywieniem się nastąpiła kulminacja wszelkich emocji.
-Tylko nie bij.- nie wiem, co mi przyszło do głowy, że to powiedziałam. Prychnął. Czułam jak próbuje wyładować emocje na zgniataniu materiału mojej kurtki. Oddychał głośno, dość nierównomiernie. Syczał też co chwilę, a to musiało oznaczać, że sam oberwał.
-Nic ci nie zrobili?- przestraszyłam się pytania. Straciłam mowę na chwilę. Zaprzeczyłam tylko gestem, po czym odepchnęłam się od niego i zaczęłam zbierać swoje rzeczy z ziemi. O, tak. Łzy ciekły mi niepomiernie, kapiąc mi na dłonie, kurtkę i wszystkie moje rzeczy, które zgarniałam w ramiona. Plecak był rozdarty. Wpakowałam wszystkie odnalezione przedmioty do tego co z niego zostało. Jeszcze na kolanach przeszłam kawałek w stronę mojej parasolki. Taka ze mnie niezwyciężona postać, co? Moje wszelkie wyobrażenia na temat moich możliwości legły w gruzach. Niemal słyszałam jak się wszystko sypie.
-Hej. Chodźmy stąd lepiej.- mężczyzna pochwycił moje toboły i znów tak, jak dzisiaj rano wyciągnął rękę, by pomóc mi wstać. Wytarłam oczy rękawem i skorzystałam z pomocy.- Odprowadzam cię teraz do domu. Okrężną drogą, bo nie chcę, żeby ktoś zobaczył, że to my tak narozrabialiśmy.
-Ch-chyba ty tak narozrabiałeś.- wydukałam, pociągając nosem.
-O, nie, nie. Ty byłaś przyczyną tego zamieszania, więc siedzimy w tym oboje.- prowadził mnie za rękę, trzymając ją mocno. Tak, żebym się nie wyrwała. Poczułam się jednak bezpieczniej, mimo iż w pierwszym momencie powinnam się go bać. Jest zbyt agresywny, ale... Ale mi zaimponował.
Nie obserwowałam trasy, wgapiałam się w niego i jego wpieniony wyraz twarzy, dopóki on sam na mnie nie spojrzał.- Fajtłapa.- wyciągnął chusteczkę z kieszeni i zaczął wycierać mi policzki z brudu i łez.- Ogarnij się zanim wyjdziemy na główną ulicę.- staliśmy pod światłem.
-Ukradli mi telefon.- sapnęłam nagle.
-Dobrze, że tylko tyle.-parsknął, krzyżując ręce na piersi. Potrząsnął głową i znów jakby stracił chwilowo równowagę. Nie mogłam tego nie zauważyć.
-Dobrze się czujesz?
-Ta, przejdzie mi za chwilę. Chodź już, łajzo.
-Nie mów tak do mnie.- skrzywiłam się.
Wyszliśmy na główną drogę. Stąd było o wiele bliżej do mojego mieszkania, ale Nathan chyba nie czuł się coraz lepiej. Coraz bardziej kręciło mu się w głowie, bo chodził jakby był pijany.
-Chodź na górę, musisz się położyć.- zaczęłam go prowadzić po schodach. Nie protestował. Tym razem otwarcie drzwi wyszło mi zaskakująco szybko. Z trudem wprowadziłam go po schodach i do mieszkania. Cały czas ściskał plecak w dłoni. Kazałam mu go rzucić na podłogę i pociągnęłam Nathana do pokoju. Usadziłam go na łóżku.- Jak się czujesz? Chcesz coś do picia?
-Jest okazja na herbatę.- uśmiechnął się krzywo.
-Połóż się.- byłam roztrzęsiona. Ten weekend jest zbyt emocjonujący. Pobiegłam do kuchni, żeby przynieść mu zimny okład na kark. Moja ulubiona herbata stojąca na biurku była jeszcze letnia. Mocno sparzona, wystarczyłoby tylko dolać gorącej wody. Tak też zrobiłam.
Nathan siedział uparcie, nie chcąc się położyć. Obserwował, jak krzątam się po pokoju. Trzęsły mi się ręce. Dopiero gdy podałam mu kubek z gorącą herbatą, poruszył się.
-No, proszę. Jednak jesteś ogarnięta.
-Tak. Jak nikt nie patrzy.- rzuciłam wymijająco, siadając na krześle przy biurku. W końcu mogłam odetchnąć. Uruchomiłam komputer, słyszałam jak mężczyzna odstawia kubek na podłogę i jednak się kładzie. Westchnął boleśnie.- Chcesz jakąś tabletkę przeciwbólową?- spytałam. Mruknął coś tylko o świetle, że go razi. Machinalnie podniosłam się by je zgasić, zapaliłam tylko lampkę przy biurku, obniżając ją maksymalnie tak, by światło aż tak nie roznosiło się po pokoju. Zasnął.
Oddychał normalnie, więc raczej nie stracił przytomności. Odetchnęłam z ulgą. Przykryłam go kocem i stałam nad nim jeszcze chwilę, przykładając pięść do ust i myśląc intensywnie, co mam teraz zrobić.
Lustro w pokoju przypomniało mi bezczelnie o tym, że wypadałoby mi się ogarnąć.
Zajrzałam do szafy, wyjmując najcieplejsze domowe ubranie, jakie miałam. Szykuje się nieprzespany wieczór, skoro moje łóżko jest zajęte.
-Widzisz, nawet ci oddałam ostatnią saszetkę ulubionej herbaty, a ty jej nie wypiłeś do końca.- burknęłam, podnosząc kubek z podłogi.
Gdy się w końcu wykąpałam i przebrałam w przygotowane ubranie, Nathan dalej spał. Obrócił się w twarzą w stronę ściany. Okład podszedł wodą, więc go zabrałam, żeby nie zamoczył całej poduszki. Opadłam na siedzenie. W internecie jak zwykle nie było nic ciekawego. Najciszej jak mogłam włączyłam muzykę. W końcu miałam czas żeby odetchnąć. Spojrzałam na śpiącego.
 Zawsze sądziłam, że sobie poradzę. Moja ambicja wmawiała mi, że sobie poradzę, a tak zwyczajnie nie było i nie jest. Nadchodzi taki moment w życiu, że człowiek po prostu potrzebuje  pomocnej dłoni. W moim przypadku ta pomocna dłoń właśnie śpi na moim łóżku, poszkodowana.
Westchnęłam w tym samym czasie, w którym Nathan wziął głębszy oddech, otulając się bardziej kocem. Nie mogłam się skupić na przeglądaniu żadnej ze stron. Muzyka leciała w tle, a ja wpatrując się bezwiednie w pulpit, położyłam się na blacie biurka i przymknęłam oczy, nasłuchując czujnie jego oddechu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz