wtorek, 1 marca 2016

44. Hamulec

Cholera.
Stałam tak jeszcze dłuższą chwilę, coraz bardziej bijąc się z własnymi myślami.
Zostawiłam wszystko, ubrałam się i postanowiłam wyjść na zewnątrz. Było chłodno. Zarzuciłam więc kaptur na głowę, by przechodnie nie mogli zobaczyć moich sińców na twarzy. Poprawiłam delikatnie okulary, wypatrując dziwnych zdarzeń. Jak to w niedzielę po południu na starówce było sporo osób. Kluczyłam między parami, rozglądając się uważnie. Jakim sposobem miałoby nie być bezpiecznie na ulicach, skoro ludzie naokoło zachowują się normalnie- zupełnie jakby nigdy nic niestandardowego się nie wydarzyło. Przecinając skrzyżowanie na deptaku, poczułam przeszywający chłód. Owinęłam się tylko bardziej wokół szyi, nie rozglądając wcale, czy coś nie nadjeżdża.
-Z drogi! Nie mam hamulców!- słyszałam tylko dźwięk łańcucha rowerowego i świst. Nim zdążyłam się obrócić w kierunku krzyczącego, poczułam się jakbym uderzyła z impetem w ścianę. W istocie to była kostka brukowa. Leżałam plackiem na ziemi, zszokowana zupełnie, z hukiem odbijającym się w głowie jeszcze przez długi czas. Rozejrzałam się, próbując się podnieść z miejsca. Znajdowałam się pod rowerem, a potem do mnie dotarło co się stało. Zabolało mnie biodro. Jakaś matka z dzieckiem na rękach westchnęła, ku swojej uciesze, że zdążyła umknąć wariatowi na kółkach. A ja niestety nie.
Myślałam, że leżę tak od dobrych pięciu minut, ale minęła tylko chwila.
-Osz, cholera...- krzykacz podniósł się, otrzepując podarte spodnie z kurzawy. Zaraz potem zreflektował się i stanął nade mną. Pierwsze co zauważyłam, to srebrne, lodowate oczy, patrzące na mnie ze zmieszaniem.- Wybacz. Nic ci nie jest?- zaczął podnosić rower, żebym i ja mogła wstać z miejsca. Usiadłam i zakręciło mi się w głowie przez chwilę. Stwierdzę, czy nic mi nie jest jeśli będę mogła wstać i normalnie przejść ten kawałek w stronę domu. Podał mi rękę i pociągnął w górę, pomagając stanąć w końcu na nogach. Zapiekło mnie udo. Będę miała potężnego siniaka, a znając swoje tendencje, szybko te siniaki nie znikną.- Musiałem wybierać, czy wpaść na ciebie, czy na tą panią z dzieciakiem.- dodał, jeszcze bardziej zmieszany, tłumacząc się gorliwie. Zmrużyłam tylko powieki, nie patrząc mu specjalnie w oczy. Utykając przeszłam ze skrzyżowania, żeby usiąść na murku pod monopolowym. Mogłam nie wychodzić z domu, bo mogłam.
-Ulżyło mi, wybrałeś mniejsze zło.- próbowałam zażartować, marszcząc czoło. Syknęłam jeszcze, bo odezwało się moje zdobienie na twarzy. Uniósł brew, uśmiechając się delikatnie.
-Naprawdę przepraszam. Spieszyłem się.
-Teraz to już chyba przepadło, co?- parsknęłam.
-Taa... Chcesz coś w ramach przeprosin? Będę nalegał.- fuknął. Nie pomyślałam o tym, co mówię.
-Flaszka na znieczulenie, popitka i zapominam o sprawie.- palnęłam.
-Spoko.- wzruszył ramionami, zaskoczony. Zaczerwieniłam się niebotycznie, gdy poszedł do sklepu.
-Co ty gadasz, głupia...- złapałam się za głowę. Zaczęłam sprawdzać, czy wszystkie ubrania mam całe i mało wiele czyste. Uciekać, uciekać! Podpowiadał mi paniczny głosik moich umiejętności interpersonalnych, więc podniosłam się z murka i pożałowałam. Noga pulsowała niemiłosiernie, nie dając się ruszyć. Nawet nie byłam w stanie oprzeć na niej ciężaru ciała. Stanęłam na zdrowej nodze, opierając się o ścianę. Gdy ten koleś wyszedł ze sklepu, rzuciłam-... Może jednak zadzwoń po karetkę.- zapiekło mnie coś w tyle głowy i tyle było z mojego stania. Osunęłam się na ziemię, sycząc z bólu. Mam nadzieję, że to tylko mocne stłuczenie. Mężczyzna chwycił za telefon, zawołał jakąś kobietę, żeby pomogła mu usadowić mnie na jego kurtce, jaką z siebie zrzucił. Teraz wilka nie dostanę. Na pewno. Karetka przyjechała całkiem szybko.
Całkiem szybko też zrobiło się cicho naokoło. Co jest?! Próbowałam wyjrzeć z karetki, by sprawdzić co się dzieje na zewnątrz. Nagle usłyszałam huk.  Karoseria karetki zatrzęsła się. Po chwili zauważyłam dziurę w ścianie. Do tej pory widziałam takie otwory jedynie w filmach akcji. Kierowca karetki ruszył z piskiem opon, podczas gdy ja o mało z niej nie wypadłam. Strzelanina? W tym mieście?!  Srebrnooki wskoczył do środka, pochwycony przez paramedyka. Och. Cholera. Zaczęłam trząść się w przypływie paniki. Jakbym wyszła chwilę później, byłoby po mnie! Mogłam słuchać Nathana.
To nie, bo przecież nic mi się nie stanie jak będę obserwować wszystko z daleka. Nikt mi nie powiedział tylko, że będzie strzelanina! Szlag.
Byliśmy już w trasie do szpitala. Czułam się bezpiecznie, ale nagle przeszły po mnie dreszcze. Co jeśli to czerwonowłosy jest w to zamieszany? Zbladłam znacznie. Mój towarzysz niedoli przyglądał mi się ukradkiem.
- Było blisko, co?- westchnął ciężko. Przytaknęłam tylko. Naprawdę martwiłam się o Nathana, mając nadzieję, że to nie do niego celowali, że go tam nie było, a nawet jeśli to, że mnie tam nie widział.  Co ja kombinuję?! Wyjęłam telefon z kieszeni. Zaczęłam wybierać numer.  Nie odbierał i w zasadzie same najgorsze scenariusze wpełzły mi bezczelnie do głowy. Co teraz?! Cholera jasna! Zaklęłam pod nosem. Zaraz jednak telefon się odezwał.
- Mów, niespecjalnie mam czas, wiesz?- sapnął do słuchawki.
- Gdzie jesteś? Słyszałam strzały na mieście.- minęłam się z prawdą na ostatnim skrzyżowaniu. Rowerzysta uniósł brwi, słuchając dalej co mówię.
-Siedź w domu. Ej. Co to za hałasy tam u Ciebie?
-Jestem w karetce.
- Co?!
- Potrącił mnie pewien rowerzysta.- zerknęłam nań wymownie.
- Niech no ja Cię dopadnę. Miałaś się z domu nie ruszać- skrzywiłam się na soczyste przekleństwa rzucane przez niego w powietrze, ale nie bezpośrednio do słuchawki.- Muszę kończyć. Znajdę Cię w szpitalu.- usłyszałam jeszcze jakąś szamotaninę i rozmowa się zakończyła.
Na izbie przyjęć usadowili mnie na krześle. Srebrnooki cały czas mi towarzyszył.
- Damian jestem.
- Agnieszka.- odniosłam wrażenie, że teraz był jeszcze bardziej spięty.- Jak tyś to zrobił, że nic ci nie jest?
- Po prostu umiem lądować.- westchnął. Za chwilę wyciągnął telefon i odebrał połączenie.- Przepraszam Cię na chwilkę. No, co jest?- odszedł. Zerkał w moim kierunku kilkukrotnie jakbym mu miała uciec. Przecież nie odjadę stąd na wózku inwalidzkim. Wrócił zaraz potem, bardziej poddenerwowany niż przedtem.
-Co wy macie dzisiaj z tą nerwówką?
-Sprawy rodzinne.- dodał już lżejszym tonem. Dałam mu chyba do zrozumienia, że powinien odrobinę wyluzować. Był pozorny spokój na korytarzach. Nawet nie było wielkich kolejek, jeśli nie licząc mnie na pogotowiu, a i tak czekałam dość długo aż mnie przyjmą. Starałam się nie naruszyć uszkodzonej kończyny, kierując się żółwim tempem w stronę pomieszczenia, w którym mieli mnie przebadać.
Na szczęście lekarz stwierdził, że to nie złamanie, bo nie mogłabym się w ogóle ruszyć z miejsca. Jednak tak mocne zbicie też może być porównywalnie bolesne, z tego co mi mówili. Przepisali mi maści i okłady, a na kontrolę mam się już zgłosić do swojego lekarza za tydzień.
Jaka głupia weszłam do środka, taka głupia opuściłam gabinet. Damian siedział w tej chwili z nosem w ekranie swojego telefonu. Jak ja teraz wejdę po schodach do swojego mieszkania, skoro nie mogę nawet stanąć na tej nodze dość stabilnie by się nie przewrócić. Spojrzałam na niego, mając chyba minę zbitego zwierzątka.
-I co?
-Dostałam receptę na maści i mam iść do domu.- fuknęłam.
-Norma.- podniósł się z miejsca.- To, co? Idziemy?
- Niespecjalnie mam siłę na wędrówki.- burknęłam boleśnie. Potem zaraz wstrząsnęły mną dreszcze. Jeśli na starówce się nic nie uspokoiło, dalej możemy być w niebezpieczeństwie.- Zostańmy na trochę, co?
- No, dobra. Ja się spróbuję dowiedzieć, czy policja już zareagowała na strzały. Usiądź, odpocznij.- Damian spojrzał na mnie tymi swoimi lodowatymi oczyma, ale mi zrobiło się jakby cieplej, choć zawsze po dreszczach oblewało mnie zimnym strumieniem od karku aż po pięty.
Ziewnęłam.
-Za dużo emocji.- westchnęłam doczłapując się do kąta w poczekalni. Usiadłam na krześle wpatrując się w ulotki odnośnie zmian chorobowych w układzie pokarmowym. Automat z napojami buczał w ciszy. Świetlówki pod sufitem też dawały swoje koncerty. Od czasu do czasu głównym korytarzem przemknęła starsza pani w foliowym obuwiu ochronnym, zapewne w odwiedzinach u kogoś znajomego.
I tak w zasadzie bym przysnęła, gdyby nie to, że ktoś stanął nade mną.
-Możesz chodzić?- warknął Nathan.
-Nie bardzo.- odparłam, zanim mu się przyjrzałam. Jego szkarłatne włosy poniżej ramion były rozpuszczone. Miał rozbitą wargę i poprawione limo, tym razem z pękniętym łukiem brwiowym.
-Ty tam byłeś? W trakcie strzelaniny?!- nie dowierzałam.
-Po tobie wnoszę to samo. Widziałem ten rower i karetkę pogotowia. Masz mnie za idiotę? Mówiłem, żebyś nie wychodziła z domu.- ściągał brwi tak mocno, jak tylko mu na to pozwalało opuchnięte oko. Widocznie był wściekły, czułam to, ale też mu chyba ulżyło, że nie padłam ofiarą jednego z wystrzałów.- No i do niego nie wejdziesz, bo starówka jest zamknięta i obstawiona.
-Ja chcę się tylko położyć do łóżka.- w tej chwili nic innego nie przychodziło mi do głowy. Czuję już jaki problem będę miała, żeby zdjąć spodnie, skoro już nie miałam luzu przy uszkodzonym udzie.
- Dzwonie do kuca. Dzisiaj nocujesz u nas.- oznajmił, patrząc na mnie surowo. Otworzyłam usta w ramach sprzeciwu, ale zmrużył ostrzegawczo oczy.- Masz jakąś receptę?
-Tak...
-Dawaj.- wyciągnął rękę z kieszeni płaszcza.
-Ale co...
-Wykupimy leki. Dawaj.- dodał, ponaglając mnie gestem, żebym oddała mu papierek. Wyjęłam z kieszeni zmięte świstki z receptą i zwolnieniem lekarskim. Wydarł mi je z dłoni i zaczął wczytywać się w spis lekarstw.
-Banda idiotów. Przecież takie same maści można wykupić bez recepty. Pieprzeni naciągacze.- zaczął znów wyzywać.- Krystian się tobą zajmie. Wskakuj na plecy.- informacja o transporcie, jaki chciał mi zafundować Nathan sprawiła, że opadła mi szczęka.
-Serio?
-Wsiadaj, małpo.- klęknął tyłem do mnie. Miałam mu usiąść na plecach. Podniosłam się ostrożnie i jakoś dotarłam. Z trudem rozkraczyłam nogi, ale on tylko zrobił kroczek w tył i wstał ze mną na plecach bez jęknięcia. Owinęłam się rękoma wokół jego szyi tak gwałtownie, jak on to zrobił, bojąc się, że spadnę. Zacisnęłam zęby starając się zignorować ból jaki powodował ucisk jego ramienia na moje udo.- Boli, co?- zerknął na mnie kątem oka.- Owiń się nogami, bo będę cię trzymał jedną ręką w takim razie. Zrobiłam jak kazał, gdy podsadził mnie wyżej nad swoje biodra i ruszył na korytarz.
Jego rozpuszczone włosy łaskotały mnie w szyję, przez co nie mogłam usiedzieć w jednej pozycji. Damiana na korytarzu nie było. Rozejrzałam się jeszcze specjalnie za nim, ale wszelki trop się urwał.
-Tu był taki koleś, co mnie...
-Wychodził przed chwilą.- odparł od razu z grobową miną. Czując jak jego klatka piersiowa wibruje od jego głosu, odniosłam wrażenie, że się rumienię. Nie, żeby mi to przeszkadzało. W kontraście z jego włosami i tak byłam blada.- Czekaj.- poprawił mnie sobie na plecach i ruszył dalej.
Na parkingu przed szpitalem już czekał Krystian.
 Gdy Nathan posadził mnie na masce samochodu, Krystian wyskoczył z auta, pytając co się stało? Wyciągnęłam pomiętą paczkę papierosów. Odpaliłam cygaretkę bez słowa.
-Damian mnie potrącił. Rowerzysta. Wybrał mniejsze zło wjeżdżając we mnie, niż lądując bezpośrednio na jakimś dzieciaku i jego matce.- powtórzyłam to, co zdążyłam wtedy jeszcze skomentować ze sprawcą wypadku. Chłopaki spojrzeli po sobie.
- Niech się lepiej cieszy, że nie sprałem mu mordy na korytarzu.- warknął Nathan.
- Rozmawiałeś z nim?!- zakrztusiłam się dymem, zaskoczona. Oczy mi załzawiły.
-Dialogiem bym tego nie nazwał.- odparł, uśmiechając się jadowicie. Zaczęłam ześlizgiwać się z maski samochodu, chcąc stanąć na nogach. Podskakując na sprawnej nodze, zaczęłam kierować się na tylne siedzenie. Prychnęłam sama na siebie. Zaczęłam to stłuczenie traktować z przewrażliwieniem, więc stanęłam na obu nogach na próbę przeciągając ciężar ciała na tą zbitą. Zadrżała od wysiłku, a ja skrzywiłam się z bólu, wzdychając ciężko. Nathan obserwował mnie z uniesionymi brwiami.
-Uparta cholera.-mruknął sam do siebie myśląc, że tego nie usłyszę. Łypnęłam tylko na niego i wpakowałam się pokracznie do samochodu.
Musieliśmy przejechać przez całe miasto, a teraz, gdy ulice pod starówką były zablokowane trwało to jeszcze dłużej.
Przymknęłam więc oczy na moment. Tak bardzo chciało mi się spać. Nie zorientowałam się nawet kiedy któryś z chłopaków wniósł mnie do domu i posadził na kanapie w salonie, przykrywając mnie kocem.
Miałam na sobie dresy Nathana. Moje spodnie złożone w kostkę leżały na oparciu.
Zaczerwieniłam się gwałtownie. To oznaczało, że któryś z nich musiał mnie rozebrać i ubrać na nowo. Wyczułam opatrunek na prawym udzie. Odetchnęłam z ulgą, kalkulując, że to musiał być Krystian. Był wieczór. Koło telewizora stała mała lampka z kremowym abażurem, dając delikatne światło na cały salon. Niestety korytarz przez to stawał się bardziej mroczny i poczułam się jakby mnie coś obserwowało. Wzdrygnęłam się. Moja wyobraźnia znów działała w najlepsze. Nie znałam jeszcze tego miejsca na tyle, żeby się czuć swobodnie nawet w nocy. Poza tym salon był spory, a otwarte przejście na korytarz potęgowało mój lęk przed otwartymi przestrzeniami pełnymi zakamarków, w których coś mogłoby się na mnie czaić.
Nagle drzwi od łazienki otworzyły się oświetlając chwilowo korytarz. Potem zapaliło się światło w kuchni. Usłyszałam tylko trzaśnięcie drzwiami od lodówki i cyknięcie otwieranej butelki z piwem. Znów poczułam w ustach echo smaku piwa i naszło mnie niesamowite pragnienie. Westchnęłam, siedząc na środku kanapy z zaciągniętym na głowę kocem.
-Nie śpisz?
-Nie, dopiero się obudziłam.- ziewnęłam głośno. Usiadł obok i wypuścił z siebie powietrze, wciskając mi piwo w rękę.- Dzięki.
Nathan się nie odezwał. Zerknęłam na niego. Wpatrywał się w swoją butelkę z piwem z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Uważaj na siebie na litość boską.- oznajmił w końcu, półgłosem.
-Mogłam cię posłuchać.- odparłam, skruszona, obracając butelkę w dłoniach.
- Ale tego nie zrobiłaś.- warknął.- Czemu?
- Nie wiem, okej? Sam mówiłeś, żeby nie wychodzić, a wylazłeś. Taki jesteś mocarny? Jakby tobie się coś stało, to ja bym miała wyrzuty sumienia.- odparłam, jak już tak ciskamy w siebie szczerościami. Napiłam się piwa duszkiem. Rozlało się przyjemnym chłodem, drapiąc po przełyku.
Odstawiłam butelkę, bo poczułam, jak ciśnie mnie pęcherz. Podniosłam się z miejsca, sycząc przez swoją nieostrożność. Nathan spiął się, jakby miał zaraz wystrzelić z siedzenia, by mi pomóc.
Obserwował mimochodem moje poczynania. Zazgrzytałam zębami, próbując samodzielnie dostać się do łazienki. Roześmiał się w głos.
-Ty naprawdę jesteś uparta.- pokręcił głową.- Chodź, pomogę ci.- po prawdzie dopiero wydostałam się z obrębu kanapy, ale dałam radę to zrobić sama.
-A ty chyba pijany.- gdy stanął za mną poczułam, że wypił więcej niż to jedno piwo, które zresztą opróżnił w ekspresowym tempie.
-Nah.- mruknął i poczułam jak bierze mnie na ręce. Momentalnie zrobiłam się czerwona na twarzy.
-Zostaw, nie, nie!-pisnęłam, wystraszona. Zaniósł mnie do łazienki i zostawił tuż pod toaletą, wychodząc. Przedreptałam w stronę lustra. Co to było?! Nie mogłam się pozbierać, czerwieniąc się jeszcze intensywniej, gdy przerabiałam ten moment w głowie po raz kolejny.
Gdy załatwiłam swoje, przedreptałam w stronę drzwi ostrożnie. Westchnęłam głośno. Wyminęłam Nathana, przebąkując, że dam radę. Wciąż uśmiechał się złośliwie, idąc za mną jak cień.
- Lubię cię.-rzucił.
-Piłeś coś więcej?
- Wódkę na znieczulenie. Zszywanie ran postrzałowych nie należy do najprzyjemniejszych.- odparł ze złośliwym grymasem. Wciągnęłam powietrze w płuca. On mnie nosi na rękach, a ja nie mogę stanąć na stłuczonej nodze. Zrobiło mi się głupio, ale jednocześnie byłam przerażona, bo jednak został postrzelony.
-Jesteś nieśmiertelny, czy co?!
-Mam wysoką wytrzymałość na ból. Nie to, co ty, sierotko.- stanął mi na drodze.
-Daję radę przecież.- skrzyżowałam ręce na piersi z wyrzutem.
-Właśnie widzę.- sarknął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz